C-17 Globemaster III miał odlecieć około godziny 21 czasu polskiego z bazy Al-Udeid w Katarze. Celem było lotnisko Chania na Krecie, jedno z kilku najchętniej wykorzystywanych przez USA w Europie. Ładunek nie był znany. Jednak w środę agencja Reutera podała, powołując się na swoje źródła w administracji USA, że Pentagon nakazał częściową ewakuację personelu z bazy Al-Udeid. Jest to położone najbliżej Iranu miejsce stacjonowania wojsk USA, czyli też pierwszy cel dla potencjalnych uderzeń odwetowych.
C-17 byłby idealnym narzędziem do szybkiego ewakuowania znacznej liczby ludzi i ewentualnie cennego sprzętu. Jednak jak wynika z amatorskiego nasłuchu radiowego, kontrola lotów nakazała załodze tego konkretnego transportowca przerwać przygotowania do startu, wrócić na stanowisko postojowe i oczekiwać dalszych rozkazów. Niecałą godzinę wcześniej z Al-Udeid wystartowało, jeden po drugim, sześć latających cystern KC-135. Mogła to być ewakuacja albo przygotowania do tankowania w powietrzu samolotów bojowych.
Wątek z zapisami łączności i lotów amerykańskich maszyn z Al-Udeid:
Przygotowania albo markowana presja
Tego rodzaju ruchy sugerują, że w środę wieczorem doszło do jakiegoś przesilenia. Przynajmniej chwilowego. USA mogły przerwać już rozwijające się uderzenie lotnicze albo przerwać przygotowania do niego. Zbiegło się to w czasie z wypowiedzią Donalda Trumpa, który właśnie około godziny 21 czasu polskiego, podczas konferencji prasowej w Białym Domu oznajmił, iż w Iranie „zabijanie ustało” i „nie planują nikogo wieszać”. Te dwa czynniki wymieniał wcześniej, jako uzasadnienie ewentualnej interwencji zbrojnej. Iran usłyszał, że ma się powstrzymać od dalszej rzezi demonstrantów i gróźb wieszania osób, uznanych za prowodyrów, bo inaczej „miał pożałować”.
Na możliwość akcji USA w środę wieczorem wskazywały też inne poszlaki. Izraelskie media (między innymi portal gazety „Israel Hayom”) twierdziły, że część izraelskiego wojska postawiono w stan najwyższej gotowości, a konkretnie lotnictwo i służby bezpieczeństwa. Miało to być zabezpieczenie na wypadek amerykańskiego ataku na Iran i irańskiego odwetu, który mógłby być też wymierzony w Izrael. Dodatkowo w środę o 23:15 polskiego czasu irańskie władze lotnicze zamknęły przestrzeń powietrzną nad swoim krajem dla ruchu cywilnego. Zakaz lotów odwołano dopiero 5 godzin później.
Nie sposób ocenić, czy wszystko to oznacza, iż Amerykanie realnie szykowali się do uderzenia, czy jedynie je markowali, aby wywrzeć presję na Iran. Co jednak istotne, nie ma żadnych sygnałów, wskazujących na pośpieszne gromadzenie sił USA na Bliskim Wschodzie. Nie widać wyruszającego z USA na wschód strumienia maszyn w rodzaju latających tankowców, latających radarów, samolotów zwiadu oraz walki elektronicznej czy ciężkich transportowców, które wszystkie są niezbędnym elementem poważniejszej kampanii powietrznej USAF (lotnictwo wojskowe USA). Nie nastąpiło też żadne widoczne przebazowanie maszyn bojowych, takich jak na przykład F-22 czy F-35. Wszystko to można było wyraźnie obserwować przed wojną izraelsko-irańską w czerwcu 2025 i amerykańskim uderzeniem na program jądrowy Iranu. Teraz nic takiego się nie dzieje. W pobliżu nie ma nawet lotniskowca, bo ten, który był, popłynął jesienią ku Wenezueli. Aktualnie najbliższy jest na Morzu Południowochińskim i mógłby dotrzeć w pobliże Iranu w ciągu około 2 tygodni.
Brak możliwości poważnego uderzenia
Amerykanie nie są więc raczej gotowi do poważnej kampanii nalotów na Iran. Nie wspominając o czymś więcej, np. rajdach w stylu tych znanych z Wenezueli. To, co najprawdopodobniej mogliby zrobić już, to zaatakować z baz w USA bombowcami strategicznymi B-2, być może przy pomocy lotnictwa izraelskiego. Intensywność tego rodzaju uderzenia nie byłaby jednak wielka. Jedna taka misja to dla bombowca prawie cały dzień w powietrzu. Biorąc pod uwagę, że cała flota B-2 to 19 maszyn, optymistycznym założeniem byłoby wysłanie do jednej misji połowy z nich jednocześnie. Kolejną komplikacją byłby fakt, że o ile Amerykanie na pewno planowali okoliczność ataków na program jądrowy czy wojsko Iranu, ale w obecnej sytuacji mogłoby to nie być wiele warte. Gdyby chcieli wesprzeć bunt obywateli i osłabić reżim, najbardziej wartościowymi celami byłyby obiekty rządowe i związane ze służbami bezpieczeństwa.
