-
Spór o tempo obniżania stóp procentowych w USA ma duży wpływ na ceny złota i srebra. Metale szlachetne reagują także na napięcia geopolityczne – w Wenezueli, na Grenlandii i w Iranie.
-
Miedź jest nazywana ”kręgosłupem gospodarki nowej ery”. Bez tego metalu nie rozwiną się odnawialne źródła energii i elektromobilność, nie będzie też rewolucji sztucznej inteligencji.
-
Analitycy Banku UBS nie mają wątpliwości, że to właśnie miedź stała się najbardziej pożądanym surowcem świata. Przewidują, że globalny deficyt tego metalu utrzyma się do 2028 roku.
-
To co się dzieje w pierwszych dniach stycznia Goldman Sachs nazywa spiralą samonapędzającego się entuzjazmu. Im bardziej miedź drożeje, tym bardziej inwestorzy wierzą, że nie można pozwolić sobie na jej brak w portfelach, co znów podbija ceny.
- Więcej podobnych informacji znajdziesz na stronie głównej serwisu
Na rynku metali ten tydzień rozpoczął się od skoku notowań złota i srebra. Cena uncji trojańskiej (31,1 g) złota po raz pierwszy w historii osiągała pułap 4 620 dolarów. Rekord wszech czasów pobiło też srebro kosztujące ponad 85 dolarów za uncję. Duży wpływ na ceny metali szlachetnych ma słabnący dolar. Jego malejąca od kilku kwartałów siła nabywcza jest ważnym elementem sytuacji na rynkach surowcowych.
Fed na celowniku Białego Domu
Jednak najnowsze szczyty notowań złota i srebra to rezultat przede wszystkim wzrostu napięcia między Białym Domem a amerykańskim bankiem centralnym. Jerome Powell, prezes Fed, ma zeznawać w sprawie kosztów remontu zabytkowego budynku Rezerwy Federalnej. Departament Sprawiedliwości doszukuje się w tym przedsięwzięciu nieprawidłowości finansowych.
Liczni komentatorzy przypuszczają, że zarzut popełnienia przestępstwa przez Powella można rozpatrywać w kontekście zbliżającego się posiedzenia Federalne Komitetu ds. Operacji Otwartego Rynku, na którym Fed prawdopodobnie wstrzyma się z dalszymi obniżkami stóp procentowych. Tymczasem prezydent Donald Trump od dawna twierdzi, że Rezerwa Federalna powinna ciąć stopy szybciej i mocniej.
W oświadczeniu wydanym przez Jerome Powella czytamy, że „groźby postępowania karnego są próbą wywierania presji politycznej na niezależność banku centralnego”. Szef Fed, którego kadencja kończy się w maju tego roku, przypomina, że decyzje dotyczące stóp procentowych są podejmowane wyłącznie w oparciu o mandat Rezerwy Federalnej, a nie zgodnie z preferencjami administracji prezydenckiej.
Analitycy wymieniają jeszcze kilka innych powodów gwałtownego wzrostu cen złota i srebra. Rynki czekają na decyzję Sądu Najwyższego USA w sprawie ceł wprowadzonych przez prezydenta Donalda Trumpa. Negatywne orzeczenie mogłoby podważyć fundamenty jego polityki gospodarczej. Rosną także napięcia geopolityczne związane z porwaniem dyktatora Wenezueli Nicolasa Maduro czy z możliwym przejęciem Grenlandii przez USA.
Duże znaczenie mają największe od 1979 roku niepokoje społeczne w Iranie. Narasta bunt przeciwko rządom ajatollahów. Protesty są krwawo tłumione (zginęło już ponad 500 osób) i jeśli dojdzie do interwencji zbrojnej Stanów Zjednoczonych, to prawdopodobnie rozpocznie się kolejna wojna na roponośnym Bliskim Wschodzie. Pojawiłoby się wówczas ryzyko wzrostu cen paliw, a w ślad za tym inflacji cenowej.
„Bezpieczne przystanie” potrzebne coraz bardziej
Wszystkie te skumulowane wydarzenia z pierwszych dni stycznia dodatkowo osłabiły dolara, który i tak bardzo zmniejszył swoją siłę nabywczą w 2025 roku. Nic dziwnego więc, że wielu inwestorów zwróciło się ku surowcom takim jak złoto i srebro, które uważane są za „bezpieczne przystanie”. Na początku stycznia bardzo podrożała także miedź. Cena tony surowca na giełdzie w Londynie (LME) efektownie poprawiała rekordy historyczne i wyraźnie przekraczała granicę 13 300 dolarów.
Jednak zmiany w notowaniach „czerwonego metalu” nie są ściśle związane z amerykańską polityką monetarną, czy z napięciami geopolitycznymi. Wielu analityków główną przyczynę widzi w prostej zależności – światowy popyt przemysłowy na miedź rośnie szybciej niż zdolność rynku do zwiększania podaży. W dodatku, odwrócenie tego trendu w najbliższych latach będzie bardzo trudne.
Miedź jest obecna wszędzie tam, gdzie nieodzowna jest elektryczność – w sieciach energetycznych, w smartfonach, w sprzęcie AGD, w samochodach elektrycznych, a także w centrach danych dla AI. O tym metalu mówi się, że jest „kręgosłupem gospodarki nowej ery”. Bez miedzi nie rozwiną się odnawialne źródła energii i elektromobilność, nie będzie też rewolucji sztuczne inteligencji.
