Najtrudniejsze dla Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego nie są akcje „medialne”, lecz te prowadzone nocą, zimą i w skrajnych warunkach — często bez kamer, za to z realnym ryzykiem śmierci lub poważnych uszkodzeń ciała. Ratownicy pamiętają przede wszystkim tragedie, także te, w których ginęli ich koledzy: katastrofę śmigłowca, lawiny, długie i bezsilne poszukiwania.

Dalszy ciąg materiału pod wideo

Jak podkreślają, dziś życie ratownika jest wartością równorzędną z życiem poszkodowanego, dlatego każda akcja poprzedzona jest analizą ryzyka, a czasem nawet decyzją o wstrzymaniu działań. Wbrew obiegowym opiniom większość wypadków nie wynika z brawury turystów, lecz z klasycznych górskich zdarzeń.

W pracy TOPR coraz większą rolę odgrywa technologia: drony, łączność i „pakiety przetrwania”. To służba oparta na pracy zespołu i współdziałaniu ponad granicami m.in. ze Słowakami. Nasi rozmówcy mówią wprost: ratownikiem jest się zawsze, nie tylko w godzinach dyżuru.

***

To druga część rozmowy z przedstawicielami TOPR. W pierwszej naczelnik Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego Jan Krzysztof oraz ratownik Grzegorz Kubicki opowiedzieli o zarobkach, konieczności dorabiania, remoncie i funkcjonowaniu niezbędnego w ich pracy śmigłowca, nowej siedzibie oraz technologiach, które pomagają im w ratowaniu ludzkiego życia.

***

Kiedy pytamy ratowników o akcje, które zostają w głowie na lata, szybko okazuje się, że najtrudniejsze nie zawsze są te najbardziej „medialne”. Z perspektywy TOPR pamięta się przede wszystkim działania wymagające maksymalnej koncentracji i odporności, często prowadzone w warunkach, których z zewnątrz nie widać: nocą, zimą, przy fatalnej pogodzie.

— Jest tego trochę, bo każdy z nas w ciągu roku wykonuje wiele wyjść w góry. Najbardziej zostają w głowie te najtrudniejsze, wykonywane nocą czy zimą, choć wcale nie muszą być spektakularne na zewnątrz. Mniej się o nich mówi, bo ludzie po prostu nie wiedzą, co jest dla nas prawdziwą trudnością — przyznaje Kubicki.

Dramat na Giewoncie. „To było coś, z czym zetknęliśmy się po raz pierwszy”

— Wyprawą, która na każdym z moich kolegów zrobiła ogromne wrażenie, był wypadek po uderzeniu pioruna na Giewoncie sprzed kilku lat. To było coś, z czym zetknęliśmy się po raz pierwszy, bo nagle mieliśmy do czynienia z wieloma poszkodowanymi naraz. Finalnie było ich ponad stu trzydziestu i wszystkim trzeba było udzielić pomocy — przypomina i dodaje, że w pamięci ratowników mocno zapisała się także akcja w Jaskini Wielkiej Śnieżnej, gdzie do uwięzionych ratowników próbowano dotrzeć przez miesiąc.

Nasz rozmówca nie ukrywa, że zimą co roku trafiają się wyjścia naprawdę ryzykowne. — To nie jest tylko górnolotne powiedzenie, że praca ratownika górskiego jest trudna i wiąże się z ryzykiem. Czujemy się w tym terenie dobrze, często bardzo dobrze funkcjonujemy tam, gdzie inni mają problem, ale gdy idzie się po kogoś zimą, w nocy, przy zerowej widzialności, opadach śniegu i zagrożeniu lawinowym, to zaczynają dochodzić czynniki, na które nasze doświadczenie i chęci pomocy już nie do końca mają wpływ — przekonuje.

— Bywają sytuacje na granicy, których nawet nigdzie nie odnotowujemy. Dopiero później, po fakcie, człowiek układa je sobie w głowie i dochodzi do wniosku, że działaliśmy naprawdę na ostrzu noża. Na szczęście od wielu lat nie mieliśmy wypadku wśród ratowników i miejmy nadzieję, że tak zostanie — podsumowuje.

Z perspektywy naczelnika TOPR w pamięci najmocniej zostają zdarzenia związane ze śmiercią ratowników. — My zawsze odwołujemy się do tego, co już było. Każda kolejna akcja nakłada się na tę poprzednią. Z mojej perspektywy najbardziej pamięta się te akcje, które kończyły się tragedią ratowników — zaznacza.

Giewont i ratownicy TOPRGiewont i ratownicy TOPR (Foto: TOPR – archiwum / Materiały prasowe)

— Jedną z nich jest katastrofa śmigłowca w 1994 r., w której brałem udział bezpośrednio na miejscu, kierując działaniami w pierwszym etapie. Życie straciło wtedy dwóch kolegów–ratowników i dwóch pilotów. Podobnie wyprawa pod Szpiglasową Przełęcz, gdzie w trakcie podejścia dwóch ratowników zginęło w lawinie. Wtedy bezpośrednio kierowałem akcją w terenie — przypomina Jan Krzysztof.

Wśród największych tragedii z ostatnich dekad naczelnik przywołuje także lawinę pod Rysami. — O ile pamiętam, zginęło osiem osób: opiekun i siedmioro uczniów z liceum w Tychach. To była dramatyczna sytuacja: działania ratowniczo-poszukiwawcze, a potem przez kilka miesięcy już tylko poszukiwanie ciał — ujawnia.

