O Mołdawii znów zrobiło się głośno za sprawą słów prozachodniej i prounijnej prezydentki Mai Sandu, która w brytyjskim podkaście przyznała, że gdyby odbyło się referendum w sprawie zjednoczenia Rumunii z Mołdawią, zagłosowałaby „za”. Tłumaczyła, że w obecnej sytuacji geopolitycznej, przy zagrożeniu ze strony Rosji, tak małemu krajowi trudniej jest przetrwać.
Słowami prezydentki Mołdawii nie jest zaskoczony Kamil Całus, ekspert Ośrodka Studiów Wschodnich od Rumunii i Mołdawii, a ponadto autor wydanej w 2019 r. książki o znamiennym tytule: „Mołdawia. Państwo niekonieczne”.
Opowiada o związkach łączących Mołdawię i Rumunię, ale tłumaczy też, dlaczego idea jednego państwa nie zyskuje w sondażach poparcia większości obywateli tego pierwszego kraju. — Wielu Mołdawian pamięta wojnę w Naddniestrzu w 1992 r., gdy prorosyjscy mieszkańcy obawiali się, że „nowa Mołdawia” połączy się z Rumunią. Nie chcą kolejnej wojny domowej, boją się, że ludzie będą do siebie znowu strzelać. Szczególnie że Moskwa zapewne dołożyłaby w takiej sytuacji swoje trzy grosze (…). Wielu Mołdawian boi się, że w zjednoczonej Rumunii staliby się obywatelami drugiej kategorii.
— Uważam, że to nie najlepszy czas na mówienie o zjednoczeniu Mołdawii z Rumunią, prezydentka Maia Sandu wybrała po prostu zły moment. Nie jest to jednak nowość w jej przypadku. Reprezentuje szerszy pogląd, popularny wśród niemałej części mieszkańców tego kraju — w tym elit — de facto kwestionujących własną suwerenność, niezależność i opowiadających się za zjednoczeniem się z sąsiednim krajem. To o tyle ciekawe, że nie ma w Europie drugiego takiego państwa, którego tak wysocy rangą przedstawiciele opowiadaliby się za likwidacją własnej państwowości. To właśnie pozwala na mówienie o Mołdawii jako o „państwie niekoniecznym” — wskazuje Kamil Całus.
Dodaje, że niedawne słowa prezydentki to woda na młyn dla sił prorosyjskich, straszących od lat 90. rumuńskim anschlussem. Wypowiedzi takie mogą też sprawić, że część sceptycznych wobec rozszerzenia UE polityków europejskich zacznie zastanawiać się nad zasadnością wspierania mołdawskich aspiracji unijnych. Czy warto bowiem inwestować czas i pieniądze w „państwo tymczasowe”?
— Z drugiej strony rozumiem jej intencje — przyznaje Kamil Całus.
Ekspert OSW w rozmowie z Onetem podkreśla, że choć takie słowa w ustach urzędującego prezydenta brzmią dziwnie, to można znaleźć wiele argumentów uzasadniających sens wypowiedzi prozachodniej polityczki. I wcale nie mówi o zagrożeniu ze strony Rosji, lecz o historycznych powodach, które jednoznacznie sytuują Mołdawię jako część Rumunii.
— Podobnie jak znaczna część społeczeństwa mołdawskiego, prezydentka uważa się za Rumunkę i ma obywatelstwo tego kraju. Uznaje, że naród mołdawski jest de facto częścią narodu rumuńskiego, a Mołdawia w obecnym kształcie istnieje głównie jako pokłosie zbrodniczego z jej punktu widzenia paktu Ribbentrop-Mołotow, który uderzył nie tylko w Polskę, ale doprowadził też do faktycznego rozbioru Rumunii. Przypomnę, że na mocy jego zapisów dzisiejsza Republika Mołdawii weszła w strefę wpływów Stalina i w skład ZSRR, a gdy to imperium się rozpadło, na początku lat 90. stała się niepodległym państwem. Część mieszkańców tego kraju, podobnie jak jego prezydentka, wolałaby wrócić do jednego państwa z Rumunią. Nie jest to jednak pogląd powszechny — stanowczo antyrumuńskie, a zarazem prorosyjskie jest nie tylko kontrolowane przez Moskwę separatystyczne Naddniestrze, ale też np. leżąca na południu kraju i sympatyzująca z Moskwą Gagauzja — mówi Kamil Całus.