Zaatakowanie ich to nie jest kwestia pokazania pilotowi B-2 punktu na mapie i wysłania go w drogę. Każda misja tych niezwykle cennych (praktycznie bezcennych) maszyn wymaga szczegółowych przygotowań, aby zminimalizować ryzyko i zapewnić wysokie prawdopodobieństwo powodzenia. Obejmują one dokładnie zaplanowane trasy lotu, aby uniknąć wykrycia oraz zaatakowania, a także zorganizowanie wsparcia licznych latających cystern, mniejszych samolotów uderzeniowych i walki elektronicznej, które pomogłyby stłumić działanie systemu obrony przeciwlotniczej wroga. Bardzo dużo tu trybików do skoordynowania, co wymaga czasu i odpowiednich dostępnych sił w pobliżu celu. Robienie tego na chybcika, to proszenie się o problemy. Porwanie Nicolasa Maduro z Caracas Amerykanie przygotowywali 4-5 miesięcy.
Wszystko to mogło wpłynąć więc na decyzję o możliwym zawieszeniu przygotowań do ataku. Amerykańska telewizja NBC News podała w nocy ze środy na czwartek czasu polskiego, że w Białym Domu trwają intensywne rozważania na temat uderzenia. Według nieoficjalnych informacji Trump miał jednak powiedzieć współpracownikom, że oczekuje „szybkiej i zdecydowanej” operacji. Takiej, która nie przerodzi się w dłuższy konflikt, czyli najpewniej takiej, która byłaby powtórzeniem sukcesu w Wenezueli. W przypadku Iranu Pentagonowi trudno jednak zapewnić taki efekt. Po pierwsze z powodu tempa rozwoju sytuacji, a po drugie z powodu braku konkretnego celu. W Wenezueli wybrano porwanie Maduro, co dało wojsku jasno określone zadanie. Co byłoby nim w Iranie? Nie wiadomo. Na pewno nie bliżej nieokreślone osłabienie reżimu. Bombami trudno realnie wspierać demonstracje uliczne.
Iran pod ścianą, Trump z oczekiwaniami
Możliwe pozostaje ponowne zbombardowanie obiektów, związanych z programem jądrowym i arsenałem rakietowym. Na to Amerykanie najpewniej mają przygotowane plany i łatwiej byłoby o konkretne efekty. Choć warto pamiętać, że po czerwcowych nalotach, Trump i jego administracja deklarowali „zniszczenie” programu jądrowego, podczas gdy większość ekspertów miała co do tego wątpliwości. Poważne spowolnienie, czy cofnięcie, owszem; jednak nie zniszczenie. We wrześniu francuski „Le Monde” pisał, iż izraelski wywiad podzielił się swoją oceną tej kwestii z władzami Francji. Według niego naloty z czerwca spowodowały poważne straty, ale nie całkowite zniszczenie programu jądrowego Iranu. Reżim ajatollahów ma mieć możliwość jego odbudowy i w przypadku podjęcia decyzji jest to jedynie kwestia czasu. Gdyby Amerykanie teraz ponownie zaatakowali program jądrowy, to pośrednio przyznaliby, że czerwcowe deklaracje Trumpa były kłamstwem.
Sama groźba nalotów pełni jednak określoną funkcję, wywierając presję na irański reżim. Po czerwcowych nalotach i porwaniu Maduro, tego rodzaju komunikaty ze strony Waszyngtonu mają zdecydowanie większą moc niż choćby rok wcześniej. Co właściwie Amerykanie chcą osiągnąć przy ich pomocy, nie jest jednak jasne. Sądząc po tym, jak postępują z Wenezuelą, gdzie na pierwszym planie postawili ropę, pieniądze i posłuszeństwo wobec ich interesów, może czegoś podobnego oczekują po Iranie.
Nie ulega przy tym wątpliwości, że Teheran jest pod dużą presją. Represjami i mordowaniem demonstrantów nie usunie przyczyny społecznego wybuchu. Gospodarka Iranu jest w ruinach i nie widać szans na zmianę tego stanu rzeczy. Chiny i Rosja nie chcą albo nie mogą istotnie pomóc. Na przestrzeni ostatnich dwóch lat potencjał militarny Iranu i budowana dekadami sieć organizacji paramilitarnych, będących narzędziem szachowania Izraela i pośrednio USA, zostały zdewastowane. Reżim ajatollahów nie ma już wielu kart i pola manewru.