„Naturalna część naszej pracy”. TOPR-owcy nie chwalą się każdą akcją

Krzysztof, podobnie jak Kubicki, wraca również do masowego porażenia piorunem na Giewoncie oraz akcji w Jaskini Wielka Śnieżna. — Ponad 130 osób wymagało pomocy, cztery z nich, w tym dwoje dzieci, zginęły. Ja sam nie byłem wtedy na miejscu, koordynowałem działania z dołu, ale to też było ogromne wyzwanie — ocenia naczelnik. — Równocześnie prowadziliśmy trwającą około miesiąca akcję dotarcia najpierw do dwóch speleologów uwięzionych w jaskini, początkowo z nadzieją na ich uratowanie, a później już, niestety, wyłącznie w celu odnalezienia ciał — podkreśla.

— Do tego dochodzi mnóstwo zaawansowanych działań z użyciem śmigłowca, zawsze obarczonych dużym ryzykiem. One też niosą ogromne emocje. I nie o wszystkich sytuacjach, nawet tych zakończonych dobrze, się opowiada. To po prostu naturalna część naszej pracy, podobnie jak u strażaków czy innych służb ratowniczych — kończy.

Co ciekawe, brak rozsądku turystów jako przyczyna akcji ratunkowych to — wbrew obiegowym opiniom — raczej margines. Jak zauważa Kubicki, zdecydowana większość interwencji wynika z normalnych, górskich zdarzeń, a nie skrajnej nieodpowiedzialności.

— Kiedy interweniujemy, zazwyczaj po prostu dochodzi do wypadku i ludzie mają realny problem. Dużą rolę odgrywa ratownik dyżurny i kierownik dyżuru w centrali TOPR, który odbiera telefony od turystów i musi dobrze ocenić, czy pomoc jest niezbędna i jak szybko powinniśmy znaleźć się na miejscu — zdradza. — Owszem, zdarzają się przypadki zachowań skrajnie nieodpowiednich, a pewne schematy, jak chodzenie po zmroku, powtarzają się częściej, ale przy takim natężeniu ruchu, jakie mamy dziś w Tatrach, naprawdę rzadko są to sytuacje, które można zaliczyć do tej kategorii — zaznacza Kubicki. Jak dodaje, dominują klasyczne górskie zdarzenia: potknięcia, złe postawienie nogi, urazy, czyli historie, które mogą przydarzyć się każdemu.

TOPR podczas lawiny w Dolinie Pięciu Stawów PolskichTOPR podczas lawiny w Dolinie Pięciu Stawów Polskich (Foto: TOPR – archiwum / Materiały prasowe)

Zdaniem rozmówcy Przeglądu Sportowego Onet duży wpływ na odbiór tych zdarzeń ma internet. — Co jakiś czas sieć rozgrzewa się od „niedopuszczalnych” przypadków. Teren wysokogórski jest dziś dobrze przygotowany pod względem infrastruktury, łatwo dostać się wysoko, choćby na Kasprowy Wierch, a potem wejść w znacznie trudniejszy teren, jak Orla Perć. Sztuczne ułatwienia dają złudne poczucie bezpieczeństwa i czasem ludzie trafiają tam, gdzie nie powinni się znaleźć tak od razu — wyjaśnia.

Mimo to TOPR stara się patrzeć na takie sytuacje bez emocji. — Wypadek w górach może zdarzyć się każdemu. To nie zawsze są osoby, które „prosiły się o kłopoty”. Przypadki ewidentnie na własne życzenie, typu klapki i reklamówka w wysokich partiach gór, to naprawdę margines — zapewnia, a wtóruje mu naczelnik, który zwraca uwagę na skalę ruchu turystycznego. — Jeżeli w ciągu roku udzielamy pomocy około 1200-1300 osobom, to przy liczbie ludzi odwiedzających Tatry tych wypadków jest tak naprawdę niewiele — wylicza.

To najczęstsze przyczyny wypadków w Tatrach. „Kiedyś nikt tego nie nagłaśniał”

Jak dodaje, w większości są to zwykłe, nieszczęśliwe zdarzenia. — Potknięcia, osłabienie wynikające z wieku albo przecenienia własnych możliwości. Wymagają naszej interwencji, ale nie są to akcje szczególnie skomplikowane. Asekurujemy, zabezpieczamy, sprowadzamy, transportujemy. Bardzo często ratujemy ludzi, zanim dojdzie do czegoś poważniejszego — mówi.

Krzysztof zwraca też uwagę na zniekształcony obraz ratowanego turysty. — Media społecznościowe wyciągają pojedyncze filmiki, które generują ogromne emocje. Z drobnej sytuacji robi się wielki temat. Tymczasem zachowania turystów są w gruncie rzeczy takie same od dziesięcioleci. Kiedyś po prostu nikt tego nie nagłaśniał. Bardzo często poszkodowanymi są osoby dobrze przygotowane, rozsądne, mające odpowiedni cel i plan. W górach po prostu zdarzają się wypadki: tak samo, jak na drogach. Nie wszystko zależy od nas. Mam też wrażenie, że najwięcej komentarzy i pouczeń w sieci piszą ludzie, którzy niewiele więcej wiedzą od tych, których próbują pouczać — stwierdza.

