Iga Świątek podzieliła się z nami refleksjami na temat popularności, odpowiedzialności i swojego charakteru. Opowiedziała też o lekcjach z przeszłości i celach na przyszłość.
Iga Świątek: Myślę, że najbardziej cieszy mnie to, że mogę w jakiś sposób inspirować ludzi — szczególnie dzieci. Kiedy słyszę, że ktoś zaczął grać w tenisa, „bo Iga”, to robi mi się naprawdę ciepło na sercu. No i oczywiście możliwość rywalizowania na najwyższym poziomie na kortach na całym świecie to ogromny przywilej.
Tak, zdecydowanie. Popularność to nie tylko miłe słowa i zdjęcia z kibicami. To też uważność na to, co się mówi i jak się zachowuje. Popularność ma dwie strony. Z jednej daje możliwości dotarcia do wielu ludzi, a z drugiej wymaga wielkiego wyczucia. Staram się być autentyczna, ale jednocześnie pamiętam, że moje słowa naprawdę potrafią ważyć. To duża odpowiedzialność.
Dalszy ciąg materiału pod wideo
Czegoś w związku z ogromną rozpoznawalnością szczególnie pani brakuje? Gdy ciągle jest się na świeczniku, nagle marzeniem może stać się spokojny spacer lub wizyta w kawiarni.
Czasami rzeczywiście brakuje prywatności. Zwykłego spaceru, podczas którego mogę po prostu wtopić się w otoczenie, nie zastanawiając się, czy ktoś zrobi zdjęcie albo nagra filmik. Wbrew pozorom takie proste rzeczy potrafią być luksusem. Ale mam też świadomość, że to część mojej pracy i przyjmuję to z pokorą.
Iga Świątek: nauczyłam się większej elastyczności, zaufania do siebie
A czy można powiedzieć, że czegoś pani brakuje jako zawodniczce? Patrząc na suche statystyki, można zauważyć, że na spektakularnej liście sukcesów nie ma jeszcze zwycięstwa w Australian Open czy złotego medalu olimpijskiego. Ale wydaje mi się, że na tym etapie kariery może już pani zupełnie inaczej postrzegać rywalizację i wyznaczać sobie nieoczywiste cele.
Patrzę na swoje cele trochę inaczej niż kilka lat temu. Jasne, Australian Open i złoto olimpijskie są gdzieś na mojej liście. Ale nie jest to jakiś Święty Graal, tylko marzenia, które realizuję krok po kroku. Dziś bardziej skupiam się na procesie, na zdrowiu, na ciągłym rozwoju. Wyniki są ważne, ostatecznie uprawiamy zawodowy sport, ale nie są jedyną miarą satysfakcji, zwłaszcza na co dzień. Mówiłam kilka lat temu i mówię też dziś — dla mnie to maraton, a nie sprint i wierzę, że jeszcze sporo przede mną.
Iga Świątek po wygranej w United Cup (Foto: Marcin Cholewiński / newspix.pl)
Na początku 2023 r., gdy po raz pierwszy triumfowała pani w Plebiscycie „Przeglądu Sportowego”, rozmawiałem z pani ojcem, który odbierał w zastępstwie statuetkę Czempiona. Zapytałem go wówczas, czy może wskazać cechy charakteru, które pozwoliły córce dostać się na tenisowy szczyt. Odpowiedział: „Upór, upór i jeszcze raz upór”. Ten upór nadal jest cechą, która najlepiej charakteryzuje Igę Świątek? Czy może jednak tutaj w ostatnich latach doszło do jakiejś zmiany?
Upór i determinacja, a raczej wytrwałość i determinacja zawsze były częścią mnie, zwłaszcza w momentach, gdy nie wszystko szło po mojej myśli. Ale nauczyłam się większej elastyczności, zaufania do siebie, lecz także do otaczającego mnie zespołu. Czasem trzeba mocniej przycisnąć, a czasem odpuścić i zaufać procesowi.