Mołdawia jest nazywana drugim państwem rumuńskim
Kilkukrotnie w rozmowie z Onetem ekspert podkreśla, że kwestię Mołdawii warto rozpatrywać „bez Naddniestrza”, czyli regionu separatystycznego i wspieranego przez Rosję, ze stolicą w Tyraspolu.
— Historia terenów tzw. prawobrzeżnej części Republiki Mołdawii i Naddniestrza jest inna, co dodatkowo komplikuje sytuację tego państwa. Od XIV w. należące dziś do tego kraju ziemie, od Prutu do Dniestru, a więc bez Naddniestrza, wchodziły w skład Hospodarstwa Mołdawskiego, które potem razem z Wołoszczyzną utworzyło Rumunię. Efekt jest taki, że Mołdawianie mieszkający w republice nie różnią się etnicznie, językowo i kulturowo od ludzi zamieszkujących północno-wschodnią Rumunię. W każdym razie nie w istotnym stopniu. Zresztą warto tu dodać, że sami Rumuni tę część swojego kraju nazywają właśnie Mołdawią i często, by uniknąć zamieszania, nalegają, żeby mówiąc o ich wschodnim sąsiedzie, używać pełnej nazwy tego kraju „Republika Mołdawii”. Oni widzą to tak: historycznie istnieje jedna Rumunia, w której skład wchodzi region o nazwie Mołdawia, tyle że obecnie jest podzielony i znajduje się w dwóch państwach. Mają oczywiste argumenty historyczne, by właśnie tak to widzieć, czyli aby nazywać dzisiejszą Mołdawię „drugim państwem rumuńskim” — zaznacza Kamil Całus.
Ekspert OSW i autor książki o Mołdawii dodaje, że Mołdawianie różnią się od „Rumunów właściwych” niewiele bardziej niż mieszkańcy poszczególnych regionów tego karpackiego kraju. Nieco inną historię, zwyczaje czy nawet akcent mają mieszkańcy bardziej centralnie położonej Transylwanii, inne mieszkańcy leżącej na południu Wołoszczyzny, a jeszcze inne rumuńscy Mołdawianie.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Większość Mołdawian przeciwna zjednoczeniu. Oto powody
Choć Kamil Całus widzi sporo argumentów za tym, by Mołdawia i Rumunia mogły znowu tworzyć jedno państwo, ostatnia wypowiedź prezydentki Sandu pod pewnymi względami go zaskoczyła.
— Maia Sandu od 2020 r. jest prezydentką Mołdawii, a jej partia rządzi w kraju. Wcześniej unikała tematu zjednoczeniowego, wiedząc, że za taką ideą opowiada się w porywach ok. 40 proc. społeczeństwa mołdawskiego. W tym kontekście dziwię się, że właśnie dziś zaczęła poruszać tę kwestię. Być może, biorąc pod uwagę, że rządzi drugą kadencją i trzeci raz nie może zostać prezydentką, uznała, że teraz wolno jej powiedzieć więcej. Może chodzić także i o to, że w zeszłorocznych wyborach parlamentarnych 5 proc. głosów otrzymała partia „Demokracja w domu”, podobnie prozachodnia jak Maia Sandu, ale jednoznacznie opowiadają się za zjednoczeniem z Rumunią. Może więc Sandu chce odzyskać ten elektorat, który uznał, że jest słabą orędowniczką idei zjednoczeniowej? — zastanawia się Kamil Całus.
Dlaczego, skoro jest tyle związków łączących Mołdawię i Rumunię, idea jednego państwa nie zyskuje w sondażach poparcia większości obywateli tego pierwszego kraju? Ekspert wskazuje na kilka głównych czynników.
