
Prawa autorskie: Photo by Shwan MOHAMMED / AFPPhoto by Shwan MOHAM…
Prawa autorskie: Photo by Shwan MOHAMMED / AFPPhoto by Shwan MOHAM…
Zaloguj się, aby zapisać na później
13 stycznia 2026
Google NewsUdostępnij na FacebookuUdostępnij na TwitterzeUdostępnij w mailu
„Złe zarządzanie infrastrukturą w Iranie działa jak reakcja łańcuchowa: załamanie wodne uderza w rolnictwo, znikają miejsca pracy, rośnie migracja, a miasta przyjmują ludzi, których nie potrafią obsłużyć” – mówi nam pochodzący z Iranu analityk środowiskowy Nik Kowsar
Google NewsUdostępnij na FacebookuUdostępnij na TwitterzeUdostępnij w mailu
Jakub Szymczak, OKO.press: Jak Iran znalazł się w dzisiejszej sytuacji gospodarczej? Jaką częścią problemów są sankcje, a gdzie wina leży po stronie rządu irańskiego?
Nik Kowsar, analityk sytuacji hydrologicznej i środowiskowej, bloger polityczny: Ten kryzys wynika przede wszystkim z czynników wewnętrznych. Sankcje są na drugim planie.
Władza otrzymała już wiele ostrzeżeń i dobrze o tym wie. Już w latach 80. irańscy eksperci sygnalizowali zagrożenia: nadmierna liczba źle przemyślanych inwestycji, traktowanie rozwoju jako wylewania betonu, nieefektywne transfery do obywateli.
Zarządzanie wodami gruntowymi przez cały czas trwania Republiki Islamskiej stało na niskim poziomie. Megaprojekty infrastrukturalne stały się kanałem dla nepotyzmu i korupcji.
Wiem to z pierwszej ręki: w listopadzie 1988 roku mój ojciec informował członków gabinetu Mir-Hosseina Musawiego o niebezpieczeństwie forsowania popytu ponad to, co mogą wytrzymać irańskie zlewnie i warstwy wodonośne. Część tego briefingu opierała się na raporcie, który tłumaczyłem – ostrzegał on, że cieplejszy klimat nasili stres wodny na całym Bliskim Wschodzie. Już wtedy kierunek był jasny. Nic w tym kierunku nie zrobiono.
Sankcje rzeczywiście istnieją i są dotkliwe. Ale reżim miał też własną sprawczość: mógł prowadzić politykę zagraniczną mądrzej, by uniknąć najgorszych sankcji, i mógł zmniejszyć podatność Iranu na skutki sankcji poprzez rozsądniejsze zarządzanie żywnością i wodą.
Nawet gdyby sankcje zniknęły jutro, system nadal będzie drenował warstwy wodonośne, dopóki nie zostaną złamane mechanizmy i sieci władzy nagradzające nadużywanie i betonocentryczny „rozwój”.
Podstawowy błąd jest prosty: Iran powinien był żyć w świadomości ograniczenia istniejących zasobów wody i szanować środowiskowe prawa wodne. Zamiast tego traktował wody podziemne jakby były nieskończone, zamieniając strategiczną rezerwę w dużej mierze nieodnawialny zasób.
Jak po latach zaniedbań wygląda sytuacja gospodarki wodnej w Iranie?
Iran nie znajduje się w stanie suszy. Iran jest dziś w stanie bankructwa wodnego.
Przez dekady reżim prowadził wodny deficyt: nadmiernie pompowano wodę z warstw wodonośnych, budowano zbyt wiele tam, forsowano transfery międzyzlewniowe oraz rozwijano rolnictwo i przemysł o bardzo dużym zapotrzebowaniu na wodę w miejscach, które nie są w stanie tego utrzymać.
Skutek nie jest przejściowy. Jest strukturalny: wysychające rzeki, ginące mokradła, wyczerpane wody gruntowe i przyspieszające osiadanie terenu. Tego nie da się naprawić jednym rokiem wysokich opadów, jedną nową tamą ani kampanią propagandową. Dziś przyszedł czas spłaty wodnego długu.
Czy problemy z wodą mają wpływ na wybuch protestów?
Woda jest ważnym czynnikiem, choć nie jest nośnym hasłem na transparentach. Ludzie mogą wychodzić na ulice z powodu cen albo represji, ale trwały deficyt wodny zamienia codzienne życie w upokorzenie: suche krany, kolejki po cysterny, zasolone studnie, martwe pola, blackouty wywołane załamaniem systemu woda-energia.
To także napędza bezrobocie, upadek rolnictwa, zamieranie małych firm, utratę podstaw lokalnych gospodarek. Potem następuje przymusowa migracja: wioski pustoszeją, średnie miasta się wyludniają, a ludzie napływają do miast, które nie są w stanie ich przyjąć. Przez to tworzą się nowe dzielnice biedy.