— Jeśli spojrzymy na najpoważniejsze zdarzenia, to nie są to sytuacje typu „ktoś zjechał na jabłuszku spod Morskiego Oka”. To jest asfaltowa droga, tam z naszej perspektywy dzieje się niewiele. Około 90 proc. wypadków śmiertelnych to upadki z dużej wysokości. To nie są turyści spacerujący wokół Morskiego Oka ani osoby, które wjeżdżają kolejką na Kasprowy Wierch w nieodpowiednich butach. Tam rzadko dochodzi do najpoważniejszych zdarzeń — przekonuje.

Turyści na trasie do Morskiego Oka (2015 r.)Turyści na trasie do Morskiego Oka (2015 r.) (Foto: Grzegorz Momot / PAP (zdjęcia) – PS.Onet.pl)

— Poszkodowani to najczęściej ci, którzy stawiają sobie bardzo wymagające zadania, często nieadekwatne do umiejętności, wyposażenia, pogody czy pory dnia. Klasycznym przykładem są Rysy, najwyższy punkt w Polsce, który przyciąga ludzi zainteresowanych nie tyle górami, ile samym „zaliczeniem” szczytu. I to tam ryzyko poważnych wypadków jest największe — ocenia.

Ratownicy TOPR przyznają, że jednym z największych problemów jest rozjazd między tym, jak akcje wyglądają z perspektywy turysty, a tym, czym są w rzeczywistości. — Ludziom trudno jest dostrzec te wszystkie trudne rzeczy, bo nie znają ich z naszej perspektywy — mówi Kubicki. I podkreśla, że to, co z dołu wygląda na spokojną, wręcz rutynową interwencję, dla ratowników bywa jednym z najbardziej wymagających momentów dyżuru.

Dobrym przykładem są działania z użyciem śmigłowca. Dla obserwatorów w dolinach to często obraz niemal filmowy: maszyna zawisa nad granią, ratownicy są wysadzani, po chwili wracają na pokład i śmigłowiec odlatuje. — Z góry wygląda to dostojnie, a w rzeczywistości są to bardzo trudne technicznie i niebezpieczne manewry, zwłaszcza przy porywistym wietrze i słabej widoczności — tłumaczy Kubicki. Jak dodaje, paradoksalnie to właśnie pozornie błahe sytuacje, bez poważnego urazu, potrafią być trudniejsze niż ciężki wypadek w miejscu, do którego łatwiej dotrzeć.

Nie wszyscy turyści zdają sobie też sprawę z ograniczeń, które narzuca pogoda i teren. — Ludzie często nie rozumieją, że w niektórych warunkach po prostu nie dolecimy śmigłowcem i będą musieli dłużej poczekać — zaznacza ratownik. A oczekiwanie w górach, nawet latem, potrafi być wyjątkowo wyczerpujące. Chwila postoju na grani przy silnym wietrze szybko weryfikuje wyobrażenia o „ciepłym dniu”. Zimą bywa jeszcze trudniej. Czasem na bezpieczne dotarcie ratowników trzeba czekać wiele godzin.

Nasz rozmówca zwraca uwagę także na decyzje podejmowane jeszcze przed wyjściem w góry. Wychodzenie na szlak przy złej pogodzie, z presją „bo przyjechaliśmy z daleka i musimy coś zrobić”, to — jak mówi wprost — trochę proszenie się o kłopoty. Podobnie z samotnymi wyjściami. Nawet dziś, przy powszechnym dostępie do telefonii komórkowej, w skrajnych warunkach łączność może zawieść, a brak drugiej osoby oznacza brak kogoś, kto mógłby wezwać pomoc.

Z perspektywy naczelnika problem leży natomiast głębiej i dotyczy ludzkiej psychiki. — Większość osób uważa, że ryzyko ich nie dotyczy — podkreśla i dodaje, że choć praca ratowników jest dziś raczej dobrze postrzegana, a TOPR kojarzony jest z profesjonalizmem i humanizmem, to same apele niewiele zmieniają. — Samo mówienie, apelowanie — to nie działa. Ludzie raczej uczą się na własnych błędach — ocenia.

Kluczowa, jego zdaniem, jest umiejętność krytycznej oceny samego siebie. — Czy na pewno jesteś przygotowany na taką wycieczkę, w takich warunkach, przy takim zagrożeniu, z tymi ludźmi, z którymi idziesz? — wylicza Krzysztof, podkreślając, że krótka analiza na tym etapie mogłaby zapobiec wielu wypadkom.

Jak zauważa, zdecydowana większość osób, które ulegają wypadkom w górach, to nie są ludzie lekkomyślni czy kompletnie nieprzygotowani. — To są osoby, które według siebie wszystko zrobiły właściwie i są zaskoczone, że im się to przydarzyło — mówi.

Tatry to nie tylko Polska. „Taka współpraca jest koniecznością”

Czasem akcje ratunkowe przeprowadzane są wspólnie z Horską zachranną slużbą (HZS), która strzeże Tatr po słowackiej stronie. — Bardzo wysoko oceniamy współpracę z ratownikami HZS ze Słowacji. Z oczywistych powodów podczas działań w Tatrach, będących pasmem granicznym, taka współpraca jest koniecznością. Nie musimy oczywiście się do tego zmuszać. To wieloletnie doświadczenia, wspólne szkolenia i wspólne działania ratownicze. Nasze kontakty nie ograniczają się tylko to tych czynności. To również prywatne, serdeczne kontakty całych rodzin, które początek miały we wspólnych, często trudnych działaniach ratowniczych — mówi Jan Krzysztof.