Iga Świątek: z roku na rok jestem dojrzalsza, uczę się regulować emocje, zarządzać stresem
Udziela pani wielu wywiadów po meczach. Te rozmowy często są do siebie podobne, ale niektóre wypowiedzi zostają w pamięci na dłużej. Ja szczególnie zapamiętałem słowa na antenie Canal+ po wygranym turnieju w Rzymie w 2022 r. Przyznała pani wtedy, że triumf we French Open 2020 i kolejne sukcesy nie sprawiły, iż stała się pani spokojniejsza. W kolejnych miesiącach i latach sukcesów przybywało, ale nadal widać było, że wielu występom towarzyszą ogromne emocje, czasem nawet łzy i olbrzymi stres. Zastanawiam się, czy dziś ten spokój jest większy? W końcu jest pani tak utytułowaną tenisistką, że naprawdę już nic nie musi, a jedynie może.
Myślę, że warto, abyśmy trochę głośniej mówili o tym, że emocje są częścią sportu i życia. Ponieważ bardzo zależy nam sportowcom na tym, co robimy, czasami będziemy płakać, czasami głośno się cieszyć, a czasami złościć. Stres także jest nieodłączną częścią sportu, a ja z roku na rok jestem dojrzalsza, uczę się regulować emocje, zarządzać stresem. Nigdy jednak nie zostanę robotem.
W 2025 r. rzecz jasna większość kibiców najbardziej zachwycił pani występ w finale Wimbledonu i zwycięstwo 6:0, 6:0 nad Amandą Anisimovą. Ale niesamowity był też finał w Seulu z Jekatieriną Aleksandrową, który również zakończył się wygraną, choć zaczął się od seta przegranego 1:6. Po tym spotkaniu pojawiały się opinie, że taki wyszarpany sukces ma większą wartość niż gładkie, efektowne zwycięstwa i zdobyte w nim doświadczenie w przyszłości powinno pomóc. Potrafi pani wybrać mecz, który był dla pani najcenniejszą lekcją w dotychczasowej karierze? A może było kilka takich spotkań?
Było ich kilka. Finał w Londynie na pewno uświadomił mi, że potrafię dominować na najwyższym poziomie i wygrywać na nawierzchni, która nie była moją domeną. Ale mecze wyszarpane, jak ten w Seulu, często uczą więcej — cierpliwości, odwagi, czekania na szansę, szybkiej analizy i wyciągania wniosków.
Meczami, które nauczyły mnie bardzo dużo, były też na pewno finały w Madrycie z Aryną Sabalenką. Zarówno ten przegrany w 2023 r., jak i ten wygrany w kolejnym sezonie. Przychodzi mi do głowy także przegrane spotkanie z Simoną Halep w Paryżu w 2019 r., kiedy bardzo wyraźnie zobaczyłam, czego potrzebuję, czego mi brakuje i nad czym muszę pracować. Tak naprawdę jednak — i nie jest to banał — każdy mecz czegoś mnie uczy. Wszystko zależy od tego, jak sportowcy analizują swoje występy i jakie wyciągają z nich lekcje.
Od dawna mówi się o pani perfekcjonizmie i chęci zadbania o każdy szczegół. Dostrzega pani identyczne podejście u rywalek ze światowej czołówki? Czy jednak tych recept na sukces jest więcej, niż nam może się wydawać?
Chyba warto rozdzielić te dwie kwestie. Rzeczywiście towarzyszy mi perfekcjonizm i pracuję nad tym, żeby się z nim „dogadać”. Dbam jednak o każdy szczegół, bo tego wymaga sport na topowym poziomie. Na tourze każda z nas ma swój rytm, swoje sposoby funkcjonowania i musiałby pan zadać to pytanie także innym zawodniczkom.
Iga Świątek (Foto: Marcin Cholewiński / newspix.pl)
Skoro wspomniałem o perfekcjonizmie, to na koniec zapytam, czy takimi perfekcjonistami są organizatorzy któregoś z turniejów? Jest w kalendarzu na 2026 r. impreza, na którą będzie pani czekać najbardziej? Jest takie miejsce, do którego szczególnie lubi pani wracać w trakcie sezonu?
Nie wiem, czy są perfekcjonistami, ale z pewnością są turnieje, które są znakomicie zorganizowane. Oczywiście Wielkie Szlemy, ale też Indian Wells i Cincinnati, które w zeszłym roku zrobiło furorę w związku z fantastyczną renowacją obiektu. A w nowym sezonie? Na każdy turniej będę czekała z ciekawością i gotowością.