Dlatego kryzys wodny to kryzys godności. Pozbawia ludzi stabilności, pracy i możliwości planowania życia. A kiedy państwo nie potrafi zapewnić podstaw i karze za skarżenie się, gniew nie znika. Wzmacnia się i rozprzestrzenia się.
Tymczasem – jak mówisz – nie tylko nie widać nadziei na poprawę, ale podobne błędy w zarządzaniu dotyczą każdej części gospodarki.
Złe zarządzanie infrastrukturą w Iranie działa jak reakcja łańcuchowa: załamanie wodne uderza w rolnictwo, znikają miejsca pracy, rośnie migracja, a miasta przyjmują ludzi, których nie potrafią obsłużyć.
Usługi miejskie się pogarszają, racjonowanie się rozszerza, zaufanie upada. Tragedia Iranu polega na tym, że to załamanie nie wynika z czynników naturalnych, uwarunkowań geograficznych i przyrodniczych.
Przez tysiące lat wody gruntowe, zarządzane za pomocą kanatów i ścisłych społecznych reguł poboru wody, stanowiły filar zrównoważonego rozwoju. Ostatnie mniej więcej 75 lat rozwoju opartego na pompach, megaprojektach i politycznej kontroli przekroczyło te granice. Znormalizowało nadmierny pobór i zamieniło strategiczne rezerwy w codzienny bankomat bez limitu.
Co można zrobić, by naprawić tę sytuację?
Droga wyjścia jest nudna, trudna i konkretna, bo rzeczywistość nie przejmuje się hasłami.
- Po pierwsze: zatrzymać krwawienie – zamrozić dalszy wzrost zapotrzebowania na wodę, zwłaszcza nowe nawadnianie i wodochłonny przemysł w suchych zlewniach.
- Po drugie: zarządzać wodami gruntowymi – liczniki, limity, egzekucja i tam gdzie trzeba programy odkupu; bez tego nic się nie utrzyma.
- Po trzecie: zmienić rolnictwo – odejść od upraw o niskiej wartości i dużym zapotrzebowaniu na wodę, płacić za transformacje, modernizować nawadnianie tylko tam, gdzie naprawdę oszczędza wodę (często nie oszczędza, jeśli popyt nie jest ograniczony).
- Po czwarte: naprawić sieci – zmniejszyć wycieki, ponownie wykorzystywać ścieki, poprawić efektywność sieci miejskich.
- Po piąte: wymusić transparentność – publikować bilanse zlewni, kontrakty i koszty projektów; jeśli nie da się tego sprawdzić, to wtedy można być pewnym, że dojdzie do kradzieży publicznych środków.
I wreszcie: zdecentralizować odporność – dać realną władzę gminom i radom zlewniowym, a nie tylko dekretom z Teheranu.
Spójrzmy jeszcze na inny kluczowy sektor irańskiej gospodarki. Iran posiada duże złoża ropy naftowej, ale sektor naftowy nie jest dziś w dobrej kondycji. Dlaczego?
Sektor naftowy Iranu utknął w trzech wymiarach.
- Po pierwsze: starzejące się złoża i chroniczne niedoinwestowanie oznaczają wyższe tempo spadku wydobycia, wyższe koszty na baryłkę i mniejszą efektywność.
- Po drugie: sankcje i izolacja ograniczają kapitał i technologię, co szkodzi całemu sektorowi.
- Po trzecie: krajowa błędna alokacja, subsydia i polityczne ceny powodują marnotrawstwo i przemyt, a dochody są konsumowane na łatanie krótkoterminowych dziur budżetowych i wsparcie dla politycznych sojuszników, zamiast na reinwestycję. Ropa jest traktowana jak maszynka do pieniędzy, a nie strategiczny zasób.
Do tego Iran nie zarządzał mądrze wspólnymi polami naftowymi i gazowymi w Zatoce Perskiej, które dzieli z arabskimi sąsiadami. Kraje po drugiej stronie Zatoki działają szybciej i efektywniej, a Iran zostaje w tyle, tracąc potencjalny dochód.
A korupcja nie jest problemem pobocznym – jest centralna. Szara strefa z ery sankcji stworzyła potężnych beneficjentów, którzy zarabiają na nieprzejrzystych sprzedażach i przemycie. Te oligarchiczne sieci mają już swoje odciski w systemie, więc reforma nie jest tylko techniczna – zagraża ugruntowanym interesom, które będą się bronić.
Prezydent Pezeszkian zaproponował kilka reform gospodarczych: częściowe uwolnienie kursu riala, niewielkie transfery do gospodarstw domowych. Te ruchy mają szansę na uspokojenie sytuacji?
Patrząc na ostatnie wydarzenia: likwidacja preferencyjnego kursu walutowego mocno uderzyła w małych kupców bazarowych, a szok szybko się rozlał, zwłaszcza w i tak zubożałych regionach. Zmiana szefa banku centralnego bez dyscypliny fiskalnej i realnej walki z korupcją to tylko przestawianie krzeseł na tonącym statku.
