Prawdziwe dziennikarstwo. Niezależna redakcja. ZA DARMO.

Ciało 93-letniej babci odnalazła w piątek 9 stycznia jej wnuczka. Starsza kobieta zamarzła w swoim własnym domu w gminie Konopnica pod Lublinem. Tylko tego dnia mrozy zabiły na Lubelszczyźnie jeszcze dwie inne osoby.

Następnego dnia rano, w sobotę 10 stycznia, na termometrze w Lublinie było -14 stopni. Stoję przed długim budynkiem pokrytym brudnobiałym sidingiem, który bardziej przypomina magazyn, a nie miejsce, w którym można znaleźć schronienie. Kiedyś działała tu hurtownia elektryczna, ale przeniosła się do bardziej prestiżowego budynku po drugiej stronie ulicy. Na drzwiach napis „Ogrzewalnia dla kobiet. Czynne 16-8”. Ale teraz, kiedy Polska przypomniała sobie prawdziwą zimę, można tu być nawet przez całą dobę.

Robot sprzątający z bionicznym ramieniem. Dreame Cyber 10 Ultra

Przez okno macha mi Marzena, koordynatorka ogrzewalni prowadzonej przez Centrum Wolontariatu w Lublinie. Otwiera drzwi, a za nimi już poranne ożywienie. Czuję się trochę głupio, bo jest 8 rano, a okazuje się, że z ulicy wchodzę prosto do czyjejś sypialni. A dokładnie do sypialni 10 kobiet, które spędziły tę noc w na oko 40-metrowym pomieszczeniu. Jest tak ciasno, że niektóre łóżka są już ze sobą złączone. W oczy rzuca się tablica z imionami pań i listą dyżuru porządkowego na kolejne dni tygodnia. Na krześle włączony telewizor z programem informacyjnym.

Marzena prowadzi mnie do swojego pokoiku, który jest jednocześnie biurem. Mijamy część łazienkową, z której słychać jak jedna z pań popędza drugą: – Szybciej, ja śpieszę się do pracy. Po kilkunastu minutach ta sama 25-letnia dziewczyna wsuwa głowę do Marzeny. – Do widzenia, idę do pracy, dziękuję! – rzuca z uśmiechem.

Po godzinie 9 w ogrzewalni pozostają już tylko trzy panie. Reszta ma jakieś prace dorywcze, takie jak np. odśnieżanie ulic czy sprzątanie klatek schodowych. Albo inne zajęcia, o których Marzena nie wie.

Większość z nich to stałe bywalczynie. Ale są też nowe. Jak kobieta, która w Częstochowie „wsiadła do pociągu byle jakiego”. Wysiadła w Lublinie i trzy tygodnie błąkała się po ulicach, aż znalazła ją policja i przywiozła na Wrońską 1a. Tutaj mogła się umyć, zmienić ubranie, napić czegoś ciepłego, spróbować trochę się otrząsnąć. Czasami zdarza się, że policja przyjeżdża z kimś w środku nocy. Ale to tylko wtedy, kiedy przypadkowy przechodzień nie odwróci głowy i zgłosi na 112, że na przystanku nocą siedzi sobie człowiek. Od początku listopada w całej Polsce z powodu wychłodzenia zmarły już 22 osoby.

Dziś, mimo siarczystego mrozu, noc była spokojna i nikt nowy się nie pojawił.

– W tej chwili mamy już komplet, 10 łóżek zajętych. Ale gdyby się ktoś trafił, to i tak z nami zostanie. Mamy w planie, że dołożymy jakieś 2-3 polowe łóżka. Już nie bardzo jest miejsce, gdzie je postawić, ale dziewczyny zgodziły się, że zsuną sobie łóżka i będą spały we trzy na dwóch. Jakoś damy radę – mówi Marzena.

Koordynatorka jest już po 24-godzinnym dyżurze w ogrzewalni i za chwilę przyjdzie zmiennik. Chwali się, że jej największa życiowa duma to dorośli już synowie. W przeszłości pracowała w sklepie obuwniczym, garmażerce, biurze nieruchomości, wyjeżdżała też do Niemiec do opieki. Trudno sobie wyobrazić, żeby praca w ogrzewalni dla bezdomnych kobiet mogła być dla kogoś wymarzoną pracą. Ale dla niej jest.

– Robię to, co kocham. Dla mnie zawsze drugi człowiek był bardzo ważny. Wiem, że nie uratuję świata, ale jeżeli z 50 osób, którymi mam się zająć, chociaż jedną uda mi się wyprowadzić na lepszą drogę, to będzie dla mnie ogromna satysfakcja i sens tego, co robię – przekonuje Marzena.

