Treść pochodzi od naszego partnera i została opublikowana w ramach programu WP Kreator
Od 28 grudnia 2025 r. w Iranie trwają protesty. Wszystko zaczęło się od sklepikarzy w Teheranie. Demonstracje szybko jednak rozlały się na inne części kraju, a obok żądań poprawy sytuacji ekonomicznej kraju, pojawiły się również hasła wzywające do obalenia Islamskiej Republiki.
Od początku protesty spotkały się ze zdecydowaną reakcją irańskiego aparatu bezpieczeństwa, który rozbija je, dokonuje aresztowań i blokuje dostęp do internetu. Mimo to, demonstracje cały czas rosną w siłę. Władze panują nad sytuacją, jednak szersza sytuacja geopolityczna sprawia, że pełne stłumienie protestów może być bardzo problematyczne.
Nie zapakujesz kanapek już w nic innego. To prawdziwy game-changer
Źródło protestów w Iranie
Protesty rozpoczęły się w krytycznym momencie dla Iranu, który – nawet bez nich – przechodził przez jeden z największych kryzysów od czasu islamskiej rewolucji z 1979 r. Sytuacja gospodarcza kraju jest tragiczna. Oficjalna roczna inflacja przekracza 40 proc., a waluta od 2018 r. straciła ponad 90 proc. swojej wartości.
To jednak nie wszystko. Iran zmaga się również z ogromnym kryzysem energetycznym i wodnym. Przerwy w dostawach prądu są standardem w irańskich miastach. Jeszcze gorzej jest z dostępem do wody. Wieloletnia susza doprowadziła do spadku poziomu wód w zbiornikach retencyjnych. Szczególnie ciężka sytuacja w zakresie zaopatrzenia w wodę jest w irańskiej stolicy, Teheranie. O skali problemu najlepiej świadczy pomysł prezydenta Masuda Pezeszkiana, który latem 2025 r. zaproponował przeniesienie stolicy z Teheranu na tereny z lepszym zaopatrzeniem w wodę.
„Wrogowie Boga”. Za udział w protestach grozi kara śmierci
Mimo że poszczególne problemy Iranu mają różne, skomplikowane źródła, to niewątpliwie „matką” większości irańskich problemów są amerykańskie sankcje, którymi prezydent Donald Trump obłożył Iran w 2018 r. Zawierają one tzw. mechanizm sankcji wtórnych, który de facto doprowadził do wykluczenia Iranu ze światowej gospodarki i zmusił większość zachodnich firm do wycofania się z kraju.
Sankcje utrudniają również współpracę z Rosją i Chinami. Pekin skupia się na importowaniu irańskiej ropy, którą kupuje poniżej cen rynkowych. Natomiast Moskwa prowadzi ograniczone inwestycje w projekty infrastrukturalne, wchodzące w skład tzw. Korytarza Północ-Południe (Rosja-Iran-Indie).
Równie zła jest sytuacja na arenie geopolitycznych zmagań. „Oś Oporu”, którą Iran tworzył metodycznie przez dekady, została de facto rozmontowana. Hamas stanowi cień swojej siły sprzed 7 października 2023 r. Dowództwo Hezbollahu, na czele z Hassanem Nasrallahem, zostało zdekapitowane przez izraelskie lotnictwo. Władza prezydenta Baszara al Asada nad Syrią dobiegła końca, a proirańskie bojówki z Iraku bardzo zdystansowały się od Teheranu.
To tragiczne wiadomości dla irańskiej strategii bezpieczeństwa. „Oś Oporu” pełniła bowiem rolę „wysuniętej linii obrony” Islamskiej Republiki. Jak bezbronny jest Iran bez „Osi Oporu”, dobitnie pokazały doświadczenia tzw. wojny 12-dniowej, gdy irańskie miasta były bombardowane przez Izrael.
Irańczycy masowo wychodzą na ulice. Sytuacja gwałtownie eskaluje
W zamknięciu
Katastrofalna sytuacja gospodarczo-społeczna kraju sprawia, że władze Islamskiej Republiki nie mają de facto żadnych możliwości manewru. Wszelkie obietnice złożone teraz społeczeństwu będą obietnicami bez pokrycia i nie doprowadzą do wygaszenia protestów. W efekcie Teheranowi pozostaje pacyfikacja demonstracji przy użyciu siły. Władzom zależy, aby taką operację przeprowadzić jak najszybciej. Im dłużej obecny kryzys będzie trwał, tym większe szanse, że wmieszają się w niego dwaj najwięksi wrogowie Iranu: Ameryka oraz Izrael.
Od początku protestów Amerykanie ściśle monitorują ich przebieg, a prezydent Trump nie tylko zadeklarował swoje pełne poparcia dla protestujących, ale również zagroził władzom Islamskiej Republice, że Ameryka przyjdzie na pomoc protestującym. Jak donoszą media, administracja Trumpa jest gotowa na różne scenariusze – w tym na uderzenia lotnicze na cele w Iranie. Prezydent miał zostać już zapoznany z listą opcji, jednak nie wiadomo „czy” i „jaką” decyzję podjął.
