Najpierw krótka rozmowa z Piotrem Burlikowskim, później wywiad z Dariuszem Adamczukiem, który w najbliższych dniach ukaże się w Przeglądzie Sportowym Onecie. Na koniec dyskusja z prezesem Michałem Rydzem, no i człowiekiem z cienia, lecz bardzo ważnym w nowej układance Widzewa — Sławomirem Rafałowiczem, szefem skautów koordynującym wyszukiwanie piłkarzy do Widzewa.
Kilka godzin w tym towarzystwie po to, żeby zrozumieć, co dzieje się w Widzewie, zobaczyć od środka, jak łódzki klub szykuje się do przewrotu w ekstraklasowym porządku.
O jego ambicjach jest głośno od momentu wejścia Roberta Dobrzyckiego, a tej zimy hałas wokół klubu zwiększył transferowy rekord ligi i 5 mln euro wydane na Osmana Bukariego.
Widzew w zimowym oknie transferowym skupił się na Skandynawii. Z prostej przyczyny
Łódzkim klubem w poprzedniej rundzie jeszcze porządnie kołysało. Na jej starcie za wyniki odpowiadał Żeljko Sopić jako trener i Mindaugas Nikolicius w roli dyrektora sportowego. Dziś tego duetu w Widzewie już nie ma, a od jesieni za pion sportowy odpowiada Adamczuk z Burlikowskim, a bezpośrednio za drużynę trener Igor Jovicević.
Nowi ludzie Widzewa zakładali, że przy rozczarowujących wynikach, zimą potrzeba będzie trzech-czterech wzmocnień. Po kilku tygodniach pracy, trener uznał, że tych ruchów musi być więcej: pięć-sześć.
Igor Jovicević (Foto: Marcin Bryja / 400mm)
Sytuacja była o tyle specyficzna, że nowa ekipa weszła do klubu na początku października, więc w porównaniu do innych pionów sportowych w lidze mieli kilka tygodni straty w przygotowaniu zimowego okna transferowego. Adamczuk jeszcze nie przepracował w Widzewie czterech miesięcy, a było tak intensywnie, że ma wrażenie, jakby w klubie był już dwa lata.
Od każdego dyrektora w Ekstraklasie, nieważne, czy liderującej Wisły Płock, czy zamykającego tabelę Bruk-Betu Termaliki, można usłyszeć, że to zimowe okno jest trudniejsze. W Widzewie też zdawali sobie z tego sprawę, dlatego podeszli pragmatycznie i przeczesywanie rynku zaczęli od Skandynawii. W Norwegii czy Szwecji jest już po sezonie, a łatwiej rozmawiać z klubami, które same przebudowują kadry. Nie są w środku ligowej młócki i realizacji celów (za wyjątkiem tych grających w europejskich pucharach).
Z północy Europy sprowadzono Christophera Chenga (Sandefjord — Norwegia) oraz Lukasa Leragera (FC Kopenhaga — Dania), któremu akurat wygasła umowa. Widzew jest też bliski pozyskania Emila Kornviga z norweskiego Brann, choć tutaj utrudnieniem w szybkim transferze są występy tego klubu w Lidze Europy i walka o awans do fazy pucharowej. Ligowe granie ze swoim klubem skończył również Bukari. On przybywa z jeszcze dalszych rejonów, bo z amerykańskiego MLS.
Widzew ściągnął Bartłomieja Drągowskiego, bo myśli o pucharach i potrzebni mu Polacy
Z południa Europy, bo z Grecji, przeprowadził się z kolei Bartłomiej Drągowski (Panathinaikos Ateny). W przypadku bramkarza w Widzewie akurat posługiwali się innym kluczem. Na starcie założyli, że szukają Polaka z zagranicznym doświadczeniem. Rozważano Mateusza Kochalskiego z Karabachu Agdam i Mateusza Lisa, który broni w rewelacji ligi tureckiej — Goztepe Izmir. Na żywo oglądali go Adamczuk z Burlikowskim, zresztą w gorącym dla siebie okresie, bo z Turcji lecieli do Danii dopinać transfer Leragera. Ostatecznie spośród bramkarzy zdecydowano się na Drągowskiego.