— Wielu Mołdawian pamięta wojnę w Naddniestrzu w 1992 r., gdy prorosyjscy mieszkańcy obawiali się, że „nowa Mołdawia” połączy się z Rumunią. Nie chcą kolejnej wojny domowej, boją się tego, że ludzie będą do siebie znowu strzelać. Szczególnie że Moskwa zapewne dołożyłaby w takiej sytuacji swoje trzy grosze i sprzyjała narastaniu napięć, podsycała opór wśród prorosyjskich mieszkańców kraju. Ponadto wielu Mołdawian boi się, że w zjednoczonej Rumunii staliby się obywatelami drugiej kategorii. Już dziś wielu z nich uważa, że Rumuni traktują ich „z góry”. Niektórzy doświadczyli w sąsiednim kraju wyszydzania. Śmiano się z ich wschodniego akcentu czy rusycyzmów, traktowano jako „biedniejszych braci”, niekiedy wprost nazywano „Ruskimi”. To między innymi te właśnie kwestie powodują, że znaczna część Mołdawian, zdając sobie sprawę z oczywistych związków z Rumunią, racjonalnie uznaje, że jednak lepiej iść własną ścieżką, tworzyć własne państwo — tłumaczy Kamil Całus.
Naddniestrze to były dzikie pola, aż pojawiła się Rosja
Eksperta zapytaliśmy również, dlaczego tak często podkreśla, że „temat Mołdawii warto rozpatrywać bez Naddniestrza”. Odpowiada, że akcentuje to tak dobitnie, bo historia tego regionu ma własną specyfikę, z oczywistym akcentem rosyjskim.
— W Mołdawii panuje konsensus, że Naddniestrze musi pozostać częścią kraju. Parapaństwo to — nawet gdyby chciało — nie może funkcjonować jako niezależne. Jest na to za małe i za słabe. Nie można go więc sobie „odpuścić”. Nie ma też raczej wątpliwości, że gdyby w Mołdawii kiedykolwiek zwyciężyła idea zjednoczenia z Rumunią, to w procesie zjednoczenia brałby także udział ten region. Sprawę utrudnia jednak to, że Naddniestrze kontrolowane jest przez Rosję, stacjonują tam też rosyjskie wojska. Trzeba przy tym zaznaczyć, że Naddniestrze historycznie nigdy nie miało u siebie silnego żywiołu mołdawskiego. Przez wieki były to dzikie pola, nieużytki, które od XVIII w. zaczęła, literalnie rzecz ujmując, kolonizować Rosja. Robiła to, bo prowadziła ekspansję w szeroko rozumianym basenie Morza Czarnego, co wpisywało się w ówczesną rywalizację z Turcją — mówi Kamil Całus.
Przypomina, że potem, za czasów ZSRR, powstała w Naddniestrzu lokalna, utworzona przez bolszewików administracja, która miała przygotowywać przyszłe elity na wypadek „odzyskania” przez ZSRR terenów dzisiejszej Mołdawii. Taka radziecka republika faktycznie istniała w trakcie II wojny światowej, bo cała obecna Mołdawia oraz Naddniestrze na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow weszły w skład jednej Mołdawskiej SRR. Była to sprytna, brutalna i nie pierwsza taka zagrywka Stalina, który w jednych granicach zamykał różne grupy etniczne i narodowościowe. Dalszą historię już znamy. Gdy po latach ZSRR upadł, powstała formalnie niepodległa Mołdawia, która od początku lat 90. boryka się z wieloma problemami gospodarczymi oraz ze zbuntowanym i dotowanym przez Moskwę Naddniestrzem.
— Sprawa Naddniestrza, zamieszkiwanego przez Rosjan, Ukraińców i różne mniejszości słowiańskie, jest więc trudna. Historycznie ten region nigdy nie był mołdawski. W każdym razie nie „czysto” mołdawski. Jego przyszłość jest obecnie niepewna. Sądzę, że Mołdawia w najbliższych latach nie zjednoczy się z Rumunią, ale ten temat będzie wracał, tak jak ponawiane będą przez Moskwę akty ingerencji w politykę Kiszyniowa, by ten porzucił drogę do integracji z UE, NATO oraz by zmniejszyć poparcie dla idei zjednoczenia z Rumunią — podsumowuje ekspert.