Historie kobiet są różne, ale nigdy dobre. Marzena nie docieka, jeśli widzi, że ktoś woli nie opowiadać. Lepiej skupić się na przyszłości: wskazać, gdzie pójść, żeby wyrobić dowód osobisty, ubezpieczenie zdrowotne. Młodsze dziewczyny motywuje, żeby poszły się zarejestrować do urzędu pracy i znalazły choćby coś dorywczego.

– Staram się rozmawiać, ale po to, żeby szukać dla nich rozwiązań na przyszłość, a nie grzebać się w ich przeszłości – mówi Marzena.

Sąsiedzi wstrząśnięci śmiercią Emilii. Nieoficjalne informacje o małżonkach

Sąsiedzi wstrząśnięci śmiercią Emilii. Nieoficjalne informacje o małżonkach

Mam dom pod Rzeszowem

Noc z piątku na sobotę w ogrzewalni spędziła 55-letnia Krystyna*, która chętnie dzieli się swoimi ostatnimi miesiącami. To mama dwóch dorosłych już córek.

– Ja z okolic Rzeszowa pochodzę, tam mam dom: parter, piętro, poddasze. Dlaczego mnie tam nie ma? Mogę zaraz być, może w poniedziałek pojadę? Muszę tylko wyrobić dowód, bo mi taka dziewczyna ukradła. Jeszcze też sąsiadce wiszę 200 złotych. A w domu, jak to w domu, mój były popijał. Ja nie mam rozwodu, 15 lat nie śpimy razem, bo on mnie zdradzał. Ale ja tam nie mam meldunku, a to był dom budowany podczas małżeństwa. Raz mnie mąż zamknął w środku, żeby wyjść, to przez kotłownię skoczyłam, miałam wstrząs mózgu – opowiada.

Ostatni raz Krystyna w domu była w połowie września.

– Kolega spytał, czy będę zbierać jabłka, pojechałam do Sandomierza. Potem był pożar domu, dobrze że mnie w ten czas na mieszkaniu nie było. Właścicielka, ta co od niej wynajmowałam pokój, była dziabnięta, wyskoczyła, złamała nogę. To była ulica Cicha, ale ja mówiłam zawsze, że głośna. I ten dom poszedł z dymem – opowiada Krystyna.

Potem trafiła do Poniatowej na Lubelszczyźnie. Ponad tydzień mieszkała u starszego pana, robiła mu zakupy, grała z nim w karty, ale był problem, bo on cały czas chciał wygrywać.

Na początku grudnia trafiła do ogrzewalni w Lublinie. Wszystko zaczęło się od imprezy w parku w Poniatowej.

– Poznałam takiego pana, co mnie zagadał, poszliśmy do parku, no flaszka, piwo, poczęstował papierosami, tak siedzieliśmy do wieczora. Na polu już było minus. Przyszło takie państwo, „łiskacza” mi dały. Byłam wstawiona na maksa, kolędy już śpiewam, mówię „ja tu będę spać, mnie grzeje od środka”. Ale przyszedł taki wojskowy i mówi „zadzwonię na policję, pojedziesz sobie do Lublina, tam jest takie coś, że możesz spać”. Przyjechali te policjanty, ja mówię „włączcie disco polo”, pojechaliśmy – opowiada Krystyna.

– Alkohol. To jest podstawowa przyczyna tego, że tu są. Alkohol niszczy wszystko – odpowiada Marzena na pytanie o przyczyny, dlaczego kobiety lądują na ulicy.

Czasami także brak odwagi do zmiany swojego losu.

– Pani z Ukrainy została przywieziona tu przez policję ze zgłoszenia o przemocy domowej, a już przed północą powiedziała, że wychodzi, że nie chce tu być. No i wyszła, nikogo nie możemy zatrzymać na siłę. Co z nią dalej, nie wiem. Zazwyczaj kobiety podejmują bardzo złe decyzje. Mimo przemocy domowej, mimo że partner je bije, to one cały czas żyją nadzieją, że może się zmieni. I nie robią z tym nic – mówi Marzena.

Ogrzewalnia dla kobiet w Lublinie Ogrzewalnia dla kobiet w Lublinie © WP

46 dni na Południowej

Marzena sama też była kiedyś w bardzo trudnej sytuacji. Nie takiej, jak jej podopieczne z ogrzewalni, nigdy nie miała problemów z alkoholem. Ale spędziła 46 dni za kratkami. Wszystko dlatego, że nie wykonała wyroku, jaki orzekł sąd: nie zapłaciła 500 zł grzywny i 300 zł nawiązki za podrapanie i szarpanie policjanta podczas interwencji wobec niej 11 lat temu.