Dlaczego Widzewowi zależało na Polaku na tej pozycji? Bo w Łodzi myślą już o przyszłości i występach w europejskich pucharach. A według przepisów UEFA w kadrze drużyn grających w Europie musi być minimum ośmiu piłkarzy z kraju, skąd jest klub (lub wychowanków).
Regulamin to jedno, ale głośny transfer Drągowskiego, w końcu to reprezentant Polski, ma też inną korzyść — w Widzewie liczą, że jego przyjście będzie sygnałem dla innych kadrowiczów występujących poza krajem, że warto wrócić z emigracji i wybrać Widzew, który nie kryje się z europejskimi zapędami.
Bartłomiej Drągowski (Foto: Piotr Kucza / FOTOPYK)
Bo w tym oknie, mimo możliwości Roberta Dobrzyckiego, w Widzewie zderzali się z odmowami. Zarówno Polaków, jak i obcokrajowców. Utrudnieniem w przekonywaniu tych drugich, którzy mają prawo nie kojarzyć marki Widzewa, była pozycja w tabeli (15. miejsce), jak i sama Ekstraklasa, która może i rośnie, ale dla wielu nie jest jeszcze wystarczającym wabikiem. Na pewno będą nim europejskie puchary, których w Widzewie spodziewają się w niedalekiej lub dalekiej (w tej gorszej wersji) przyszłości. Gra w Europie ułatwi robotę widzewskiemu pionowi sportowemu w sięganiu po piłkarzy z jeszcze wyższej półki.
Nawet Jovicević podczas dwudniowego spotkania zapoznawczego z szefami Widzewa, kiedy w Warszawie rozmawiał z Dobrzyckim, Rydzem i Adamczukiem, żartobliwie pytał, gdzie Widzew był przez ostatnie 25 lat. W erze Dobrzyckiego widzewiacy mają wielką ochotę tej Europie się przypomnieć. Żeby wrócić do ich ostatniej wizyty na salonach, trzeba cofnąć się do jesieni 1999 r. i przegranego dwumeczu z AS Monaco w Pucharze UEFA.
Dariusz Adamczuk przez siedem lat w Pogoni wydał na transfery 2,3 mln euro. W Widzewie Boukari kosztował 5 mln
Do hotelu Bellis w tureckim Belek, gdzie mieszkają piłkarze Jovicevicia, przenieśli się wszyscy najważniejsi ludzie Widzewa oprócz właściciela. W hotelowym lobby można spotkać naradzających się Adamczuka z Burlikowskim, przyklejonego do laptopa Rafałowicza i Rydza, który najczęściej kontaktuję się z Dobrzyckim. Widzewowi przy transferach zależy na czasie, a obecność na tureckiej ziemi prezesa ma spowodować, że ruchy będą usprawnione, a transfery szybciej domykane. Bo w Widzewie chcą działać dynamicznie, nie rozumieją agentów, którzy negocjacje opóźniają, są niezdecydowani, opieszali.
Za całość ruchów odpowiada Adamczuk, który w Pogoni poruszał się w całkowicie innych realiach. W Szczecinie przez siedem lat wydał na transfery 2,3 mln euro. W Widzewie sam Bukari kosztował 5 mln.
Osman Bukari (Foto: Łukasz Germaniuk / newspix.pl)
Jego zaufanym z pracy w Pogoni, a teraz w Widzewie jest Rafałowicz. Wiosną ubiegłego roku toczyły się konkretne rozmowy, żeby obaj pracowali dla Zagłębia Lubin. Ostatecznie nie wszystko, co proponowano Adamczukowi w kontekście jego wizji dotyczącej drużyny, się zazębiło.
