„To jest nasza półkula” — głosi tweet opublikowany na oficjalnym koncie amerykańskiego Departamentu Stanu. Słowo „nasza” jest podkreślone na czerwono, a w tle widnieje czarno-białe zdjęcie ponurego Donalda Trumpa. Triumfalna wiadomość nawiązuje do faktu, że w pierwszą sobotę stycznia Stany Zjednoczone porwały wenezuelskiego dyktatora Nicolasa Maduro.

Z powodu domniemanego narkoterroryzmu dyktator stanął w poniedziałek przed sądem w Nowym Jorku. Trump ogłosił na konferencji prasowej, że od tej pory o Wenezueli będą decydować Stany Zjednoczone, a dokładniej — jak później sprecyzował — raczej przez „dłuższy czas”. Nie ukrywał, że powodem usunięcia Maduro są wenezuelskie zasoby ropy naftowej, największe na świecie. Prawa człowieka nie mają znaczenia: Trump chce zawrzeć porozumienie z autorytarną wiceprezydent Delcy Rodriquez, a nie przekazać władzę demokratycznej opozycji.

W „jego” półkuli leży jednak również Grenlandia — a amerykański prezydent zaraz po schwytaniu Maduro powtórzył, że chce przyłączyć do USA tę bogatą w surowce i strategicznie ważną wyspę w Arktyce. Nie wykluczył użycia siły militarnej — bez względu na to, że jest ona terytorium zależnym Danii, jednego z najwierniejszych sojuszników USA.

„Jesteśmy supermocarstwem i jako supermocarstwo będziemy się również zachowywać pod przewodnictwem prezydenta Trumpa” — tak opisał geopolityczne fajerwerki, z jakimi Stany Zjednoczone wkroczyły w rok 2026, Stephen Miller, jeden z najbliższych doradców prezydenta. „Żyjemy w świecie, w którym rządzi siła, w świecie, w którym rządzi potęga”.

Podbój Wenezueli i apetyt na Grenlandię są zgodne z nową strategią bezpieczeństwa rządu Trumpa, opublikowaną na początku grudnia. Za priorytet uznaje ona dominację Stanów Zjednoczonych na półkuli zachodniej, a dominację silniejszych i bogatszych państw określa jako „ponadczasową prawdę w stosunkach międzynarodowych”.

Czy zmierzamy więc do tego, że Trump wraz z Władimirem Putinem i Xi Jinpingiem, którzy postrzegają świat w podobny sposób, podzielą planetę na swoje „strefy wpływów”? I że Europa, która bazuje negocjacjach i próbach znalezienia kompromisu, stanie się zabawką tych silnych przywódców?

A może nawet zbliżamy się — jak wspomniała w swoim komentarzu historyk Anne Applebaum — do sytuacji z książki George’a Orwella „Rok 1984”, w której światem rządzą trzy imperia: Oceania, Eurazja i Azja Wschodnia, które walczą między sobą, ale zgodnie ograniczają wolności swoich obywateli i bombardują ich nacjonalistyczną propagandą?

Pod koniec ubiegłego tygodnia Donald Trump w wywiadzie dla dziennika „The New York Times” przyznał, że czuje się ograniczony tylko jedną rzeczą: „Moim własnym sumieniem, moim własnym umysłem. Tylko to może mnie powstrzymać” — powiedział — „nie potrzebuję prawa międzynarodowego”.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Prezydent nie konsultował porwania Maduro ani z amerykańskim Kongresem, ani z innymi państwami. Podjął decyzję samodzielnie, kierując się wyłącznie tym, czy z jego punktu widzenia interwencja przyniesie korzyści Stanom Zjednoczonym. W tym duchu ogłoszono w zeszłym tygodniu wystąpienie USA z 66 „szkodliwych” i „antyamerykańskich” organizacji międzynarodowych. Kroki te są zgodne z jego długofalową nacjonalistyczną ideologią „America First”, „Ameryka przede wszystkim”.

Pod innym względem jego spojrzenie na świat uległo jednak zmianie. Podczas swojej pierwszej kadencji Trump, pod wpływem wielu republikanów starej daty w swoim gabinecie, postrzegał stosunki międzynarodowe głównie jako walkę USA z rosnącą w siłę Chinami. Jego następca, Joe Biden, stosował inną strategię — stawiał na wzmocnienie relacji z sojusznikami na wszystkich kontynentach, ale nadchodzącą erę postrzegał również głównie jako walkę mocarstw, a mianowicie demokracji z autokracjami.