– Byłam już po rozwodzie, zmieniałam stancję, nie miałam meldunku. Sąd wysyłał pisma, tylko nie wiem gdzie, bo ja żadnego nie dostałam. Ta grzywna to były śmieszne pieniądze, ale zostało mi to później zamienione na prace społeczne, a potem na areszt, a ja nic o tym nie wiedziałam – przekonuje Marzena.

W końcu odnalazł ją dzielnicowy i powiedział, że jest zatrzymana i odwozi ją na Południową, gdzie mieści się lubelski areszt. Wtedy dla niej to był koniec świata.

– Najgorsze za kratkami jest to, że jesteś traktowana jakbyś była nikim. Przez strażniczki, współosadzone. Zwracają się do ciebie jak do śmiecia. Ale ja już po tygodniu miałam w sobie taką moc, że wiedziałam, że dam radę. Trzeba było kogoś zamknąć, żeby się otworzył. Do dziś jednak nie zapomnę słów strażniczki w dniu mojego wyjścia: i tak tu wrócisz, wszystkie wracają. To było piękne pożegnanie, prawda? – ironizuje Marzena.

Ona sama chce inaczej podchodzić do ludzi w kryzysie.

– Zanim trafiłam do Centrum Wolontariatu, praktycznie codziennie spotykałam człowieka, który zbierał puszki na osiedlu. Kiedyś kupiłam mu zapiekankę, innym razem zaczęliśmy rozmawiać, dałam mu obiad, kupowałam drobiazgi. Powiedział, że choruje na gruźlicę, to zawiozłam do szpitala do Poniatowej, leczył się tam pół roku. Jak wyszedł ze szpitala teraz przed świętami, to zadzwonił, że dostanie rentę. To są piękne momenty. Ja nigdy nikogo nie skreślam. Idąc ulicą, jak widzę kogoś, czy jest pijany, czy nie, dla mnie zawsze to człowiek – mówi Marzena.

Mimo że wyrok już się zatarł, Marzena opowiada o nim otwarcie. Będąc jeszcze za kratami, zaczęła pisać dziennik o tym, jak wygląda życie po drugiej stronie.

– Zawsze miałam świadomość z tyłu głowy, że jestem taka słaba. A dziś wiem, że jestem cholernie silna. Nie żałuję tego wszystkiego, czym mnie życie doświadczyło. Widocznie było to potrzebne po to, żebym zrozumiała, kim naprawdę jestem i co mogę – mówi.

Ogrzewalnia dla kobiet Centrum Wolontariatu przy ulicy Wrońskiej 1a działa dopiero od listopada, wcześniej funkcjonowała w innym miejscu. Na początku były tylko gołe ściany, ale Marzena cały czas szuka sposobów, żeby tu było przytulniej. Na jednej ze ścian powstaje coś w rodzaju instalacji artystycznej – drzewa z wizerunkami bywalczyń. Marzena prosi też, żeby napisać, że w ogrzewalni bardzo przydałyby się zimowe buty i ciepłe kurtki dla kobiet oraz bielizna. Centrum Wolontariatu w Lublinie pomaga osobom bezdomnym i ubogim, uchodźcom, osobom po konflikcie z prawem, w tym także dzieciom i młodzieży. Oprócz zaangażowania się w działalność wolontariacką, można również wesprzeć działalność organizacji finansowo.

Ogrzewalnia dla kobiet w Lublinie Ogrzewalnia dla kobiet w Lublinie © WP

Niczego nie żałuję

Krystyna przyznaje, że ma dwie dorosłe córki, które wiedzą, gdzie teraz jest, ale tłumaczy je, że nie mają możliwości wziąć matki do siebie. Kobieta żyje z dnia na dzień, bo jak mówi, cierpi na wiele chorób i nie wie, jak to wszystko się potoczy. Gdy była u lekarza w sierpniu, to nie miał dla niej dobrych wiadomości.

Pytam Krystynę, czy czegoś żałuje w swoim życiu.

– Niczego nie żałuję, co mam żałować? No może tego, że wyszłam za mąż za takiego durnia. Mogłam lepszego mieć – śmieje się.

Paweł Buczkowski, dziennikarz Wirtualnej Polski

Napisz do autora: pawel.buczkowski@grupawp.pl