I dodaje: Staramy się dbać o to, by kolejne młode pokolenia po obu stronach Tatr podtrzymywały tę współpracę. Najważniejszy jest człowiek potrzebujący pomocy i przede wszystkim tym kierujemy się przy wspólnych działaniach. Co najmniej kilka razy w roku nasz śmigłowiec wspiera Słowaków po ich stronie Tatr, często ratując naszych rodaków.

O komentarz do polsko-słowackiej współpracy poprosiliśmy także HZS. — Współpraca między TOPR, GOPR i HZS trwa od dawna. Mamy również uregulowaną współpracę umowną. Okazjonalnie organizujemy wspólne ćwiczenia, zarówno naziemne, jaskiniowe, lotnicze, jak i lawinowe. Spotykamy się również na szczeblu międzynarodowym, np. na kongresach ICAR. Oczywiście każda akcja ratunkowa ma swoją specyfikę, ale mamy uzgodniony i funkcjonalny sposób komunikacji, mimo że w niektórych częściach Tatr zasięg sygnału jest słabszy. Wiem, że zainicjowano już spotkanie w sprawie współpracy transgranicznej między Słowacją a Polską, a Unia Europejska stara się wypracować model świadczenia transgranicznej opieki zdrowotnej — mówi Igor Trgina, zastępca dyrektora HZS.

Tego boją się członkowie TOPR. Strach wskazuje granice

Pytanie o strach pada w rozmowie naturalnie, bo ratownictwo górskie to nie jest praca, w której da się „wyłączyć” ryzyko. Zarówno Kubicki, jak i Krzysztof mówią o tym bez romantyzowania: strach istnieje, tylko nie może przejmować steru. Kubicki zwraca uwagę, że brak lęku bywa wręcz sygnałem ostrzegawczym — jeśli ktoś „nie czuje” zagrożenia, to częściej wymaga kontroli niż podziwu. Dla niego strach jest w pewnym sensie narzędziem: sygnalizuje, że zbliżają się do granicy, i pomaga ją respektować.

To ważne szczególnie w akcjach, gdzie młodsi ratownicy chcą działać natychmiast i „na maksa”. Doświadczeni pilnują wtedy, by nie zrobił się z tego sprint w stronę błędu, bo w górach czasem wystarczy „jeden krok za daleko”, żeby ratownicy stali się kolejnymi poszkodowanymi. Najbardziej niebezpieczne są sytuacje, na które mają ograniczony wpływ: noc, zimowa widoczność bliska zeru, opad, wiatr i zagrożenie lawinowe. W takich warunkach nie da się wszystkiego „policzyć”, więc ciężar przenosi się na procedury, dyscyplinę i pracę zespołu.

I tu wraca fundament: ratownictwo w Tatrach jest zespołowe nie z ideologii, tylko z konieczności. Kubicki podkreśla, że w ekstremalnych warunkach liczy się pewność, że kolega wykonał swoje elementy poprawnie, bo wpięcie się do źle przygotowanego stanowiska w nocy, w ścianie, może skończyć się tragedią. Dlatego tak duży nacisk kładą na selekcję, szkolenie i poznanie drugiego człowieka: kto ma tendencję do ryzyka, kto działa za szybko, kto w zmęczeniu zaczyna tracić uważność. To nie jest kwestia zaufania „na oko”, tylko pracy i obserwacji w realnych zadaniach.

TOPR na Mułowej PrzełęczyTOPR na Mułowej Przełęczy (Foto: TOPR – archiwum / Materiały prasowe)

Krzysztof układa to w bardziej systemowy obraz i przyznaje, że strach paraliżujący nie jest przydatny, ale zdrowa ostrożność, jak najbardziej. TOPR buduje bezpieczeństwo na stałym treningu i przerabianiu scenariuszy w praktyce, w „rzemieślniczym” modelu uczenia się od tych, którzy mają doświadczenie. Jednocześnie naczelnik zaznacza, że w ostatnich dekadach w ratownictwie zmieniło się podejście do ryzyka.

— Dziś musimy zawsze ocenić, czy nasze bezpieczeństwo nie jest zagrożone. Ratownik, który ulegnie wypadkowi, nie będzie mógł nikomu pomóc. Dawniej patrzono na to inaczej, dziś życie ratownika traktuje się jako co najmniej równoważne, a czasem wręcz ważniejsze niż życie osoby ratowanej. Brzmi to bezwzględnie, ale chodzi o skuteczność — stwierdza i ujawnia, że TOPR regularnie konfrontuje swoje doświadczenia z innymi służbami na świecie.

— Jesteśmy członkiem międzynarodowej organizacji IKAR, zrzeszającej ratownictwo górskie. Jednym z głównych tematów spotkań jest analiza ryzyka, skutki złych decyzji i współpraca w grupie — relacjonuje naczelnik. — W górach ratownictwo zawsze jest zespołowe. Pojedynczy ratownik może dotrzeć na miejsce i zabezpieczyć teren, ale skutecznie pomóc można tylko w dobrze zorganizowanym zespole — podkreśla.

Tak działają TOPR-owcy. O wszystkim opowiedzieli

Kubicki podkreśla, że w praktyce sytuacje odmowy udziału w akcji lub rezygnacji w trakcie jej trwania niemal się nie zdarzają — dlatego, że decyzje zapadają dużo wcześniej, zanim ktokolwiek ruszy w teren. Każda trudna akcja poprzedzona jest szczegółową analizą ryzyka, a bezpieczeństwo zespołu traktowane jest równie poważnie, jak pomoc poszkodowanemu.