Zdążył więc zrobić porządek w przydomowym ogrodzie, a jesień zapowiadała się spokojnie. Wszystko zmienił telefon Dobrzyckiego po przegranym meczu Widzewa u siebie z Rakowem pod koniec września. Po godzinie rozmowy z właścicielem klubu był pewny, że chce dla niego pracować. Już na starcie Adamczuk musiał zadziałać dynamicznie i przeprowadzić pierwszy transfer. Może nie był to krzykliwy ruch w asyście mediów, bo odbywał się po cichu, ale akurat dla niego był bardzo ważny. Szczęśliwie dla siebie nie musiał nikogo skautować, bo znał go doskonale — chodziło o Rafałowicza. Zaufany Adamczuka w tym czasie był już jedną nogą w Rakowie. Kontraktu jednak nie podpisał, co wykorzystał Adamczuk i przechwycił go dla Widzewa.
Obaj przez lata współpracowali w Pogoni. Ufają sobie, rozumieją się i… nie zawsze zgadzają. Akurat w ich branży to dobrze, wskazane są różne perspektywy. Ze Szczecina przeprowadzili się bez rodzin, a ponieważ w Łodzi zamieszkali na tym samym osiedlu, są na siebie skazani. Pracę w klubie zaczynają o 8.30, kończą o 19. Czasem po robocie umówią się, jak sąsiad z sąsiadem, na oglądanie meczów, a czasem chcą po prostu od siebie odpocząć.
Skauci Widzewa w jednym miesiącu przygotowali 500 raportów piłkarzy
Rafałowicz, podobnie jak Adamczuk, też musiał szybko odnaleźć się w nowej dla siebie rzeczywistości, przesiąknąć ideą Make Widzew Great Again. Połowę nazwisk piłkarzy z listy, którą miał w Pogoni, mógł skreślić. Zmieniły się oczekiwania, a przede wszystkim możliwości nowego pracodawcy. Rafałowicz patrzy tam, gdzie wcześniej wzrok nie sięgał. Widzewa dziś nie interesują piłkarze „może”. Może ich zbudujemy. Może u nas się wypromują. Może na nich w przyszłości zarobimy.
Do Widzewa mają trafiać piłkarze gotowi i doświadczeni, jak 32-letni Lerager, kapitan FC Kopenhagi. On był tam, gdzie Widzew chce dojść. W Lidze Mistrzów. A skoro zna drogę, to przyda się w Widzewie. W jego poprzednim klubie zwracali już uwagę na jego wiek, proponowali kontrakt na rok z opcją przedłużenia o kolejne 12 miesięcy. Widzew zaoferował mu 2,5-letnią umowę, czym go przekonał, bo akurat stabilność jest tym, czego piłkarze zbliżający się do końca kariery też szukają. W Widzewie zapewniają, że Lerager jest też wciąż głodny sukcesów, a gra w Widzewie ma go nasycić.
Lukas Lerager (Foto: srv_lemur / Imago)
Rafałowicz współpracuje z sześcioma skautami. Dwóch zna z Pogoni, choć Rafał Żerebecki do Widzewa trafił przed nim. Łukasza Waltera ściągał już on. Za widzewskimi skautami też okres wytężonej pracy, bo to oni stanowią pierwsze sito w selekcji. Wytypowani piłkarze trafiają do Rafałowicza, a on robi kolejną weryfikację i okrojoną listę przekazuje Adamczukowi oraz trenerowi Jovicevicovi. W trakcie ostatniej intensywnej jesieni był miesiąc, gdzie widzewscy skauci przygotowali o piłkarzach pięćset raportów.