Reforma subsydiów może też bardzo szybko się obrócić przeciwko władzy. Te posunięcia mogą na papierze kupić trochę czasu. Nie odbudowują zaufania.
Patrząc z zewnątrz – jak duże są dziś protesty i gdzie mogą nas zaprowadzić?
Moim zdaniem kluczowa wcale nie jest liczebność protestów. Liczy się ich trwałość, rozprzestrzenienie geograficzne i udział różnych sektorów – handlowców, robotników, studentów, prowincjonalnych miasteczek. Oraz zdolność i wola reżimu do represji.
Wyłączenie komunikacji i brutalne stłumienie pokazują strach na górze, ale także przypominają, że państwo wciąż dysponuje dużą siłą. Jeśli strajki się rozwiną i koordynacja się poprawi, sufit będzie rósł bardzo szybko. Bez organizacji niepokoje mogą być ogromne, ale trudniej przekuć uliczny żar w polityczne rezultaty.
Co może wydarzyć się w najbliższych tygodniach?
Widzę kilka ścieżek, a bardzo dużo zależy od tego, jak Stany Zjednoczone i szersza społeczność międzynarodowa zareagują na represje. Wyłączenie komunikacji nie jest usterką techniczną – to celowy cios w społeczny bunt.
- Jedna prawdopodobna ścieżka to eskalacja represji: aresztowania, zastraszanie, wojna narracyjna i celowe naciski ekonomiczne, których celem jest zmęczenie społeczeństwa, a nie rozwiązanie czegokolwiek.
- Druga to pogłębiający się stres gospodarczy: więcej racjonowania, zakłócenia dostaw, gwałtowniejsze wahania waluty i kaskadowa inflacja, która będzie dokarmiać ten sam gniew, który reżim próbuje stłumić.
- Trzeci wzorzec to rotujące ogniska: protesty przesuwające się między prowincjami w miarę pojawiania się lokalnych zapalników – odcinania dostępu do wody, rosnących cen paliwa. Dziką kartą są ewentualne trwałe strajki uderzające w dochody i logistykę. Wtedy równowaga może się przechylić.
Czym dzisiejsza sytuacja różni się od 2017 i 2019 roku, gdy Irańczycy również tłumnie wychodzili na ulicę z powodów gospodarczych?
W 2017 roku zapalnikiem była sytuacja gospodarcza, a protesty szybko rozprzestrzeniły się na cały kraj, często w obszarach już dotkniętych niedoborami wody i lokalnym upadkiem.
W 2019 roku iskrą była podwyżka cen paliwa, po czym nastąpiła błyskawiczna eskalacja i wyjątkowo brutalna pacyfikacja. Dzisiaj wygląda to inaczej, ponieważ zdolności państwa wydają się bardziej kruche w podstawowych sprawach: woda, prąd, stabilność waluty, codzienne rządzenie.
Frustracja jest bardziej skoncentrowana na przetrwaniu i godności: nie tylko „jestem biedny”, ale „to państwo nie potrafi prowadzić kraju”.
Awaria systemu woda-energia-infrastruktura dotyka bezpośrednio więcej gospodarstw domowych, a nieufność jest głębsza – znacznie mniej ludzi wierzy w wewnętrzne cykle reform czy obietnice wyborcze.
Jakie jest najlepsze, ale realistyczne rozwiązanie dzisiejszej sytuacji?
Mój preferowany, wciąż realistyczny wynik, to możliwy do przeprowadzenia proces przejściowy, który unika zemsty na rządzących, ale jednocześnie domaga się pociągnięcia winnych do odpowiedzialności. Potrzebna jest konstytucja oparta na prawach człowieka, która traktuje środowisko jako publiczny powierniczy majątek, a nie łup władzy.
To oznacza realne mechanizmy kontroli i ograniczenia władzy – bo tego brakuje w nowoczesnej historii Iranu. Oznacza to także wypchnięcie sektora bezpieczeństwa z gospodarki: usunięcie Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej i jego sieci z zarządzania wodą, budownictwem, portami itd.
Zadaniem władzy przejściowej powinno być prozaiczne: chronić życie, przywrócić łączność, utrzymać podstawowe usługi i przygotować wiarygodne wybory. Potrzebne są zabezpieczenia: niezależne sądy, dziennikarstwo śledcze, audyty i nadzór społeczeństwa obywatelskiego, żeby system nie przekształcił się po prostu w zliberalizowaną oligarchię.
Na koniec potrzebny jest narodowy reset w sprawie wody: zarządzanie popytem, limity na wody gruntowe, przejrzystość, egzekwowalne oceny oddziaływania środowiskowego i społecznego oraz koniec z udawaniem polityki przez patronat.
Iran nie potrzebuje kolejnego zbawcy. Potrzebuje reguł, które dotyczą liderów politycznych, których można rozliczyć.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego „Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym” (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego „Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym” (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Copyright © 2016 – 2026. Made with love by OKO.press team. All Rights Reserved.