W trakcie drugiej kadencji Trump zmienił swoje podejście. Chwali stosunki z rosyjskim i chińskim dyktatorem — określa ich jako „silnych”, „surowych” przywódców, którzy „kochają swój kraj”. Najostrzej wypowiada się natomiast przeciwko tradycyjnym sojusznikom. Nałożył sankcje na cały świat, nie zważając na to, kto jest partnerem, a kto rywalem.

„Pragnie świata, którym będą wspólnie rządzić silni mężczyźni” — opisała już wiosną ub.r. w analizie zamieszczonej na okładce dwumiesięcznika „Foreign Affairs” politolog Stacie Goddard. Ci silni mężczyźni spotykają się i szanują, rywalizują ze sobą, ale jednocześnie zgadzają się, że muszą „tłumić wzajemne konflikty, aby wspólnie walczyć z prawdziwymi, wspólnymi wrogami” — islamskimi terrorystami, nielegalnymi imigrantami, postępowym obozem z jego bastionami w dużych miastach lub mniejszościami seksualnymi… Podobnie jak w XIX w. po wojnach napoleońskich w Europie, kiedy to w ramach tzw. koncertu mocarstw współpracowali władcy bardzo zróżnicowanych imperiów i wspólnie stawiali czoła nadchodzącym ruchom demokratycznym i nacjonalistycznym.

Wenezuela za Ukrainę. Czy jesteście zainteresowani?

Trump triumfował, ale w Moskwie po ataku na Wenezuelę panowało oburzenie. Przynajmniej na pozór. Kraj ten w Ameryce Łacińskiej był ściśle powiązany z Rosją, która pomagała mu wydobywać zasoby ropy naftowej i dostarczała broń. Przedstawiciele Rosji w ONZ oficjalnie zaprotestowali przeciwko naruszeniu suwerenności Wenezueli i powrotowi zachodniego imperializmu.

Jednak z mniej oficjalnych oświadczeń — byłych polityków i rosyjskich komentatorów — wyczuwa się raczej radość. „Prawo najsilniejszego jest najwyraźniej silniejsze niż zwykła sprawiedliwość” — napisał na przykład na portalach społecznościowych Dmitrij Miedwiediew, były prezydent Rosji. W wywiadzie dla oficjalnej agencji prasowej TASS dodał, że Waszyngton nie ma teraz żadnych powodów, aby zarzucać Rosji cokolwiek.

Rosjanie byli zdecydowanie zaskoczeni decyzją Stanów Zjednoczonych o obaleniu Maduro. Z pewnym oporem podziwiają, jak dobrze przebiegła operacja wojskowa, ale zbytnio im to nie przeszkadza

— mówi ekspert do spraw rosyjskiej polityki zagranicznej Mark Galeotti w wywiadzie dla tygodnika „Respekt”.

Chociaż Wenezuela miała silne powiązania z Rosją, nie była ona kluczowym partnerem dla Kremla. Sprzedawali broń niemal upadłemu krajowi, ale na kredyt. — Moskwa może teraz mieć nadzieję, że jeśli pod przywództwem USA Wenezuela nieco się podniesie, być może uda im się odzyskać część pieniędzy — dodaje analityk.

O tym, że Rosja nie przywiązywała tak dużej wagi do Wenezueli, świadczy również przesłuchanie przed Kongresem w 2019 r., podczas którego ówczesna doradczyni Donalda Trumpa do spraw bezpieczeństwa, Fiona Hill, oświadczyła, że Moskwa zasygnalizowała Waszyngtonowi, iż jest gotowa zamienić Wenezuelę na Ukrainę.

„Chcecie, żebyśmy opuścili wasze podwórko” — tak Hill przetłumaczyła stanowisko Rosji. „My mamy własną wersję tego samego problemu. Wy jesteście na naszym podwórku w Ukrainie”. Według jej własnych słów udała się wówczas do Moskwy, aby odrzucić tę propozycję.

Galeotti nie zgadza się z opinią, że działania amerykańskie mogą dać Rosji i Chinom wolną rękę do podjęcia podobnych prób porwania prezydentów lub przewrotów politycznych w „ich strefach wpływów”.

Przypomina, że właśnie taki zamach stanu Moskwa próbowała przeprowadzić na początku inwazji na Ukrainę w lutym 2022 r., kiedy elitarne oddziały poruszały się w okolicach Kijowa, nie w celu porwania, ale prawdopodobnie zabicia prezydenta Wołodymyra Zełenskiego. — Jedyne, co powstrzymuje Rosję, to jej własne możliwości — ocenia.

