Pod koniec grudnia i na początku stycznia cena rosyjskiej ropy naftowej spadła do najniższego poziomu od wielu lat — ostatni raz surowiec był tak tani w pandemicznym 2020 r. Gwałtowny spadek zaczął się tuż po tym, jak w październiku Stany Zjednoczone nałożyły sankcje na Rosnieft i Łukoil.

Jeśli w listopadzie za baryłkę ropy Urals załadowaną na tankowiec w porcie bałtyckim lub czarnomorskim handlowcy płacili średnio 45 dol. (163,5 zł), to w grudniu już tylko 40 dol. (145 zł). Pod koniec grudnia i na początku stycznia cena spadła do 34–36 dol. (123,5-130,8 zł) za baryłkę. W połowie stycznia wzrosła wprawdzie do 40–43 dol. (145-156 zł), ale to nadal bardzo mało dla budżetu. Będzie za to miało poważny wpływ na gospodarkę i codzienne życie wszystkich Rosjan.

Rosyjska ropa straciła na wartości nie tylko dlatego, że stała się toksyczna dla nabywców z powodu nowych sankcji (przypomnijmy, że dokładnie rok temu Stany Zjednoczone umieściły na SDN — Specially Designated Nationals, głównej liście sankcyjnej prowadzonej przez Biuro ds. Kontroli Aktywów Zagranicznych Departamentu Skarbu USA — dwóch innych największych eksporterów: Gazprom Nieft i Surgutnieftiegaz). Stało się tak również dlatego, że jej zakup i transport stały się niebezpieczne — w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Siły Zbrojne Ukrainy coraz częściej atakują porty i tankowce na Morzu Czarnym. Ostatni raz 13 stycznia zaatakowały jednostki w pobliżu Noworosyjska, które miały załadować surowce nie z Rosji, ale z Kazachstanu.

Walka naftowych koncernów

Chociaż ataki na infrastrukturę naftową, a także niestabilność w regionach wydobywczych (obecnie widać ją w Iranie i Wenezueli) zwykle prowadzą do wzrostu cen, ataki na Morzu Czarnym obniżają wartość ropy Urals.

Należy jeszcze dodać, że z 35–45 dol. (127-163 zł), które producenci ropy otrzymują za załadunek surowca na tankowiec, muszą zapłacić podatek od wydobycia kopalin. W 2025 r. jego pełna stawka wynosiła średnio 37 dol. (134 zł) za baryłkę — ale tyle płaci tylko około jedna czwarta wszystkich rosyjskich producentów ropy. Pozostali przekazują do budżetu 60 proc. tej stawki lub mniej, a niektórzy w ogóle korzystają z zerowego podateku od wydobycia kopalin. Wszystko zależy od złożoności złóż.

Dla tych, którzy płacą podatek od wydobycia surowców bez ulg, wydobycie ropy naftowej po obecnych cenach jest nieopłacalne. Oprócz podatków koncerny naftowe muszą jeszcze zapłacić Transnieftowi za transport surowca do portu (około 5 dol., 18 zł). Muszą też zwrócić im się koszty wydobycia (średni koszt produkcji jednej baryłki wynosi około 10 dol., 36 zł).

To sprawia, że zarabiają tylko ci producenci surowców, którzy korzystają z preferencyjnego systemu opodatkowania wydobycia kopalin. Można zatem założyć, że w 2026 r. koncerny naftowe rozpoczną nową walkę z rządem w ramach niekończącej się batalii o ulgi podatkowe.

Biorąc jednak pod uwagę fakt, że w Rosji zaczyna się recesja, nie będą jedynymi, którzy będą prosić ministerstwo finansów o preferencyjne traktowanie.

Nadciągający deficyt

To nie ma jednak możliwości przyznawania ulg — ustawa budżetowa nakłada nań obowiązek zebrania w 2026 r. 8,9 bln rubli (32,3 bln zł) dochodów z ropy i gazu. Aby to osiągnąć, cena ropy Urals musiałaby wynosić 59 dol. (214 zł) za baryłkę — taką jej wysokość rosyjski rząd uwzględnił w budżecie. Na razie jednak wydaje się to nierealnym marzeniem.

Owszem, ze względu na zawirowania w Iranie i obawy dotyczące potencjalnego ataku USA na ten kraj do połowy stycznia cena ropy Brent wzrosła do 66 dol. (239,7 zł). Niemniej jednak globalna prognoza ceny jest znacznie niższa. 34 ekonomistów szacuje, że uplasuje się ona na poziomie 61 dol. (221,6 zł). Amerykańska Agencja Informacji Energetycznej ma jednak bardziej ponurą diagnozę — zgodnie z nią cena ropy w 2026 r. wyniesie 56 dol. (203 zł), a w 2027 r. spadnie jeszcze o dwa dolary (do 54 dol., 196 zł).

Przy takich notowaniach i utrzymujących się działaniach wojennych na Morzu Czarnym nie ma żadnych podstaw, by liczyć na zmniejszenie różnicy w cenie między ropą rosyjską a ropą Brent, która to różnica obecnie wynosi 20–25 dol. (72,7-90,8 zł) za baryłkę. Oznacza to, że w najlepszym przypadku surowiec z Rosji będzie kosztował te same 45 dol. (163 zł), a w najgorszym — jeszcze mniej.

