W meczu do zapomnienia Barcelona wymęczyła skromne zwycięstwo Rancingiem Santander 2:0. Spotkania nad tym etapie Pucharu Króla często toczą się według scenariusza, że Kopciuszek napiera na faworyta, jakby walczył o życie. A faworyt, nieraz w eksperymentalnym składzie, jest myślami już przy kolejnym, ważniejszym wyzwaniu. Że się można na tym oszukać, przekonał się dzień wcześniej Real Madryt przegrywając 2:3 z Albacete.

Wydarzenia z Pucharu Króla to tylko tło, główna scena w Hiszpanii jest gdzie indziej. A tam jest w dużo ciekawiej. Zacznijmy od nieco prowokacyjnych pytań. Czy Wojciech Szczęsny po raz drugi zostanie mistrzem Hiszpanii? A Robert Lewandowski po raz trzeci (na cztery sezony w Barcelonie) wygra La Ligę? Jest to całkiem prawdopodobne i to pomimo faktu, że Barca ma nad Realem Madryt raptem cztery punkty przewagi w tabeli.

ZOBACZ WIDEO: #dziejesiewsporcie: Zobacz, co zrobił bramkarz. To był spektakularny gol!

Tak, mam świadomość, że na dzisiaj jest to dzielenie skóry na niedźwiedziu. Ale nie o różnice punktowe tu chodzi, tylko o katastrofę odwiecznego rywala Barcelony. Budowana miesiącami potęga – wydawało się, że stabilnego – Realu nagle runęła w dół, jakby leciała w przepaść z gigantycznego wieżowca. Leci dalej i nikt – póki co – nie jest w stanie jej zatrzymać.

A przecież niecałe 2,5 miesiąca temu wydawało się, że ten sezon będzie należał Realu. 26 października ubiegłego roku Królewscy wygrali ligowe El Clasico z Barceloną 2:1 i powiększyli przewagę w tabeli nad Katalończykami do pięciu punktów. Mimo skromnego rezultatu, zwycięstwo gospodarzy na Santiago Bernabeu było bezdyskusyjne.

Warto dodać, że po analizie VAR zostały odwołane dwie bramki dla Realu i jeden rzut karny, a dodatkowo „jedenastkę” wykonywaną przez Kyliana Mbappe obronił Wojciech Szczęsny. Czyli ta porażka 1:2, to był dla ekipy trenera Flicka najniższy wymiar kary. Real i Barcelona były wówczas na przeciwnych biegunach.

Królewscy mieli otwartą autostradę do mistrzostwa, zdziesiątkowana ekipa z Camp Nou wydawała się rozbita i słaba. Ale futbol jest nieustanną jazdą na górskiej kolejce: raz w górę, raz w dół. Dziś wydaje się, że od październikowego El Clasico minęła już cała epoka.

Teraz – po saudyjskim starciu obu gigantów w finale Superpucharu Hiszpanii – to Real pogrążył się w chaosie. Xabi Alonso, który miał być trenerem na lata, został niespodziewanie zwolniony, a w środę Królewscy, których przejął Alvaro Arbeloa, zdążyli przegrać już drugie trofeum w tym sezonie. Po kompromitującej porażce 2:3 z drugoligowym Albacete Real odpadł w 1/8 Pucharu Króla.

Czy obroni się w krajowej lidze i Champions League? Dziś nikt rozsądny nie postawi na to złamanego grosza, bo w ekipie Królewskich ludzie są skoncentrowani na zupełnie innych „igrzyskach”.

Trwa polowanie na czarownice i szukanie winnych kryzysu. Zwolnienie Alonso jest szokiem, bo były trener Realu jest uznawany za świetnego szkoleniowca. Trudno nie odbierać tej decyzji jako fatalnego błędu, który jeszcze będzie miał swoje konsekwencje. Trudno też sobie wyobrazić, że mniej doświadczony Arbeloa będzie w stanie opanować to „gniazdo żmij”, jakim jest szatnia Realu.

Taki Mbappe ego ma gigantyczne. Żartuje się, że najpierw wchodzi jego ego, później długo, długo nic i w końcu pojawia się sam piłkarz. Dla Kyliana jedynym autorytetem jest on sam. Wystarczy przypomnieć sobie jak rozsadzał wcześniej team spirit w PSG czy reprezentacji Francji. Czy może kogoś dziwić, że w Realu Mbappe też robi, co chce?

