Chodzi o to, że w Polsce emocja wygrywa z faktem, symbol z rzeczywistością, a narracja z prawdą. Wystarczy rzucić słowo „krzyż”, by uruchomić wojnę kulturową, zanim ktokolwiek sprawdzi, co naprawdę się wydarzyło.
Telewizja pokazała rodziców stojących przed kielniańską szkołą w stanie niemal religijnej mobilizacji. Nauczycielkę osądzono, zanim zdążyła przedstawić swoją wersję wydarzeń. Politycy dołączyli do narracji. Nawet minister edukacji Barbara Nowacka musiała zabrać głos w sprawie, która w normalnym państwie powinna zostać rozstrzygnięta w ciągu jednego dnia przez dyrektora szkoły.
To jest polska szkoła w pigułce w 2026 r.: instytucja, w której plastikowy gadżet z halloweenowego stroju, zawieszony nad klatką chomika, uruchamia prokuraturę, pikiety i ogólnopolską debatę o „obrażaniu katolickiej wiary” — choć chodziło o przedmiot, który nie był żadnym symbolem kultu, tylko dziecięcą zabawką.
Karol Makurat/REPORTER / Reporter
Protest przed Szkołą Podstawową w Kielnie (8 stycznia 2026)
Sprawy, które naprawdę powinny nas alarmować, pozostają w cieniu.
Na wojnie o znak, zamiast na kryzysie zdrowia psychicznego młodych ludzi.
To mechanizm, który w Polsce działa od lat: łatwiej zmobilizować emocje wokół symbolu niż wziąć odpowiedzialność za trudne, systemowe problemy. Krzyż, flaga czy hasło potrafią wywołać natychmiastową burzę — brak psychologów, przepełnione klasy i cierpienie dzieci już nie.
Jako rodzic chciałabym zobaczyć tę samą energię, ten sam gniew i tę samą mobilizację, które pojawiły się w obronie elementu dziecięcego przebrania, włożone w walkę o coś naprawdę istotnego: choćby właśnie o dostęp do psychologów w szkołach, o badania profilaktyczne, o wsparcie dla dzieci w kryzysie, o obecność w szkołach środków higienicznych, o bezpieczne i przyjazne środowisko nauki.
Bo to w tych obszarach i punktach rozstrzyga się przyszłość naszych dzieci.
Krzyż — ważny dla wielu ludzi symbol — w tej historii stał się nośnikiem emocji, które przysłoniły realne problemy dzieci i szkoły. Dzieci — w tym moje — widzą, że więcej energii potrafimy włożyć w spór o dziecięcą zabawkę imitującą ważny symbol niż w ich codzienne bezpieczeństwo i dobrostan. Nauczycielka przekonała się, że jej prawo do obrony może być mniej warte niż viralowa narracja o „prześladowaniu”.
Jako matka widzę to nie w teorii, lecz w praktyce. Mój syn nie chodzi na religię. I słyszy w szkole od kolegów, że skoro nie chodzi na katechezę, to w takim razie „nie ma prawa obchodzić Gwiazdki”. Święta, które w jego domu są rodzinne, ciepłe i pełne znaczeń, w szkole potrafią zamienić się w narzędzie wykluczania.
Dzieci nie są złe. Są wychowane w systemie, który często sprawia, że religia zaczyna wyznaczać, kto „należy” do szkolnej wspólnoty, a kto zostaje na zewnątrz.
I właśnie dlatego historia z Kielna nie jest o krzyżu. Jest o tym, jak wcześnie i jak skutecznie szkoła potrafi wdrukować podział na „nas” i „obcych”. Jak łatwo dzieci uczą się, że w imię symbolu można kogoś osądzić, zamiast zapytać, co naprawdę się stało.
Jest jeszcze coś, czego nie da się pominąć: odpowiedzialność dorosłych.
To nie dzieci rozpaliły tę histerię. To dorośli ją rozdmuchali. Patrzyłam na nagrania z rodzicami stojącymi przed szkołą w Kielnie — z krzyżami w dłoniach, z drżącymi głosami, ze łzami w oczach. Widziałam ludzi, którzy wierzyli, że bronią dobra — a w rzeczywistości uczestniczyli w emocjonalnej eskalacji, która szybko wymknęła się spod kontroli.
To dorośli pokazali dzieciom, że emocja bywa ważniejsza niż fakt, a przynależność do „naszych” ważniejsza niż sprawiedliwość. Dzieci tylko to powtórzyły przed kamerami.
W bardzo wielu miejscowościach wciąż „rządzi ksiądz”. Politycy boją się ruszać temat religii w szkołach, dyrektorzy boją się konfliktów z parafią. I dlatego taka historia mogła urosnąć do rangi ogólnopolskiej afery. To jest jedna z najgorszych lekcji, jakie dostają dziś nasze dzieci: że emocja może przysłonić fakt, a symbol — człowieka.
Szkoła powinna uczyć odwagi, rozumu i empatii, a nie ślepego podążania za tłumem.