Polityka zagraniczna Trumpa odpowiada jednak Kremlowi. Rosja również postrzega świat jako walkę potęg, a w oczach Putina przeznaczeniem Rosji jest bycie światową potęgą na równi ze Stanami Zjednoczonymi lub Chinami. Chociaż w ostatnich latach jest ona coraz bardziej zależna od Pekinu. W przeciwieństwie do młodszego pokolenia rosyjskiej elity, Putina to nie martwi. Według Galeottiego jego głównym celem jest Ukraina — za wszelką cenę.

USA to chaos, my to stabilność

Zaledwie kilka godzin przed interwencją amerykańską Nicolas Maduro, główny sojusznik Pekinu na kontynencie, gościł w pałacu prezydenckim chińskiego specjalnego pełnomocnika do spraw Ameryki Południowej. Po tym wydarzeniu niejasny jest na przykład los ok. 10 mld dol. [ok. 36 mld zł, według obecnego kursu walut], które Wenezuela jest winna azjatyckiej potędze. I które stopniowo spłacała eksportem ropy. Chiny ponoszą więc straty materialne, ale ideologicznie wygrywają.

Pod rządami Trumpa „Stany Zjednoczone nie różnią się od Rosji i Chin, jeśli chodzi o gotowość do łamania zasad w imię ograniczonych interesów narodowych” — powiedział dziennikowi „The New York Times” Ryan Hass z think tanku Brookings, który za rządów Baracka Obamy kierował chińskim departamentem Rady Bezpieczeństwa Narodowego.

Korespondentka „The New York Times” Li Yuan opisuje, że w chińskim internecie pojawiła się frustracja z powodu łamania zasad przez Amerykanów, podczas gdy Pekin powstrzymuje się od działań — i że Chiny nie powinny obawiać się podjęcia podobnych zdecydowanych działań przeciwko Tajwanowi. Jednak w tej silnie cenzurowanej sieci silny był również inny pogląd: upadek Maduro pokazuje kruchość autorytarnych rządów i może być zapowiedzią tego, co się może stać z rządem w Pekinie.

Trump w każdym razie opowiedział się za światopoglądem, który od dawna propagują Chiny.

Porządek światowy stworzony po II wojnie światowej jest martwy. Zamiast niego państwa szybko dostosowują się do polityki, w której nie liczą się wartości, a jedynie to, co uda się wynegocjować. Twórcą tego podejścia do stosunków międzynarodowych były Chiny

— pisze na stronie internetowej Foreign Affairs Michael Brenes, ekspert do spraw strategii geopolitycznej z Uniwersytetu Yale. Konkretnie rzecz biorąc, podejście Trumpa odpowiada chińskim interesom w Azji Wschodniej.

Xi Jinping jest przeciwny wzmacnianiu sojuszy amerykańskich w Azji Wschodniej i Południowej, przeciwny amerykańskim wysiłkom hamującym rosnące ambicje Chin w regionie. Chciałby wyprzeć wpływ USA z regionu i zastąpić go „azjatyckimi wartościami” i „azjatyckim modelem bezpieczeństwa”.

W ostatnim tygodniu grudnia w wodach wokół Tajwanu odbyły się ogromne ćwiczenia morskie mające na celu blokadę wyspy — w czasie, gdy Trump wzmacniał swoją blokadę morską Wenezueli. Jednocześnie Chiny wprowadzają sankcje gospodarcze wobec Japonii z powodu poparcia dla Tajwanu ze strony nowej premier tego kraju.

Ekspert do spraw chińskiej polityki zagranicznej Odd Arne Westad z Uniwersytetu Yale w rozmowach z magazynem „Respekt” wielokrotnie powtarzał, że Pekin koncentruje się na wpływach w Azji Wschodniej i zgodnie z jego wiedzą nie ma planów globalnej dominacji ani zastąpienia USA w roli światowej potęgi numer jeden. Westad uważa jednak Azję Wschodnią za region, który zastępuje Europę w roli centrum świata — to tam będzie kształtować się przyszłość ludzkości, a sama dominacja Chin w tym regionie mogła uczynić je główną światową potęgą.

Stawką jest koniec NATO

Ameryka Trumpa, podobnie jak Rosja i Chiny, odwraca się od dotychczasowych zasad polityki międzynarodowej.

Ta zmiana stanowi największe zagrożenie właśnie dla Europy, która po niszczycielskich wojnach światowych nie zbudowała filarów twardej potęgi, czyli najlepszej armii, technologii wojskowej, myślenia geopolitycznego, strategii i czytelnej przywództwa. Obecna tożsamość i polityka zagraniczna kontynentu opiera się na współpracy oraz tworzeniu, przestrzeganiu i egzekwowaniu zasad, które miały ucywilizować stosunki międzynarodowe po erze wojen o władzę.