— Zanim podejmiemy działania, szczególnie w trudnych i ryzykownych warunkach, bardzo dokładnie analizujemy wszystkie „za” i „przeciw” związane z bezpiecznym dotarciem ratowników na miejsce — zaznacza Kubicki.

Choć w terenie zawsze wyznaczony jest kierownik działań, nie funkcjonuje to na zasadzie wojskowego rozkazu. Decyzje są wspólne, a wątpliwości, jeśli się pojawiają, są omawiane na bieżąco. — Jeżeli komuś coś nie pasuje, jeżeli ktoś ma podejrzenia, że pchamy się w kłopoty, to mówimy o tym wprost. Stajemy, dyskutujemy, rozważamy wszystkie możliwości — zdradza ratownik.

Ważną rolę odgrywa też skład zespołu. Przy najbardziej wymagających akcjach do pierwszego kontaktu z poszkodowanym wysyłani są ludzie z największym doświadczeniem. To sprawia, że wspólne podejmowanie decyzji ma realną wartość, a nie jest tylko formalnością. Ostateczne słowo należy do kierownika, ale, jak zapewnia nasz rozmówca, zazwyczaj jest ono efektem rozmowy i uzgodnień, a nie jednostronnej decyzji.

TOPR w akcji — ŚwinicaTOPR w akcji — Świnica (Foto: TOPR – archiwum / Materiały prasowe)

Zdarzają się natomiast sytuacje, w których ratownicy świadomie decydują się… poczekać. Zwłaszcza zimą, gdy warunki są skrajnie trudne, a bezpośrednie dotarcie do turystów mogłoby stworzyć większe zagrożenie niż sama zwłoka. W takich momentach coraz większą rolę odgrywa technologia. — Zdarzało się, że skoro ludziom nic się nie działo, a utknęli w złym miejscu wysoko w górach, uznawaliśmy, że nie jesteśmy w stanie dojść do nich bezpiecznie — mówi Kubicki. Wówczas TOPR wykorzystuje drony, dostarczając pakiety grzewcze, łączność i sprzęt niezbędny do przetrwania nocy. Rano sytuacja często wygląda zupełnie inaczej.

Granica przebiega jednak bardzo wyraźnie. Gdy ktoś doznał urazu i wymaga błyskawicznej pomocy, w grę nie wchodzi rezygnacja. — Nie pamiętam przypadku, żebyśmy w takiej sytuacji nie doszli do osoby potrzebującej — podkreśla ratownik. Czasem oznacza to wielogodzinne oczekiwanie, obejścia, dodatkową asekurację i działania w terenie, gdzie nie ma już nawet śladu szlaku. — Ludzie spadają w miejsca, do których dotarcie bywa naprawdę trudne, ale finalnie zawsze docieramy — zapewnia.

Z zewnątrz praca ratownika TOPR bywa postrzegana jako ciąg akcji ratunkowych, lotów śmigłowcem i dramatycznych interwencji. W rzeczywistości to służba, w której ogromną rolę odgrywa rutyna, przygotowanie i gotowość, często niewidoczna dla osób spoza środowiska. Kubicki podkreśla, że choć w tej pracy faktycznie jest element „czekania”, dzień rzadko bywa wolny.

Tak wygląda dzień ratownika TOPR. „Naprawdę trudno się przyzwyczaić”

Dyżur zaczyna się punktualnie o 8.00 i trwa 12 godzin — do 20.00. Potem wchodzi dyżur nocny, z mocno ograniczoną obsadą. — W nocy w centrali zostaje trzech ratowników. Gdy coś się dzieje, wysyłane są SMS-y i wzywani są kolejni ludzie — opowiada Kubicki. To system, który musi zadziałać natychmiast, bez względu na porę.

Poranek, zwłaszcza zimą, zaczyna się od briefingu i kontroli sprzętu. Sprawdzane są detektory lawinowe wszystkich ratowników będących na dyżurze: zarówno zawodowych, jak i ochotników. Chodzi o absolutną pewność, że w razie lawiny sprzęt osobisty nie zawiedzie.

Dopiero potem pojawia się przestrzeń na trening podporządkowany jednemu celowi: gotowości do natychmiastowego działania. Kondycja fizyczna jest w tej pracy obowiązkiem, nie dodatkiem. Ratownicy trenują codziennie: korzystają z siłowni i ścianki wspinaczkowej w centrali, biegają, wychodzą na skitury. — Każdy ratownik musi być w bardzo dobrej formie, a tego nie da się zrobić, siedząc na kanapie — zaznacza Kubicki.

Obiad zjadany jest wcześnie, około południa — nie z wyboru, lecz z doświadczenia. Właśnie wtedy turyści zaczynają docierać w wyższe partie Tatr i rośnie liczba zgłoszeń. W sezonie letnim zdarzają się dni, gdy ratownicy wykonują po kilkanaście interwencji. — Jedno zgłoszenie goni kolejne — mówi wprost Kubicki.

Nawet poza szczytem sezonu dyżury rzadko kończą się punktualnie. Wystarczy telefon tuż przed godz. 20.00, by cały plan dnia przestał obowiązywać. Ratownicy wychodzą w teren, a powrót do centrali przesuwa się o kilka godzin, czasem do późnej nocy, a czasem dopiero nad ranem.