O poparcie dla „opcji militarnej” zabiega w Białym Domu m.in. syn ostatniego szacha Iranu Cyrus Reza Pahlawi, który od lat buduje swój wizerunek jako przywódcy irańskiej opozycji emigracyjnej oraz naturalnego kandydata do przejęcia władzy w Iranie w sytuacji, gdyby Islamska Republika miała upaść. Choć Pahlawi dysponuje tylko ograniczonym poparciem w kraju, to pozostaje aktywny politycznie od lat i posiada szereg wpływowych przyjaciół, tak w USA, jak i Izraelu.
Sam Trump dystansuje się jednak od Pahlawiego, nie chce się z nim spotkać ani oficjalnie uznać go jako lidera opozycji. Jak twierdzą współpracownicy Trumpa, prezydent uważa, że wejście w „sojusz” z synem ostatniego szacha za bardzo ograniczyłoby jego możliwości manewru.
Większe zagrożenie niż program nuklearny. Co się dzieje w Iranie?
Sytuację w Iranie monitoruje nie tylko Trump, ale również premier Izraela Binjamin Netanjahu, który także publicznie poparł protestujących. W obrębie izraelskiego rządu ma toczyć się dyskusja na temat ewentualnej operacji wojskowej wymierzonej w Iran. Izraelscy stratedzy są jednak podzieleni co do skutków, jakie mógłby przynieść taki atak. Jedni uważają, że doprowadziłby do szybkiego wygaszenia protestów, bo irański patriotyzm wziąłby górę nad antyrządowymi postawami. Inni zwracają natomiast uwagę na beznadziejną sytuację gospodarczo-społeczną Iranu, która sprawia że – nawet wobec ataku z zewnątrz – władze Islamskiej Republiki nie będą w stanie przeciągnąć protestujących na swoją stronę. Zwłaszcza jeśli atak z zewnątrz przybrałby formę „chirurgicznego cięcia”, którego ofiarami padliby przedstawiciele aparatu bezpieczeństwa, którzy tłumią właśnie antyrządowe protesty.
Rozpatrując możliwe opcje, należy rozumieć, że zarówno amerykański, jak i izraelski „atak”, może przybrać różne formy. Niekoniecznie musi to oznaczać powtórkę z wojny 12-dniowej i zmasowane naloty lotnicze. Zamiast tego Ameryka i Izrael mogą skorzystać z dużo bardziej wysublimowanych form ataku, które mogłyby spotęgować chaos w Iranie, a jednocześnie nie pozwoliłyby na identyfikację sprawcy. Chodzi tu o wszelkiego rodzaju akty sabotażu, dywersji, cyberataki, dezinformację itp. Nawet samo zakłócenie sieci komunikacyjnej irańskiego aparatu bezpieczeństwa może utrudnić tłumienie protestów i skomplikować sytuację Teheranu.
Tak wygląda Teheran po protestach. Apokaliptyczne obrazki
Dni przed nami
Im dłużej będą trwały protesty, tym napięcie wokół Iranu będzie rosnąć. Oliwy do ognia dolewać będą nie tylko spekulacje na temat amerykańsko-izraelskiego uderzenia, ale również groźby, jakie padają z Teheranu. Irańczycy grożą atakami prewencyjnymi na Izrael i amerykańskie bazy wojskowe w regionie. Takie ostrzeżenie padło m.in. z ust byłego generała Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, a obecnie spikera irańskiego parlamentu Mohammada Ghalibafa.
Podobnie, jak podczas wojny 12-dniowej, prezydent Trump nie chce ujawnić swoich planów co do Iranu, jednocześnie podkreślając że dysponuje szerokim wachlarzem opcji. Celem Trumpa jest stworzenie atmosfery „strategicznej niepewności”, co zdaje się przynosić już pierwsze efekty. Podczas rozmowy z dziennikarzami na pokładzie Air Force One 12 stycznia Trump ujawnił, że otrzymał od Irańczyków propozycję wznowienia rozmów nuklearnych i że pierwsze spotkanie jest już przygotowywane. Trump nie wykluczył jednak, że – mimo tych planów – i tak będzie musiał podjąć wobec Iranu kroki militarne, aby chronić protestujących.
Wydaje się, że największy wpływ na dalszy rozwój sytuacji w trójkącie Izrael-USA-Iran będzie miała przede wszystkim dynamika samych protestów. Jeśli sytuacja zacznie się wymykać spod kontroli Teheranu, Trump może zwiększyć presję i wydać rozkaz do eskalacji i ataków, z myślą o obaleniu Islamskiej Republiki. Jeśli jednak amerykański wywiad lub sam prezydent USA dojdą do wniosku, że protesty nie mają szans na powodzenie, to wątpliwe, aby Trump angażował się w „przegraną sprawę” i parł ku eskalacji.
Tego samego nie można powiedzieć jednak o Izraelu i premierze Netanjahu, który w ostatnich latach pokazał, że nie zawsze działa w pełnym porozumieniu z Ameryką, a jego samowolne decyzje często komplikują decyzje podejmowane w Waszyngtonie. Tak było w przypadku wojny 12-dniowej i tak może być znowu.
Dla Wirtualnej Polski Tomasz Rydelek, Puls Lewantu