Dlatego rosyjskie ministerstwo finansów powinno już zacząć przygotowywać się na deficyt w wysokości 1,5 do 3 bln rubli (od 70,2 do 140 mld zł), w zależności od ceny ropy i kursu walutowego. Straty będą nieznaczne, gdy rubel straci na wartości, a dolar osiągnie poziom 92,2 rubla (4,3 zł), jak zakładano w tym samym budżecie. Wówczas skarb państwa straci około 1,5–2 bln rubli (od 70,2 do 90,4 mld zł). Jeśli jednak rubel pozostanie tak silny jak obecnie — około 80 rubli (3,7 zł) za dolara lub więcej — budżet straci już 3 bln rubli (140 mld zł), czyli 34 proc. planowanych dochodów z ropy i gazu — obliczył dla Nowej Gaziety ekonomista zagranicznego banku.

Trzy opcje — i wszystkie złe

Oczywiście nie oznacza to, że z tego powodu Kreml zakończy wojnę w Ukrainie. Z powodu brakujących w budżecie kilku bilionów rubli władze nie zrezygnują też z ogromnych wydatków na obronę sięgających obecnie 12 bln rubli (561 mld zł) — co stanowi 27 proc. wydatków skarbu państwa. Jeśli trzeba będzie ciąć wydatki, będą one cięte — ale te niewojskowe. Niemniej jednak ministerstwo finansów będzie musiało szukać sposobów na załatanie dziury. A problem polega na tym, że w 2026 r., „z powodu złych priorytetów politycznych”, nie ma już do tego dobrych narzędzi — powiedział anonimowo ekonomista w wywiadzie dla Nowej Gaziety.

Właściwie istnieją tylko trzy opcje: pożyczyć, wziąć z Funduszu Narodowego Dobrobytu Federacji Rosyjskiej i podnieść podatki. Wszystkie trzy są złe dla budżetu i gospodarki. Rosja może zaciągać pożyczki krajowe, ale to tylko pogorszy problem. Sprawi, że pytanie „skąd wziąć pieniądze?” w kolejnych latach stanie się jeszcze bardziej palące. W przyszłości za nowe pożyczki budżetowe trzeba będzie zapłacić więcej niż za stare — zwiększenie programu pożyczek w drugiej połowie 2025 r. już doprowadziło do wzrostu oprocentowania obligacji federalnych.

Dlatego, jak powiedział Nowej Gaziecie szef centrum badań ekonomicznych z Rosji, pozostają podwyżki podatków i środki Funduszu Dobrobytu Narodowego. W porównaniu z potrzebami budżetu w funduszu pozostały jednak grosze — nieco ponad 4 bln rubli (18,7 mld zł) środków płynnych.

Pozostają więc podatki. Ankietowani przez Nową Gazietę ekonomiści twierdzą, że władze mogą pójść dwiema drogami. Mogą nadal pobierać podatki od obywateli, zwiększając podatek od konsumpcji — VAT. Podwyższenie jego stawki od 1 stycznia 2026 r. do 22 proc. z poprzednich 20 proc. pozwoliło już uzyskać 1,2 bln rubli (5,6 mld zł), a dzięki reformie podatkowej władze zgromadziły łącznie 1,7 bln (7,9 mld zł).

Kreml może też podwyższyć stawki progresywnej skali podatku dochodowego od osób fizycznych, dzięki czemu od zeszłego roku skarb państwa otrzymuje dodatkowe 600 mld rubli (28 mldzł) rocznie. Po co więc się zatrzymywać, biorąc pod uwagę fakt, że podatki od gospodarstw domowych w Rosji są tradycyjnie niskie ze względów politycznych?

Jeszcze większa presja

Problem polega na tym, że już ten wzrost podatku VAT spowoduje wzrost inflacji o 1 do 2 pkt proc. Do tego takie środki hamują gospodarkę, która i tak balansuje już na krawędzi recesji. To błędne koło: brak wzrostu gospodarczego oznacza brak planowanych dochodów budżetowych.

Całkiem możliwe, że nastąpi wzrost obciążeń podatkowych dla sektora naftowo-gazowego — powiedział Nowej Gaziecie ekonomista zagranicznego banku. — Przewiduje się, że stawka podatku od ropy naftowej i gazu (1,64 mld dol., 5,9 mld zł za baryłkę) w 2026 r. będzie niższa niż w 2025 r. (1,73 mld dol., 6,3 mld zł) i niższa niż historycznie wysoki poziom 2,2 mld dol. (8 mld zł) z 2022 r. — obliczył.

Problem z tym podejściem polega jednak na tym, że pozyskiwanie pieniędzy z ropy naftowej i gazu będzie możliwe tylko wtedy, gdy pozbawi się firmy szeregu ulg podatkowych. A obecnie dotyczą one około 75 proc. produkcji ropy naftowej, na przykład największego rosyjskiego producenta skroplonego gazu ziemnego Jamał LNG.

Sami dostawcy surowców będą najpewniej naciskać na obniżenie obciążeń podatkowych, tłumacząc to trudną sytuacją spowodowaną niskimi cenami ropy. Biorąc pod uwagę fakt, że sektor naftowo-gazowy jest kontrolowany przez bliskich Putinowi Igora Sieczina, Aleksieja Millera, Giennadija Timczenkę i Leonida Michalsona, niezwykle trudno przewidzieć wynik ich batalii lobbingowej z ministrem finansów Antonem Siłuanowem.