Jednym z najtrudniejszych elementów tej pracy jest gwałtowna zmiana trybu. — Siedzimy w ciepłym budynku centrali, a po kilkunastu minutach od startu śmigłowca jesteśmy zimą na wierzchołku Rysów — opisuje ratownik. Organizm nie ma czasu na adaptację, nie ma etapu „dochodzenia”. Jest natychmiastowe przejście z codziennej rutyny do pełnej koncentracji w ekstremalnych warunkach.

TOPR-owcy podczas akcji na RysachTOPR-owcy podczas akcji na Rysach (Foto: TOPR – archiwum / Materiały prasowe)

Często oznacza to desant z pokładu śmigłowca na linie, wysoko w górach, i natychmiastowe rozpoczęcie działań ratowniczych. — To są rzeczy, do których naprawdę trudno się przyzwyczaić — przyznaje Kubicki.

Turyści powinni ponosić opłaty za akcje? Oto stanowisko TOPR

A pytanie o opłaty za akcje ratunkowe wraca regularnie, zwykle przy okazji filmików z turystami „w klapkach”. W TOPR nie ma jednak zgody na takie rozwiązanie. Zarówno ratownicy, jak i kierownictwo podkreślają, że polski model jest czytelny, stabilny i — co najważniejsze — nie zniechęca do wzywania pomocy.

— Od wielu lat mówimy jednym głosem: system, który obowiązuje w Polsce, jest według nas dobry i nie chcielibyśmy go zmieniać — podkreśla Kubicki. Jak przekonuje, największym problemem byłoby samo wyznaczenie granicy i egzekwowanie odpowiedzialności. — Trudno byłoby określić, od którego momentu takie zachowania należałoby „egzekwować”. Ktoś zrobi coś nieodpowiedzialnego, ale ktoś inny zrobi podobnie. Musielibyśmy mieć całe grono prawników, którzy by to oceniali. To kompletnie nielogiczne — zauważa.

Kubicki odnosi się też specyfiki finansowania ratownictwa w polskich Tatrach. — Mamy w Polsce wyjątkową sytuację. Oprócz środków z budżetu państwa część pieniędzy trafia do nas z biletów wstępu do Tatrzańskiego Parku Narodowego. W pewnym sensie ktoś, kto kupuje bilet, „ubezpiecza się”, bo część tych środków zasila ratownictwo, a przecież nie każdy, kto wchodzi w Tatry, ulega wypadkowi. To czysta i uczciwa forma — zapewnia.

W opinii ratownika odpłatność za akcje mogłaby przynieść skutki odwrotne od zamierzonych. — Przypadek kolegów z południowej strony Tatr pokazuje, że płatność za akcje ratunkowe, to chyba nie jest idealne rozwiązanie. Największym problemem byłoby pewnie to, że ktoś zaniecha wezwania pomocy, bo jest nieubezpieczony albo będzie się bał konsekwencji. Wolimy, żeby ludzie potrzebujący pomocy dzwonili, a to my będziemy oceniali, czy ta pomoc jest potrzebna. Fachowy ratownik dyżurny w centrali potrafi wypytać, ustalić sytuację i ocenić, czy interwencja jest konieczna. I wtedy działamy adekwatnie do tego, co dzieje się w górach — mówi.

Podobnie sprawę widzi Krzysztof, który od lat obserwuje rozwiązania funkcjonujące w innych krajach. — Często przywołuje się Słowację, ale oni sami chętnie przeszliby na model podobny do naszego, czyli udział we wpływach z biletów wstępu. U nich jednak, przy tak rozległym terenie i tylu górach, pobór biletów jest właściwie niemożliwy organizacyjnie. Koszty ich sprzedaży byłyby wyższe niż wpływy do odpowiednika Tatrzańskiego Parku Narodowego — ocenia.

Jednocześnie naczelnik TOPR zwraca uwagę na inny element słowackiego systemu: brak własnego śmigłowca. — Kiedy prowadzą akcje, korzystają z prywatnej maszyny. To firma komercyjna i trzeba za każdy lot zapłacić. Środki z odpłatności za akcje idą więc głównie na pokrycie tych kosztów, a nie na funkcjonowanie samej służby — wyjaśnia. — W najlepszym okresie, z tego, co wiem, wpływy z opłat za akcje stanowiły tam około 8 proc. budżetu całej służby — dodaje.

Śmigłowiec TOPRŚmigłowiec TOPR (Foto: Grzegorz Momot / PAP (zdjęcia) – PS.Onet.pl)

Do tego dochodzą koszty obsługi i windykacji. — To jest niezwykle kosztowne, bo zajmuje się tym wiele osób — podkreśla naczelnik. Jak zaznacza, w wielu miejscach ratownictwo jest bezpłatne, również w krajach alpejskich. — W Chorwacji ratownictwo górskie jest świetnie zorganizowane i też działa bez opłat. To zależy od tradycji i od tego, jakie są możliwości finansowania służby — ujawnia.

Krzysztof nie wyklucza, że w przyszłości temat odpłatności wróci jako jedna z opcji, ale w praktyce i tak nie da się go „sprawiedliwie” filtrować. — Mogę sobie wyobrazić, że pojawi się pomysł, by odpłatność była jednym z dodatkowych źródeł finansowania, ale nigdzie nie ma rozdzielenia na „nieodpowiedzialnych, którzy płacą” i „odpowiedzialnych, którzy nie płacą”. Płacą wszyscy — tak to działa. Nikt u nas nie klasyfikuje, kto był bardziej, a kto mniej odpowiedzialny. Nie mamy kategorii „nieodpowiedzialności”, bo to byłoby bardzo trudne do jednoznacznego zdefiniowania — przekonuje.