Turbiny wiatrowe, panele fotowoltaiczne i sieci przesyłowe wymagają ogromnych ilości przewodów i komponentów wykonanych z tego metalu. W produkcji pojazdów elektrycznych miedzi zużywa się ponad trzykrotnie więcej niż w przypadku aut spalinowych.
- Decyzja Trumpa niezgodna z prawem. Zapadł wyrok ws. dotacji na czystą energię
- Ważna zapowiedź ministra Wenezueli. Chce współpracy z krajami Europy
Szacuje się, że centra danych dla AI mogą potrzebować nawet cztery razy więcej miedzi niż klasyczne obiekty tego typu. Miedź trafia do serwerów, systemów chłodzenia, zasilania i instalacji zapewniających ciągłość pracy. Nowoczesne centra danych są wysoce energochłonne i znacznie bardziej złożone niż tradycyjne serwerownie.
Miedź, czyli surowiec strategiczny
Świat staje się bardziej „miedziochłonny”, a tymczasem nieuchronnie popadamy w strukturalny deficyt, gdyż nowe złoża metalu są coraz trudniejsze do odkrycia i eksploatacji. Statystyki są jednoznaczne – spośród 239 dużych złóż odkrytych na świecie w latach 1990-2023, tylko 14 odnaleziono w ostatniej dekadzie. W dodatku średni czas od odkrycia zasobów do rozpoczęcia produkcji przekracza 15 lat.
Jakość rud miedzi systematycznie spada, co oznacza, że koszty wydobycia są coraz wyższe. Tymczasem analitycy Banku UBS nie mają wątpliwości, że to właśnie ten metal stał się najbardziej pożądanym surowcem świata. UBS przewiduje utrzymanie deficytu miedzi do 2028 roku mimo prób zwiększenia produkcji. Problemy są łagodzone przez recykling, ale nie jest on w stanie pokryć rosnącego zapotrzebowania.
Notowany w ostatnich kwartałach niedobór miedzi byłby jeszcze większy, gdyby nie fakt, że Chiny, największy konsument „czerwonego metalu” na świecie, zmagają się z kryzysem na rynku nieruchomości. Mniejsza liczba inwestycji w budownictwie w Państwie Środka pociąga za sobą spadek zapotrzebowania na miedziane instalacje elektryczne i hydrauliczne.
Prawie połowa światowego wydobycia miedzi pochodzi z trzech krajów: Chile, Demokratycznej Republiki Konga i Peru. Z kolei Chiny, choć mają relatywnie niewielkie zasoby własne metalu, to dominują w przetwórstwie, gdyż odpowiadają za ponad 40 proc. globalnej produkcji miedzi rafinowanej. Ta sytuacja budzi coraz większy niepokój w Europie i Stanach Zjednoczonych. Tym bardziej, że „czerwony metal” zaczyna odgrywać rolę podobną do tej, jaką ropa naftowa pełniła w XX wieku – staje się kluczowym zasobem geopolitycznym.
Pasmo nieszczęść – katastrofy i cła
Inwestorzy aktywni na rynku miedzi w ostatnich miesiącach nie mogą narzekać na brak emocji. W 2025 roku zanotowano nadzwyczaj dużo zakłóceń w wydobyciu. Najbardziej dotkliwa katastrofa to osuwisko błotne w indonezyjskim Grasbergu – jednej z największych kopalni miedzi na świecie. Zdarzały się także strajki w różnych miejscach, a w kompleksie Kamoa-Kakula w Kongu produkcja była przerywana przez aktywność sejsmiczną.
- Polska ma problem. Brakuje pieniędzy na wydatki publiczne
- Szef wielkiej firmy naftowej naraził się Trumpowi. Mocna odpowiedź
Aktywność prezydenta USA Donalda Trumpa też ma duże znaczenie. Biały Dom w zeszłym roku wprowadził cła na miedziane półprodukty i komponenty. Jednak z nieoficjalnych doniesień wynika, że administracja waszyngtońska rozważa wprowadzenie ceł na miedź rafinowaną. Ta najnowsza pogłoska sprawiła, że bardzo wzrósł import metalu do Stanów Zjednoczonych. Liczne amerykańskie firmy, a także inni duzi inwestorzy poczuli się zobligowani do intensywnego gromadzenia zapasów, co opróżniło magazyny w innych częściach świata i dodatkowo podbiło ceny.
Ponieważ globalne zapasy zostały „zamrożone” w USA, to pozostałe regiony świata (zwłaszcza Azja) mierzą się w tej chwili z dużym deficytem metalu. Do tej pory zapasy miedzi pełniły rolę globalnej poduszki bezpieczeństwa, gdyż tłumiły wahania cen i pozwalały reagować na niedobory. Ten mechanizm przestał działać.
Mamy teraz nierównowagę cenową, która określana jest mianem „US premium”. To nic innego, jak dodatkowa marża, jaką inwestorzy z innych części świata muszą zapłacić, by pozyskać metal, który znalazł się w amerykańskim obiegu. To co się dzieje w pierwszych dniach stycznia Goldman Sachs opisuje jako „circular melt-up” – spiralę samonapędzającego się entuzjazmu. Im bardziej miedź drożeje, tym bardziej inwestorzy wierzą, że nie można pozwolić sobie na jej brak w portfelach, co znów podbija ceny.
Jacek Brzeski
- Bułgaria wprowadza wizy dla cyfrowych nomadów. Liczy na zyski do budżetu
- Arabia Saudyjska stawia na rozrywkę i turystów. Otwiera bijący rekordy park
Gwiazdowski mówi Interii: Zwrot ws. reformy PIP. „Drażnienie przedsiębiorców może się źle skończyć”INTERIA.PL