Adamczuk z Rafałowiczem znają się świetnie, więc obaw o ich współpracę nie było. W tej układance ważny jest też Burlikowski, a tutaj już takiej zażyłości nie było. Oczywiście z Adamczukiem znali się ze środowiska, na stadionach się przywitali, ale mało o sobie wiedzieli. Dziś wydaje się, że ten duet się dotarł, rozumie się i z rozmachem pcha wózek w tym samym kierunku. Podkreśla to zresztą sam Adamczuk, że z Burlikowski zdarza mu się rozmawiać i dziesięć godzin w ciągu dnia.
Na razie wśród ludzi zarządzających Widzewem dominuje ekscytacja, ci, którzy odpowiadają za transfery, są na nich skupieni. Wróci liga i zacznie się weryfikacja nowych pomysłów, wyborów, transferów. Będą i przegrane, może kryzysy, a wtedy najlepiej poznać człowieka. Jak w życiu, tak i w piłce. Będzie tradycyjnie — po porażkach ich poznacie.
W Widzewie już nie reagują na transferowe plotki. Jest ich za dużo
Kilka godzin w towarzystwie sprawców największego transferowego zamieszania tej zimy w Polsce pomaga zrozumieć ich perspektywę. O Widzewie jest głośno, zdają sobie z tego sprawę, bo inaczej być nie może. Dziś skoncentrowani są przede wszystkim na dokończeniu transferowych ruchów i domknięciu zimowych zmian. Zresztą Adamczuk zaraz po wywiadzie dla PS Onet szybko przenosi się do innego stolika. Jest godzina 22 czasu tureckiego, dzwonią agenci. Jego miejsce zajmują Rafałowicz z Rydzem, ale kiedy po godzinie Adamczuk z powrotem pojawia się przy moim stoliku, zdradza go uśmiech.
— Możemy domykać temat — mówi zadowolony o jednym z transferów.
Ci ludzie Widzewa stworzyli sobie bańkę, żeby przede wszystkim odciąć się od medialnej zawieruchy. Zgodnie przyznają, że przestali reagować na transferowe plotki, bo Widzew dziś jest jak ten rzep, do którego można przyczepić dowolnego piłkarza i nikt się nie zdziwi. Części nazwisk, o których dyskutowali dziennikarze i kibice, oni nawet nie znali. Zdarzały się telefony od agentów.
— Jesteście zainteresowani moim piłkarzem?
— Nie.
I zaraz artykuły, że Widzew kontaktował się z tym agentem w sprawie jego piłkarza.
Robert Dobrzycki (Foto: Marcin Bryja / 400mm)
Trzeba się uodpornić, skoncentrować na zadaniu. Adamczuk podkreśla, że najbardziej nie chciałby zawieść Dobrzyckiego, bo dostaje od niego pozytywną energię i poczucie, by zrobić coś wielkiego. Nie nazywa tego presją, bardziej pasuje mu słowo „odpowiedzialność”. Czy Jovicević się obroni? Czy nie przepłacili Bukariego? Czy 32-letni Lerager okaże się liderem? Czy tyle zmian nie zaszkodzi drużynie? To już wybory Adamczuka, za które odpowiada.
W pionie sportowym wiedzą o rozgłosie, jaki swoimi ruchami wywołują. Ale Adamczuk, Burlikowski i Rafałowicz to też panowie po pięćdziesiątce, doświadczeni. Być może spędzili w polskiej piłce tyle lat właśnie po to, by przygotować się do dźwignięcia gigantycznego projektu proponowanego przez Dobrzyckiego. Ta zima właśnie przesunęła odpowiedzialność w ich stronę.
Rolą dyrektorskiego życia Adamczuka wydawała się Pogoń, jego klub, w którym po skończeniu kariery tworzył akademię, a później jako dyrektor poprowadził do ekstraklasowej czołówki. Zabrakło tego najważniejszego, czyli trofeum. I kiedy wydawało się, że wszystko, co najlepsze dla Adamczuka wydarzyło się w Pogoni, odezwał się Dobrzycki. Zaprosił na inny plan, z innym reżyserem. No i do filmu wysokobudżetowego.