Znajduje się ona w nieprzyjemnej sytuacji, w której z jednej strony coraz bardziej obawia się Rosji, która wysyła sprzęt wojskowy do granic państw NATO, a z drugiej strony nie może polegać na swoim tradycyjnym sojuszniku. Wyraźnie widać to na przykładzie sporu o Grenlandię, gdzie mieszka ok. 56 tys. ludzi, w większości rdzennych mieszkańców.

Stany Zjednoczone kilkakrotnie próbowały przejąć wyspę od XIX w. Jednak duńska premier Mette Frederiksen ponownie podkreśliła w zeszłym tygodniu, że wyspa nie jest na sprzedaż i że o losie Grenlandii mogą decydować wyłącznie jej mieszkańcy. Chociaż według długoterminowych badań znaczna część Grenlandczyków popiera całkowite odłączenie się od Danii, prawie nikt nie chce przyłączenia się do USA.

— Nie bardzo to rozumiemy — mówi w rozmowie z „Respektem” Lin Alexandra Mortensgaard, analityk z Duńskiego Instytutu Studiów Międzynarodowych, nawiązując do tego, że Dania nie jest w stanie bronić wyspy, co ma „kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa narodowego USA”. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, aby Stany Zjednoczone zwiększyły obronę wyspy.

Już od 1951 r. mają umowę z Danią, że mogą budować na wyspie własne bazy, co też robiły w przeszłości. Jednak z ponad 15 tys. żołnierzy rozmieszczonych w kilkunastu bazach pozostała tylko baza kosmiczna Pituffik, w której Stany Zjednoczone zatrudniają mniej niż dwieście osób. To właśnie Duńczycy wielokrotnie proponowali Waszyngtonowi odnowienie i rozbudowę starych baz.

Coraz bardziej prawdopodobne wydaje się, że w rzeczywistości nie chodzi o obronę przed Rosją i Chinami — które Stany Zjednoczone nie identyfikują jako zagrożenie w swojej nowej strategii zagranicznej — ale przede wszystkim o dostęp do ropy naftowej i pierwiastków ziem rzadkich, które kryją się pod lodem i które wraz z postępującym globalnym ociepleniem będą coraz łatwiejsze do wydobycia.

Jednak również w tym przypadku Grenlandia i Dania wielokrotnie oferowały Amerykanom możliwość wydobycia. Gospodarka wyspy opiera się głównie na rybołówstwie, a amerykańskie inwestycje w wydobycie pomogłyby lokalnej społeczności również pod względem ekonomicznym. — Grenlandzcy politycy niemal błagają Stany Zjednoczone, aby — z pewnymi ograniczeniami — rozpoczęły wydobycie — dodaje Mortensgaard.

Donald Trump ma jednak inne zdanie. „Własność jest bardzo ważna” — powiedział dziennikowi „The New York Times”. Ale dlaczego nie wystarczy, że Grenlandia należy do Danii, czyli sojusznika?

Własność jest psychologicznie ważna dla naszego sukcesu. Własność daje ci coś, czego nie możesz uzyskać na podstawie umowy najmu lub innej umowy. Własność daje ci rzeczy, których nie można uzyskać poprzez zwykłe podpisanie dokumentu

— odpowiedział były magnat nieruchomościowy.

Rola, jaką Stany Zjednoczone odgrywają jako obrońca Zachodu, jest podobno wyjątkowa — dlatego Dania i pozostali Europejczycy powinni zaakceptować przejęcie Grenlandii przez Amerykanów.

Brytyjski dziennik „Financial Times” opisał możliwe scenariusze rozwoju sytuacji. Wzmocnienie amerykańskiej armii na największej wyspie świata byłoby korzystne dla Danii, ale Amerykanie pozostają wobec tego pomysłu obojętni. Inną możliwością jest niepodległość wyspy, która dzięki umowom o wyłącznej współpracy znalazłaby się pod większym wpływem Stanów Zjednoczonych. Dla niektórych amerykańskich polityków niepodległość wyspy, która nie jest częścią UE, stanowi jednak zagrożenie, ponieważ mogłyby ją wykorzystać inne mocarstwa. Na stole leży również zakup — który Dania odrzuca — oraz siła militarna. Ewentualna militarna aneksja Grenlandii, gdzie Stany Zjednoczone mają już swoich żołnierzy, prawdopodobnie nie wywołałaby krwawej bitwy, ponieważ w słabo zaludnionej stolicy Nuuk wystarczyłoby po prostu przejąć kontrolę nad budynkami rządowymi.

