Oczywiście Grzegorza Braun i jego Korona mogą mieć w nosie polskich pracowników oraz to, że postulowana przez nich likwidacja płacy minimalnej będzie oznaczać natychmiastowy spadek dochodów 20-30 proc. zatrudnionych Polaków. A w dalszej kolejności załamanie trendu szybkiego wzrostu płac realnych (plus 30 proc. po odliczeniu inflacji w latach 2015-2023) u większości pozostałych obywateli.
Ale nikt nie może być przecież aż takim ekonomicznym dzieciuchem, by nie wiedzieć, że ci pracownicy to jednocześnie… konsumenci. I to na nich zarobi (albo właśnie nie zarobi) polski biznes z zakładów fryzjerskich, knajp i pensjonatów w Częstochowie, Gorzowie albo Wieruszowie. I kto im tę stratę zrekompensuje? Może Braun z posłem Fritzem? Szczęść Boże…
Braunista Roman Fritz mówi Balcerowiczem
No tak, pomyślałem sobie słysząc posła Fritza, człowiek może sobie wyjść z Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Ale Kongres Liberalno-Demokratyczny nigdy jak widać nie wychodzi z człowieka.
Młodszym spieszę wyjaśnić, że ów Kongres to była (założona z udziałem niemieckich donacji) arcyliberalna partia, która gdy tylko dorwała się do władzy, to skończyło się wielką wyprzedażą majątku narodowego, wygaszaniem polskiego przemysłu i wzrostem bezrobocia do kilkunastu procent. To właśnie z ramienia tego ugrupowania startował wtedy do parlamentu przedsiębiorca Roman Fritz. Dziś jeden z najbardziej zaufanych ludzi Grzegorza Brauna.
W tym programie Jankowskiego poseł Fritz mówił na przykład o tym, że uważa płacę minimalną za rozwiązanie niepotrzebne. Dodał również, pracownicy i pracodawcy powinni dogadywać się ze sobą na podstawie zwykłych umów cywilnoprawnych (czyli słusznie zwanych śmieciowymi). A państwo powinno – jak rozumiem – wypchać się ze swoim dążeniem do zatrudnienia etatowego na umowę o pracę. Czyli po prostu przestać unieszczęśliwiać Polaków przymusowym ubezpieczeniem społecznym, składkami emerytalno-rentowymi, prawem do płatnego urlopu, kontrolą czasu i warunków pracy, prawem do obrony swoich interesów poprzez zrzeszanie się w związkach czy przynajmniej trzymiesięcznym wypowiedzeniem chroniącym przed utratą pracy z dnia na dzień.
Tego wszystkiego poseł Fritz od Grzegorza Brauna nie chce. Tak przynajmniej wynikało z jego pochwały umów śmieciowych, które są alternatywą dla klasycznego etatu.
Grzegorz Braun i jego program gospodarczy. Dla własnego dobra
Ja rozumiem, że fenomen polityczny ostatnich miesięcy pod szyldem Grzegorz Braun ma wiele różnych składowych (od gaśnicy po Ukrainę) i że kwestie gospodarcze, pracownicze oraz społeczne do tego zestawu nie należą. Pytanie brzmi jednak czy Grzegorz Braun i jego Korona chcą być poważną siłą i odegrać poważną rolę w poważnej polityce – bo może nie chcą, tak jak kiedyś nie chciał tego protoBraun, czyli Janusz Korwin-Mikke. Ale jeżeli jednak chcą to przecież muszą – na Boga – wyjść z ekonomicznego przedszkola i przestać powtarzać bzdury o „likwidacji płacy minimalnej” albo wychwalać śmieciówki.
Oni muszą to zrobić nie dla mojego – Rafała Wosia – zadowolenia, ale przede wszystkim dla własnego dobra. Głównie dlatego, że płaca minimalna na obecnym poziomie (4806 zł brutto albo 31,40 zł za godzinę) określa ramy ekonomicznej egzystencji mniej więcej 25-30 procent pracujących Polaków. A w niektórych branżach (na przykład handel) pokrywa niemal wszystkich pracujących.
