Mariusz G. okrzyknięty przez media „Krwawym Tulipanem” na salę sądową wszedł doprowadzony przez policyjny konwój, w kajdankach. Na ponowny wyrok w swojej sprawie czeka w Areszcie Śledczym w Koszalinie.
Dlaczego Mariusz G. był tak emocjonalny podczas rozprawy?
Co sąd postanowił w sprawie wniosku o wyłączenie jawności?
Jakie były wcześniejsze wyroki dotyczące Mariusza G.?
Kto z oskarżonych odpowiada z wolnej stopy?
„Krwawy Tulipan” znowu przed sądem. Seryjny morderca z Kołobrzegu już raz dostał dożywocie
Nie przypomina siebie z poprzedniego procesu. Wtedy przez dwa lata właściwie siedział w ławie oskarżonych ze spuszczoną głową. Dziś przewracał oczami, irytował się, kiedy mikrofon przerywał, a sąd musiał go dwukrotnie upomnieć.
Pozostała czwórka oskarżonych, która miała pomagać Mariuszowi G. zacierać ślady i przejmować majątki ofiar, odpowiada już z wolnej stopy.
„Nie mam nic do dodania”
Proces rozpoczął się od wniosku głównego oskarżonego o wyłączenie jawności. Mimo że sprawa toczyła się już raz przed sądem, a media szeroko ją relacjonowały, Mariusz G. i jego obrońca domagali się, by tym razem proces odbywał się za zamkniętymi drzwiami.
— Mój klient obawia się szykan wobec niego i jego rodziny. Twierdzi, że są kwestie osobiste i intymne, które nie powinny być przedmiotem publicznych informacji — tłumaczył mec. Kamil Sośnicki, pełnomocnik Mariusza G.
Sam oskarżony stwierdził, że jawność „nie jest to potrzebna”. Sąd wniosek odrzucił. Musiał też Mariusza G. upomnieć, kiedy ten, zamiast przedstawiać swoje dane, domagał się wyjaśnień w sprawie książki Katarzyny Bondy. „Krew w piach” to powieść inspirowana historią „Krwawego Tulipana”. Sam G. musiał ją bardzo uważnie przeczytać.

Mariusz G. przed sądemPiotr Kowala / PAP
— Czy miała ona (autorka) prawo zacytować dosłownie stenogramy z podsłuchów, które odbywały się w mojej celi jeszcze przed zakończeniem przewodu sądowego? — pytał Mariusz G.
Sędzia Jacek Matejko upomniał G., że sala sądowa nie jest miejscem na takie dywagacje. Przypomnijmy też, że sam „Tulipan” już po wyroku sądu I instancji, z zakładu karnego, napisał list do fundacji Freedom24, która zajmuje się ochroną praw człowieka. Miał w nim prosić o pomoc złożeniu pozwu wobec pisarki i ogólnopolskich mediów, które opisywały sprawę. Twierdził, że naruszone zostały jego dobra osobiste i domagał się milionowego odszkodowania. Fundacja na prośbie nie pozostawiła przysłowiowej suchej nitki.
Proces „Krwawego Tulipana” rusza od nowa. Poprzedni wyrok wydała neosędzia
Jednak to właśnie rozgłos medialny wydaje się Mariuszowi G. najbardziej przeszkadzać. Na sali rozpraw stwierdził dziś: — Z racji tego, że nie raczył sąd pozytywnie rozpatrzeć mojego wniosku o wyłączenie jawności rozprawy, nie mam nic do dodania.
Od „naukowca, który lubi pomagać” do mordercy
Już podczas śledztwa najbardziej palącą dla niego kwestią było to, co media wiedzą i piszą o sprawie. Wypominał to prokuratorowi, domagając się śledztwa w sprawie „przecieków”. Na jednym z przesłuchań stwierdził, że „wszystko, co powie, zaraz ląduje na pasku w TV”. Stwierdził też, że organa ścigania „nie ochroniły jego jako podejrzanego”.
Sam o sobie w toku śledztwa powiedział: — Jestem naukowcem. Poszukuję ropy i gazu.
W innym momencie stwierdził: — Pomagam wielu osobom, bo lubię.
To było jeszcze wtedy, kiedy do żadnej zbrodni się nie przyznawał. Kiedy jednak śledczy odnaleźli ciało jego ostatniej ofiary, G. zaczął się łamać. Jeszcze początkowo próbował zaprzeczać. Twierdził, że nie poznaje miejsc, które śledczy pokazywali mu na zdjęciach. Nie widział też na nich zwłok swojej ofiary.
Dzień później przyznał się do zabicia Bogusławy R. — Chcę powiedzieć, że w sprawie o zabójstwo chciałbym się przyznać — stwierdza.
Po chwili dodaje też, że chciałby śledczym pokazać jeszcze dwa miejsca, w których zakopał ciała. Na internetowych mapach wskazuje przybliżone lokalizacje ukrycia zwłok. Później, podczas eksperymentu procesowego, wskaże je właściwie z dokładnością kilkunastu metrów. Nawet ciało swojej pierwszej ofiary, Iwony K., która zginęła w 2016 r.