Mimo, że po finale saudyjskiego Superpucharu Hiszpanii Alanso nakazał swoim piłkarzom zrobienie szpaleru dla zmierzających po trofeum piłkarzy Barcelony (oni zrobili to dla Realu chwilę wcześniej) Mbappe zabrał kolegów, mówiąc im, żeby po odebraniu medali za 2. miejsce, szybko oddalali się od podium. Stało się tak, jak chciał „pan piłkarz”. Szpaleru nie było. Trenera też już nie ma.

Takiemu Viniciusowi Juniorowi również bez przerwy gotuje się „pod pokrywką”. Nie chciał już pracować z Alonso, to nie pracuje. Na poprzedniego szkoleniowca, Carlo Ancelottiego Vini też narzekał. Ten typ tak ma.

Oddanie władzy piłkarzom to błąd. Tak miał powiedzieć w chwilę po zwolnieniu trener Alonso, który próbował zawodnikom dokręcić śrubę.

I tu mamy drugi biegun. Barcelonę, gdzie pan Hansi Flick zaprowadził iście niemiecki porządek. Że miał łatwiej niż Alonso w Realu, bo w Dumie Katalonii panuje team spirit? Nic podobnego. Piłkarzom z Camp Nou też nie raz gotowało się „pod pokrywkami”. Bo kto jest łatwy w prowadzeniu?

Robert Lewandowski? Popytajcie w PZPN, popytajcie nie tylko Jerzego Brzęczka, ale też innych selekcjonerów (o Michale Probierzu nawet nie wspomnę).

To może łatwy jest Raphinha, obecnie pewnie najlepszy piłkarz na świecie? O nie, potrafił gadać takie głupstwa w wywiadach, że aż żenujące było słuchanie tych „przemyśleń”.

Jules Kounde przed treningami zastanawiał się głównie nad tym, jak się na zajęcia wystroić. Punktualnością się nie przejmował. Ale do czasu, kiedy pan trener Flick wyregulował mu zegarek. Francuz, zdrowy i w szczycie formy, wypadł dwa razy ze składu i zrozumiał, kto w tej szatni rządzi.

A pamiętacie jak rok temu, podczas turnieju o Superpuchar Hiszpanii, trafił do pierwszego składu Barcelony Wojtek Szczęsny? Tak, tak. W dniu meczu Inaki Pena spóźnił się kilka minut na – jak mu się wydawało – niewiele znaczący rozruch przedmeczowy.

Punktualność stała się w Barcelonie rzeczą oczywistą. Fundamentem porządku i poszanowania w drużynie. Na tym fundamencie Hansi Flick zbudował team spirit, jedność, która pomaga Barcelonie wygrywać mecze, których rozbita drużyna by nie wygrała.

Przegrana 1:2 z Realem w październikowym El Clasico była dla Barcelony niczym pobudzający, zimny prysznic. Od tamtej pory Blaugrana wygrała wszystkie kolejne dziewięć meczów w La Liga.
A czwartkowe zwycięstwo w Santander było już 11. wygranym meczem z rzędu, licząc wszystkie rozgrywki.

Trudno nie wiązać tej serii z tym, że najpierw pan trener Flick, poukładał relacje w drużynie, nauczył przestrzegania standardów, szacunku do kolegów i respektu dla szkoleniowca. Piłka nożna to gra zespołowa, żaden zawodnik nie może być większy niż drużyna.

Szkodliwe ego gwiazdorów musi być umiejętnie temperowane. Flick to potrafi, a że nie jest to łatwe przekonywali się o tym różni trenerzy, rozpiętość jest ogromna – od Probierza po Xabiego Alonso.

Flick wie, jak to zrobić subtelnie. Jak wygrać szacunek, ale nie stracić szatni. Lewandowski, Raphinha, Dani Olmo czy Ferran Torres nie lubią być jedynie rezerwowymi, ale grzecznie siedzą na ławce. Pan Flick patrzy. Zwycięstwa na boisku zaczynają się od dyscypliny w szatni.

Dariusz Tuzimek, WP SportoweFakty