Tak uratowani turyści dziękują ratownikom TOPR

Czy uratowani wracają później do TOPR? Zdarza się — i, jak przyznaje Kubicki, to jedne z tych momentów, które zostają z ratownikami na długo. — Czasami przychodzą ludzie i jest to dla nas bardzo miłe, szczególnie po takich trudnych działaniach, gdzie ktoś ledwo przeżył i gdyby nasza pomoc nie nadeszła, to by zmarł. Mieliśmy kilka takich przypadków, że te osoby pojawiały się u nas po dłuższym czasie — przyznaje.

Często potrzeba jednak czasu, zanim ktoś w ogóle jest w stanie wrócić. Dla ratowników „przysłowiowa nóżka” to rutyna, ale dla poszkodowanego to zwykle miesiące wyjęte z życia: operacja albo gips, rehabilitacja i długie dochodzenie do formy. — Często jest tak, że dla nas skręcona czy złamana noga, to chleb powszedni, ale dla tej konkretnej osoby to są miesiące walki o powrót do zdrowia. I dopiero wtedy, po jakimś czasie, taka osoba nas odwiedza — zdradza.

Bywa też, że po czasie trudno od razu skojarzyć konkretną akcję, bo interwencji jest po prostu zbyt dużo. Ale TOPR ma swoje procedury: po datach i dokumentacji da się ustalić, kto był w zespole i kto pracował przy zdarzeniu. — Bywa, że trudno sobie od razu przypomnieć konkretną sytuację, ale na szczęście jesteśmy w stanie ustalić, kto danego dnia pracował i kto brał udział w akcji — dodaje Kubicki.

— Czasem spotyka nas miła niespodzianka. Ktoś przynosi tort, słodycze albo pięknie napisany list z podziękowaniami. To jest bardzo, bardzo fajne — podsumowuje.

Niestety, nie każda akcja ma szczęśliwe zakończenie. Pytanie o emocje po tych, które kończą się tragicznie, ratownicy traktują z dużą ostrożnością. Także dlatego, że samo pojęcie „niepowodzenia” w górach bywa niejednoznaczne. Kubicki zwraca uwagę, że w wielu przypadkach granica między sukcesem a porażką wyznaczona jest przez fizykę i czas, a nie przez decyzje ratowników.

TOPR czasem bywa bezradne. Wtedy szanse przeżycia liczone są w minutach

— Jeżeli mamy wypadek lawinowy i kogoś zasypie lawina, to z reguły jesteśmy skazani na porażkę — mówi wprost. Jak tłumaczy, szanse przeżycia liczone są wtedy w minutach, a informacja o zdarzeniu bardzo często dociera do TOPR już wtedy, gdy los poszkodowanego jest przesądzony. — Często, nawet gdyby śmigłowiec był uruchomiony natychmiast, ten człowiek już od jakiegoś czasu jest pod lawiną — dodaje.

Ratownicy TOPR po zejściu lawiny na WołowcuRatownicy TOPR po zejściu lawiny na Wołowcu (Foto: TOPR – archiwum / Materiały prasowe)

To jednak nie oznacza, że emocje zostają zepchnięte na bok. Po trudnych akcjach ratownicy wracają do nich wspólnie Nie po to, by się rozliczać, ale by zrozumieć, co się wydarzyło. Kubicki podkreśla, że rozmowa w zespole jest czymś naturalnym. — Siadamy razem, robimy briefing i zastanawiamy się, co można było zrobić lepiej, co poprawić. Na tym też się uczymy — zaznacza.

W wyjątkowo obciążających psychicznie sytuacjach TOPR sięga także po wsparcie z zewnątrz. Tak było po tragedii na Giewoncie, gdy liczba poszkodowanych była ogromna, a wśród ofiar znalazły się dzieci. — Mieliśmy wtedy pomoc psychologa. Przerobiliśmy to wszystko razem i dobrze, że tak się stało — przyznaje ratownik.

Z perspektywy naczelnika temat zdrowia psychicznego w ratownictwie jest znacznie szerszy i nie ogranicza się do pojedynczych dramatycznych akcji. Organizacja od lat prowadzi szkolenia dotyczące stresu pourazowego i radzenia sobie z obciążeniami, jakie niesie ta praca. — Jesteśmy przekrojem społeczeństwa. Na stan psychiczny wpływa nie tylko praca, ale i życie prywatne, a jedno z drugim się zazębia. Jeśli pojawia się taka potrzeba, angażujemy się: pomagamy w kontakcie i umawiamy spotkania z odpowiednimi osobami — podkreśla.

Trybu ratownika nie da się wyłączyć. „Jesteśmy nimi zawsze”

Jednocześnie Krzysztof nie ukrywa, że ta praca od początku wymaga konfrontacji z rzeczami, których nie da się „odłożyć na bok”. Ratownicy już na etapie szkolenia wstępnego uczestniczą w realnych działaniach i stykają się ze śmiercią — często w miejscach, które wcześniej kojarzyły im się wyłącznie z pasją i przyjemnością. — Każdy musi sam ocenić, czy jest w stanie to udźwignąć także w sensie psychologicznym — podsumowuje.