Śledczy mówią, że G. wpadł, bo miał pecha. Dotąd starał się wybierać ofiary na życiowym zakręcie, samotne, których nikt właściwie by nie szukał. Bogumiła R. też taka miała być. Znali się od wielu lat, ale w pewnej chwili ich kontakty się rozluźniły. Kiedy znów zaczęli się widywać, G. miał wyczuć okazję.
Wpadł przez pomyłkę
Tylko że Bogumiła R. nie była samotna. Utrzymywała kontakty z dziećmi, choć przed G. się do tego nie przyznała. Kiedy nie pojawiła się na rodzinnej imprezie, zaczęli jej szukać. Syn kobiety właściwie od razu wskazał, że to Mariusz G. może mieć związek z jej zaginięciem.
Został zatrzymany najpierw pod zarzutem przejęcia mieszkania i rzeczy kobiety. Twierdził, że wyjechała za granicę, a jemu zostawiła pełnomocnictwo w sprawie rozporządzania jej mieniem. Zresztą, tak samo było z innymi ofiarami. Każda z nich miała wyjechać za granicę: do ukochanego, za pracą lub uciekając przed wierzycielami.
Żeby zmylić rodzinę i policję, G. pojechał nawet ze swoją ówczesną partnerką tuż za niemiecką granicę, by stamtąd wysłać z telefonu Bogumiły R. SMS do rodziny: „wyjechałam, nie szukajcie mnie”.
Dorota Ł. zasiada dziś na ławie oskarżonych. Twierdzi, że po całej sytuacji leczy się psychiatrycznie. W poprzednim procesie sąd skazał ją (podobnie jak Łucję S., Karolinę S. i Sebastiana T.) m.in. za pomoc w zacieraniu śladów zbrodni.
Bogumiła R. zginęła od kilku ciosów w głowę i szyję siekierą. G. zabrał ją na polanę na „romantyczny piknik”.

Sprawa „Krwawego Tulipana” znów przed sądemPiotr Kowala / PAP
Śledczy dotarli w sumie do kilkunastu kobiet, które w podobnym czasie uwodził Mariusz G. Wszystkim trudno było uwierzyć, że mężczyzna mógłby chcieć je skrzywdzić. — Myślę, że gdyby nie wpadł przy sprawie Bogumiły R. to zabijałby dalej — mówi Onetowi osoba zbliżona do śledztwa.
To właśnie na portalu randkowym G. poznał Anetę D. Po przejściach, samotna, z własnym mieszkaniem. Liczyła, że z Mariuszem G. ułoży sobie życie na nowo.
Aneta D. zginęła od ciosów siekierą w głowę. G. zeznawał później, że byli na grzybach, pokłócili się, a on wpadł w złość i ją zaatakował.
Niewykluczone, że pierwsza ofiara, Iwona K., była przypadkowa. G. mógł nie planować, że ją zabije. Udało mu się przejąć jej mieszkanie, pieniądze z ubezpieczenia, a nawet wziąć kilka kredytów — w sumie kilkaset tysięcy zł. Iwony K. nikt właściwie nie szukał. Prowadziła dość rozrywkowy tryb życia. Niespecjalnie zajmowała się córką. Kiedy zniknęła, nikt właściwie nie zareagował.
Iwona K. zginęła w mieszkaniu. Mariusz G. zeznał, że ją udusił, a później ciało w worku wywiózł do lasu w okolicach Kołobrzegu. — Generalnie ona została uduszona rękoma. Zaparkowałem, wziąłem worek z ciałem na ramię i przeniosłem do miejsca, gdzie ją zakopałem — opowiadał śledczym podczas eksperymentu procesowego.
Przez wiele lat Mariusz G. znany był z zamiłowania do zimnej wody oraz towarzystwa kobiet, które chętnie gromadził wokół siebie. Słynął z umiejętności uwodzenia i wzbudzania silnych emocji, a jego opowieści o dalekich rejsach przyciągały uwagę. Pełniąc funkcję zastępcy prezesa kołobrzeskiego klubu morsów, angażował się także w działalność społeczną. Jego charyzma sprawiała, że szczególnie samotne kobiety, przeżywające trudne chwile, lgnęły do niego.
Jednak G. miał mieć też drugie oblicze. Sebastian T., który miał mu pomagać w zacieraniu śladów zbrodni i przejmowaniu majątków ofiar, opowiadał śledczym o dziwnych fantazjach „Tulipana”.
Twierdził, że chciałby założyć w Kołobrzegu mafię, myślał o własnej agencji towarzyskiej. Dopytywał też o broń oraz o miejsce, gdzie „można wrzucić coś ciężkiego, by nikt nie znalazł”. T. brał to za żarty.
Do pomocy w zbrodniach się nie przyznał. Na kolejne rozprawy zaplanowane jest ponowne przesłuchanie trzech kobiet, które miały pomagać Mariuszowi G. Dwie z nich twierdzą, że je też uwiódł. Z Dorotą Ł. planował nawet ślub. Został zatrzymany trzy dni przed nim.