JAKUB WOJCZYŃSKI: Po mistrzostwach Polski na początku sezonu powiedział pan, że nie ma złego momentu na szybkie jeżdżenie. Dlatego teraz chyba nawet nie ma sensu pytać teraz po mistrzostwach Europy, czy tak doskonała forma zawodników nie powinna pojawić się dopiero za miesiąc na igrzyskach olimpijskich.

ARTUR WAŚ: No właśnie, ja nie wiem, skąd się wzięło to myślenie, że ktoś jeździ za szybko. Trzeba cieszyć się z każdego przejazdu. Szybki przejazd świadczy o dobrej formie, o dobrze wykonanej pracy i zadaniach. Zawodnicy się właśnie na tym koncentrują. Nie napinają się i nie myślą, że coś muszą, ale po prostu chcą przejechać dobry bieg. A jeśli przejadą dobry bieg, to pojawia się też szybki, dobry czas. Z tego trzeba się cieszyć, a nie analizować, czy to przypadkiem nie jest „za szybko” za wcześnie.

Czy tak dobre wyniki na mistrzostwach Europy były dla pana mimo wszystko zaskoczeniem?

Zaskoczyły mnie, bo szczerze mówiąc nie nastawiałem się na konkretne miejsca czy czasy. Priorytetem było, żeby zawodnicy po przerwie świątecznej pojechali dobre biegi i wrócili do rytmu ścigania. To był powrót do ścigania po przerwie i trudny moment. Biegi Damiana Żurka, Marka Kani czy Kai Ziomek-Nogal były na bardzo wysokim poziomie. Szybko udało im się wrócić do formy. Fajnie, teraz można z tym pracować. Nie trzeba się zastanawiać, co zrobić, by było lepiej, ale skoncentrować się na tym, by dopracowywać szczegóły i zachować rytm treningowy.

Żurek wysłał rywalom sygnał? Mistrz świata Jenning De Boo i inni spojrzą na jego wyniki i uznają, że jest mocny?

Nie wiem, co dokładnie pomyślą sobie rywale, ale na pewno Damian wysłał sygnał, że jest w bardzo dobrej dyspozycji. My jednak nie żyjemy tym, co pomyślą inni — interesuje nas powtarzalność i kolejne kroki w przygotowaniach. Każdy wybiera swój cykl przygotowań, a my wykorzystaliśmy szansę, żeby się sprawdzić w zawodach i wrócić do rytmu ścigania.

Grupa dobrych zawodników — głównie Holendrów — jednak nie przyjechała. A czy u was ktoś w ogóle rozważał odpuszczenie tych zawodów w Tomaszowie i pójście innym cyklem przygotowań?

Z naszej reprezentacji nikt o tym nie myślał. Po przerwie potrzebne były nam biegi i zawody. Ja zrobiłem im dodatkowo w poprzednim tygodniu mocny test. Zawodnicy jechali dwa biegi jednego dnia, żeby wrócić do rytmu ścigania. Na treningu można sobie robić różne rzeczy, ale zawody to są zawody i one działają najmocniej. I pod względem fizycznym, i pod względem mentalnym. Bardzo się cieszę, że zawodnicy weszli po przerwie bardzo solidnie.

Od innych łyżwiarzy można usłyszeć, że Żurek najlepiej na świecie pokonuje łuki. Nawet lepiej niż Jordan Stolz. Zgadza się pan z tym?

Myślę, że jest naprawdę bardzo dobry i ma swój własny styl. Jordan jest fenomenalny w tych wirażach, ale to, co Damian pokazuje w obecnym sezonie, sprawia, że jest w ścisłej światowej czołówce w tym elemencie.

Czy jesteśmy w stanie wskazać dystans, na którym ma Żurek większe szanse na medal olimpijski — 500 czy 1000 m? Albo na którym jest mocniejszy?

W ogóle o tym nie myślę. Powiem inaczej: bardzo cieszę się z tego, że na obu dystansach jeździ w tym sezonie bardzo dobrze. Nie dzielimy tego teraz na „medale” i dystanse. Budujemy formę i powtarzalność na obu, a akcenty będą wynikały z kolejnych startów i treningu.

Najbliższe tygodnie przed igrzyskami to bardziej praca nad głową czy jednak można jeszcze dużo poprawić technicznie?

Ja osobiście nad ich głowami nie trzymam pieczy. Zawodnicy sami pracują ze swoimi trenerami mentalnymi i psychologami. Ja natomiast skupiam się na tym, by wszystko szło w dobrą stronę technicznie i pod względem programu treningowego. Chodzi o to, żeby zachować balans, nie przeholować, ale także, by nie było za lekko. I pod tym względem czuję się pewnie. Moim zadaniem jest też dbać o środowisko pracy: spokój, rutyny i jasny plan, żeby presja nie wchodziła tam, gdzie nie trzeba.

Jest pan znany z dużej dbałości o szczegóły. Zawodnicy nie mówią czasem, że jakaś uwaga to już za duże czepialstwo?

Nie. Myślę, że oni właśnie to we mnie cenią. Są otwarci na te szczegóły i wiedzą, że na tym etapie właśnie w szczegółach tkwi różnica. Przyjmują to i starają się nad tym pracować. Mają doświadczenie i widzą, że praca nad detalami przynosi efekty. Dlatego nie reagują na te uwagi negatywnie.

Możliwość wysłuchania Mazurka Dąbrowskiego na podium mistrzostw Europy może podziałać na nich dodatkowo mobilizująco przed igrzyskami? To musi być bardzo przyjemne, wyjątkowe uczucie.

Tak. Zawodnicy się cieszyli, byli zadowoleni ze swoich występów. Pełne trybuny polskich kibiców, hymn na świetnie przygotowanym podium — to są bardzo pozytywne rzeczy, które zawodnik koduje. Powodują, że w kolejny tydzień wchodzi z podniesioną głową. Teraz trzeba zapamiętać ten dzień i płynąć na fali koncentrując się na tym, co najważniejsze przed nami.

W materiale TVP Sport wyemitowanym w święta Bożego Narodzenia powiedział pan, że marzeniem byłby dublet pana zawodników na podium zawodów mistrzowskich. Szybko to się wydarzyło — Żurek wygrał przed Markiem Kanią na 500 m.

Dublet — pierwsze i drugie miejsce — to coś absolutnie wyjątkowego. Patrząc na to, gdzie byliśmy kilka lat temu, to są to wręcz historyczne zawody. Wiadomo, że nie przyjechali holenderscy olimpijczycy, którzy mieli ciężki koniec poprzedniego roku, ale powiedzmy sobie szczerze: biegi Damiana czy Kai były na poziomie, który w wielu startach międzynarodowych daje medal. Dla nas najważniejsze jest to, że dostaliśmy mocny sygnał, że idziemy w dobrą stronę.