Oni mocno odczuwają każdą stagnację płacy minimalnej, bo to oznacza stagnację ich dochodów. A hipotetyczna likwidacja tejże płacy oznaczałaby dla nich w jednej chwili nic innego tylko natychmiastowych spadek zarobków. Bo niby dlaczego pracodawca działający na przykład w powiatach szydłowieckim (południowe Mazowsze) albo brzozowskim (Podkarpacie) nie miałby skorzystać z takiego prezentu od panów Fritza i Brauna i nie „zaproponować” pracy za 1-1,5 tysiąca mniej? Kto by mu tego zabronił? Rynek? Ale przecież w powiatach szydłowieckim i brzozowskim znaleźć inną robotę wcale nie jest łatwo. Bierze się więc to, co jest. Bo życie jest życie.
Oberwą i lepiej zarabiający
Oczywiście konsekwencje takiej korekty płac i ich reorientacja na obniżki wynagrodzeń to problem także dla tych, co pracują za więcej.
Dzieje się tak dlatego, że dynamiczny wzrost płacy minimalnej w ostatnich latach (plus 120 proc. „na czysto”, czyli po odliczeniu inflacji między 2015 a 2026) pchał dotąd od spodu w górę także pozostałe wynagrodzenia. W efekcie skumulowany wzrost wynagrodzeń w całej polskiej gospodarce narodowej w czasie minionej dekady to jakieś 30 proc. – oczywiście też „na czysto”, to znaczy po odliczeniu inflacji.
Dla porównania wzrost płac w gospodarkach starej UE w tym samym okresie to jakieś… 2 proc. I to była właśnie miara realnego wzbogacenia się polskiego społeczeństwa w minionej dekadzie, ale właśnie w sposób równomierny – to znaczy obejmujący nie tylko najbogatszych, ale także biedniejszych i średniaków. I dodajmy, że odbywało się to wszystko w warunkach stale spadające bezrobocia. Z 10-11 w roku 2015 do 5 proc. dziś.
Jeżeli teraz płaca minimalna miałaby już nie pchać płac w górę, to zacznie je niechybnie ciągnąć w dół. Bo tak to działa. Pracodawcy zobaczą, że można oszczędzać na maluczkich, potem zaczną to robić względem średnich i tak dalej. Przed generalnym trendem uchowa się pewnie wąska grupa superspecjalistów (ale oni i tak rzadko pracują na klasycznym etacie). Reszta straci.
Dobrze, by potencjalni wyborcy Grzegorza Brauna i jego Korony – z których, jak pokazują badania, większość nie zalicza się bynajmniej do milionerów – mieli świadomość konsekwencji takich deklaracji. Oczywiście Braun czy Fritz mogą mieć w nosie pracowników i sprzyjać interesowi wiecznego pracodawcy. Szczęść Boże, panie Grzegorzu, wielu już próbowało. Musi Pan jednak pamiętać, że przedsiębiorcy w ostatecznym rozrachunku też muszą jakoś zarabiać.
A jak zarabiają przedsiębiorcy? Oni sprzedają swoje produkty. A komu je sprzedają? Oczywiście możemy się łudzić, że potencjalnych odbiorców towarów i usług naszych nadwiślańskich biznesów jest na świecie 8 miliardów. Ale w praktyce tak oczywiście nie jest. Jakaś część – owszem – produkuje na eksport. Ale w większości przypadków odbiorcą oferty zakładów fryzjerskich, salonów piękności, naleśnikarni czy pensjonatów w Warszawie, Mikołowie czy Włoszczowie są… inni Polacy. A ci inni Polacy to nie kto inny jak… pracownicy. A pośród nich – pamięta Pan Panie Grzegorzu? – jakieś 30 proc. zarabia na poziomie płacy minimalnej. Jeżeli więc Pan z Fritzem obniżycie im zarobki, to kto kupi towary od polskich przedsiębiorców. Może Pan z Fritzem?
Marznący deszcz – jak groźna może być ta sytuacja?Polsat News
Masz sugestie, uwagi albo widzisz błąd? Napisz do nas
