— Pewnego dnia znalazłam Tomasza z tyłu jego ciężarówki, gdzie kroił ziemniaki, cebulę i mięso. Przywiózł ze sobą z Polski ogromny żeliwny garnek, w którym gotował zupę. Zupa ta zaczęła pojawiać się na filmowym planie i była przepyszna — padło z ust nagrodzonej 36-letniej aktorki.
Dalszy ciąg materiału pod wideo
- Co Tomasz Sternicki gotował na planie?
- Jak Jessie Buckley oceniła zupę Tomasza?
- Ile osób pracowało przy filmie 'Hamnet’?
- Co wyróżniało produkcję 'Hamnet’ w porównaniu do polskich filmów?
Karolina Błaszkiewicz, Onet: Spodziewał się pan, że Jessie zwróci się do pana, odbierając Złoty Glob?
Tomasz Sternicki, key grip [kierownik działu osprzętu na planie filmowym]: Zaskoczenie totalne, nie mogłem uwierzyć, że Jessie właśnie to powiedziała. W tak ważnym momencie, odbierając taką nagrodę dziękuje za zupę ugotowaną na planie. Niezwykle miłe i wzruszające.
Zaczęło się od golonki, którą też przyrządziłem na planie. Chloe po spróbowaniu była zachwycona i zaproponowała, żeby zrobić listę zakupów, a jej kierowca dostarczy wszystko… No i tak powstała gulaszowa. Nie dla wszystkich starczyło niestety, przy tak licznej ekipie. W parę minut garnek był pusty.
Jaka jest Jessie?
Jest niezwykła, absolutnie spontaniczna, otwarta i szczera. Ma niesamowitą energię. Praca z nią na planie to była wielka przyjemność.
Zresztą tak samo z Paulem [Mescalem] i wszystkimi aktorami. Reżyserka Chloé [Zhao] i Jessie wspominały w wywiadach, że powstała wioska. Nasz mała filmowa wioska, rodzaj niewidzialnej więzi, która wszystkich scala i jednoczy we wspólnym działaniu. Tam naprawdę zadziała się jakaś magia. Gulaszowa też zrobiła robotę najwyraźniej [śmiech].
Dodajmy, to nie jest pana pierwszy hollywoodzki film. Wcześniej pracował pan m.in. przy „Prawdziwym bólu” i „Strefie interesów”.
Brałem udział w kilku międzynarodowych produkcjach, ale „Hamnet” był chyba największym projektem. Dzięki Łukaszowi Żalowi, autorowi zdjęć, który mógł przeforsować zabranie swojej ekipy — bo to nie zawsze jest możliwe — miałem szansę uczestniczyć w czymś wyjątkowym. „Strefa interesów” była też sporą produkcją, 10 kamer pracowało jednocześnie, ale były to przeważnie statyczne kadry.
Tu filmowaliśmy w bardziej klasyczny sposób. Kamera częściej się ruszała i jeśli mam powiedzieć, co różni polskie produkcje od hollywoodzkich, to jest to na pewno skala. Tam wszystko jest kilka razy większe i pracuje więcej ludzi. Ja miałem ich aż dziewięciu. Dziewięciu wspaniałych ludzi. Świetni fachowcy z doświadczeniem w produkcjach, o jakich możemy w Polsce pomarzyć i przy tam szalenie pracowici. Zawsze gotowi robić więcej niż trzeba. No i dzięki nim mogłem czasami spokojnie coś ugotować.
Po najtrudniejszym plenerowym okresie w trudnym, leśnym terenie ta liczba zredukowała się do pięciu osób, ale to i tak o czterech więcej niż w podobnych okolicznościach byłoby w Polsce. No i dwie wielkie ciężarówki sprzętu.
Z czego to wynika?
Z planowania poszczególnych ujęć w trakcie dokumentacji technicznej, ale fakt, że cała ta maszyneria była z nami cały czas, gotowa do użycia, dawało mi poczucie spokoju, że na wszystko jesteśmy gotowi, a twórcom swobodę działania.
Nie da się wszystkiego zaplanować, znaczy można, ale film to nie fabryka gwoździ i często ten plan powstaje na planie — potem się zmienia, modyfikuje, żeby znaleźć sposób na opowiedzenie historii. Dobrze być na te zmiany gotowym. Często towarzyszą temu spore emocje i słowo, które na pewno dobrze znają nasze gwiazdy. Zaczyna się na K.