Nikt nie oczekiwałby realistycznie, że którykolwiek z 31 pozostałych członków NATO będzie bronił Grenlandii militarnie, gdyby Stany Zjednoczone próbowały ją zająć. Jak przypomina analityk do spraw bezpieczeństwa gazety „The Guardian” Dan Sabbagh, państwa europejskie nie miałyby żadnych szans w starciu z armią amerykańską.

— Po co jest sojusz obronny, skoro jego członkowie atakują się nawzajem? — pyta duńska analityk Mortensgaard. Według niej rzeczywisty atak doprowadziłby do końca NATO, które przestałoby być wiarygodne. — Stany Zjednoczone użyłyby wtedy tego samego argumentu, co Rosja, aby zdobyć Ukrainę — że muszą zabezpieczyć swoje granice — dodaje. W rozmowie z „The New York Times” Trump odmówił odpowiedzi na bezpośrednie pytanie, czy większym priorytetem jest dla niego zdobycie Grenlandii, czy utrzymanie NATO. „Ale możliwe, że trzeba będzie dokonać wyboru” — przyznał i dodał, że bez USA sojusz jest „w zasadzie bezużyteczny”.

Europa nie ma planu B

Europa stara się złagodzić konflikt. — Podczas gdy w przeszłości podobne stwierdzenia Trumpa zostały uznane przez Danię za całkowicie absurdalne, dziś próbuje ona znaleźć dyplomatyczne rozwiązanie — mówi Mortensgaard. Kopenhaga jest gotowa do rozmów, a w nadchodzącym tygodniu odbędą się negocjacje z amerykańskim sekretarzem stanu Marco Rubio.

Odpowiednią reakcję poszukują również politycy i dyplomaci z pozostałych krajów Europy. Jedną z „siłowych” opcji są sankcje gospodarcze, które Unia przygotowała na wypadek wojny handlowej ze Stanami Zjednoczonymi. Skrajną opcją jest wysłanie europejskich żołnierzy do Grenlandii na prośbę Danii, aby zniechęcić Trumpa, który ryzykowałby konflikt zbrojny w ramach sojuszu obronnego.

Jest jednak mało prawdopodobne, aby Europejczycy zdecydowali się na ten ostatni ryzykowny scenariusz. Ich priorytetem jest obecnie, aby Stany Zjednoczone nadal pomagały Ukrainie i aby w ewentualnym porozumieniu z Rosją uwzględniły w jak największym stopniu interesy Ukrainy i Europy. W tej sytuacji nikt nie chce drażnić Trumpa — ani krytyką dotyczącą porwania dyktatora Maduro, którego i tak nie uznawali po sfałszowanych ostatnich wyborach, ani ostrymi oświadczeniami dotyczącymi Grenlandii.

— Nie mają planu B — tak opisuje pozycję Europy w świecie, w którym jej najbliższy sojusznik przestał ją szanować, Philip Gordon, były doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego wiceprezydent Kamali Harris. Jednak według niego Europa pilnie potrzebuje planu B, ponieważ „świat, którego porządek się załamał, może stać się przerażającym miejscem”.

Historycy stosunków międzynarodowych zazwyczaj odrzucają porównania nadchodzącej ery do zimnej wojny między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim. Ich zdaniem rywalizacja między Chinami a Stanami Zjednoczonymi jest zasadniczo inna: rywalizują one we wspólnej zglobalizowanej gospodarce, w której o swoje „strefy wpływów” walczą kolejni rosnący gracze, tacy jak Turcja czy bogate monarchie arabskie. Ich zdaniem zmierzamy raczej w kierunku „koncertu mocarstw 2.0”, powrotu do logiki XIX w. w scenerii i technologii XXI w.

Ryzyko jest oczywiste: w XIX w. pod kołami mocarstw znalazły się interesy i wolności mniejszych narodów i biedniejszych społeczeństw niebędących częścią Zachodu, nad ich „koncertem” przez dziesięciolecia wisiała groźba konfliktu, a napięcie ostatecznie wyładowało się w postaci dwóch wojen światowych. Międzynarodowe zasady były lekcją wyciągniętą z tej zagłady — a prezydenci Trump, Putin i Xi chcą je teraz osłabić lub wręcz zniszczyć i w pewnym sensie cofnąć ludzkość do przeszłości.