Kubicki przyznaje wprost, że trybu ratownika nie da się wyłączyć. — My jesteśmy ratownikami zawsze, kiedy jesteśmy w górach. Nawet jeśli idę prywatnie z rodziną na wycieczkę, to w plecaku mam raczej większą apteczkę niż taką podstawową. Jeśli ktoś będzie miał kłopot, to ja jestem tą osobą, która najszybciej i najbardziej profesjonalnie może pomóc — tłumaczy.

Dlatego, choć stara się nie afiszować z tym, kim jest, odpowiedzialność i tak zostaje. — Unikam chodzenia po górach w ubraniach TOPR, bo wtedy w schronisku co chwila ktoś podchodzi, pyta o warunki, o to, czy „tam da się dojść”. Ale wiem, że jeśli coś się wydarzy, to i tak zareaguję — mówi. Tak bywało już wiele razy, także wtedy, gdy pracował jako przewodnik. — Schodzę z Mnicha z klientami i na moich oczach coś się komuś dzieje. Wtedy nie ma wyboru — podkreśla.

Podobnie patrzy na to Krzysztof, choć z perspektywy kilkudziesięciu lat w górach. — Oczywiście staram się bywać w górach po prostu dla przyjemności, ale to jest coraz trudniejsze, głównie ze względu na ogromną liczbę ludzi. Tatry Słowackie trochę nam to rekompensują — przyznaje naczelnik Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Nawet wtedy jednak „incognito” nie oznacza bez przygotowania. — W plecaku zawsze mam to, co najważniejsze, żeby w razie potrzeby móc pomóc. To jest oczywiste — zaznacza.

Wielu lat pracy nie da się też „odłożyć” na półkę. — Jeżeli chodzi się po górach zawodowo przez kilkadziesiąt lat, to gdzie się nie spojrzy, tam kiedyś wydarzył się wypadek. Także w miejscach typowo turystycznych. To zostaje z tyłu głowy i sprawia, że podchodzimy do wszystkiego bardziej zachowawczo — podkreśla szef TOPR-owców.

I dodaje coś, co dobrze tłumaczy różnicę między turystą a ratownikiem: — Ja nie „zdobywam” gór, nie „zaliczam” szczytów. Ja w górach przebywam. To jest dla mnie najważniejsze. Ten sposób myślenia: musisz mieć cel, musisz coś zdobyć, jest mi obcy. Góry zawsze były obok. Nie trzeba wszędzie wejść i wszystkiego zadeptać — stwierdza.

Rodziny ratowników są świadome zagrożenia. „To w niej zostało”

Za każdą akcją ratunkową jest nie tylko zespół i procedury, ale też ludzie, którzy gdzieś w domu czekają na wiadomość: „wracam”. I choć z zewnątrz łatwo zobaczyć w tej pracy wyłącznie bohaterstwo, ratownicy nie ukrywają, że w rodzinach to zawsze miesza się duma z niepokojem, zależnie od sytuacji, pogody i tego, co akurat dzieje się w górach.

Kubicki podkreśla, że w jego domu zima nie oznacza automatycznie paniki, bo bliscy dobrze rozumieją realia. — Moja rodzina dokładnie wie, co robię. Żona ma tę samą pasję — wspina się i chodzi po górach, więc doskonale zna realia — mówi. Jak zaznacza, napięcie pojawia się zwykle dopiero wtedy, gdy akcja robi się naprawdę trudna. — Bardziej nerwowo robi się wtedy, gdy wysyłam jej SMS-a, że nie wrócę na noc, bo idziemy po kogoś w ciężkich warunkach, przy zagrożeniu lawinowym — opowiada. Jednocześnie zwraca uwagę na coś, co dla rodzin bywa ratunkiem psychicznym: świadomość profesjonalizmu i „bezpieczników” w działaniu. — Ona wie, z czym to się wiąże i jakie ryzyko niesie. Jednocześnie ma świadomość, że jesteśmy profesjonalistami, dobrze wyszkolonymi i działamy tak, żeby bezpiecznie wrócić do domu. W tej pracy jest sporo „zaworów bezpieczeństwa” — zaznacza.

Grzegorz Kubicki — Mięguszowiecki Szczyt WielkiGrzegorz Kubicki — Mięguszowiecki Szczyt Wielki (Foto: TOPR – archiwum / Materiały prasowe)

Kubicki dodaje też perspektywę, która rzadko przebija się do publicznej dyskusji: przy skali ruchu w Tatrach liczby wyglądają inaczej, niż podpowiadają emocje z mediów społecznościowych. — Rocznie w polskich Tatrach ratujemy około 1300 osób, ale jeśli zestawić to z ponad 5 milionami wejść rocznie, to musiałoby tych akcji być ze 100 albo 200 tys. Widać więc, że większość ludzi wchodzi i schodzi z gór bezpiecznie — przekonuje.

Jan Krzysztof przyznaje natomiast, że reakcje rodzin bywają skrajnie różne i często wracają do nich przede wszystkim te najtrudniejsze historie. — To trzeba byłoby pytać rodziny (śmiech). Bywa bardzo różnie. Kiedy ja poznałem moją żonę, byłem już ratownikiem, więc to była sytuacja „zastana” — zdradza.

I dodaje coś, co wybrzmiewa najmocniej wtedy, gdy padają konkretne przykłady. — Do dziś, gdy rozmawiam z córką, ona wraca pamięcią do tych tragicznych sytuacji np. do katastrofy śmigłowca. To w niej zostało, nie wiem, czy nie bardziej niż we mnie — kończy.