Mułłowie chwieją się w posadach, ale wciąż trzymają władzę. Ich brutalna polityka wobec własnego narodu po raz kolejny zdaje się przynosić efekt. Protesty z ostatnich dwóch tygodni w dużej mierze ucichły — po tym, jak reżimowe bojówki zamordowały ponad 2500 osób, a tysiące zatrzymanych obawia się, że może zostać skazanych na śmierć i straconych.

Współodpowiedzialny za ten stan rzeczy jest Władimir Putin.

BILD wyjaśnia, jakimi metodami Rosja podtrzymuje przy życiu irański reżim.

Po Syrii i Wenezueli obalenie władzy w Iranie byłoby dla Kremla prawdziwą katastrofą. Jeśli z mapy sojuszy Rosji wypadnie kolejny kluczowy partner na Bliskim Wschodzie, Moskwa straci w regionie jeszcze więcej wpływów. Dlatego Putin ma oczywisty interes w tym, by protesty wygasły — a mułłowie pozostali u steru.

Co prawda szef Kremla nie udzielił Iranowi bezpośredniej pomocy militarnej (np. nie wysłał własnych oddziałów) — ale w praktyce wcale nie musiał. Przez ponad dwie dekady konsekwentnie pomagał mułłom zbroić się przeciwko własnemu społeczeństwu.

„Stalowe bestie” Z Rosji

Jak donosi Foreign Policy, mułłowie celowo przerobili radzieckie transportery opancerzone BTR-50 i BTR-60 tak, by nadawały się do tłumienia protestów. Wyposażono je w cięższe uzbrojenie, a na pojazdach montowano rosyjskie karabiny maszynowe PKM. Broń tego typu była już wykorzystywana podczas — jak dotąd — najkrwawszych zamieszek w 2019 r. (szacunki mówią o ok. 350 do nawet 1500 ofiar).

Co więcej, w listopadzie ubiegłego roku Iran otrzymał 40 pojazdów opancerzonych Spartak, nazywanych też „stalowymi bestiami”. Oficjalnie przekazano je irańskiej straży granicznej, jednak według Foreign Policy od samego początku zakładano, że będą wykorzystywane przede wszystkim do działań wewnątrz kraju — przeciwko obywatelom.

Dostawa ta miała być efektem „wycieczki zakupowej” irańskich delegatów do rosyjskich firm zbrojeniowych w marcu 2023 r. — sześć miesięcy po wybuchu protestów wywołanych śmiercią Jiny Mahsy Amini. [22-letnia Kurdyjka została zatrzymana przez tzw. policję moralności za rzekomo „nieprawidłowe” noszenie hidżabu, a wkrótce potem zmarła w areszcie — według rodziny i świadków na skutek pobicia]. Wówczas na celowniku kupujących znalazły się m.in. paralizatory, granaty hukowo-błyskowe oraz inne „nieśmiercionośne” systemy zaprojektowane po to, by obezwładniać demonstrantów.

Cyfrowy kaganiec dla protestów

Rosyjscy dostawcy telekomunikacyjni (np. Protei) mieli pomagać irańskim operatorom komórkowym w budowie systemów, które potrafią znacznie więcej niż tylko podsłuchiwanie rozmów.

Przy ich wsparciu reżim rozwijał nawet systemy zarządzania ruchem, które na bieżąco analizują sytuację w mieście i pozwalają wcześnie wykrywać tworzące się struktury protestu.

Protest w stolicy Iranu Teheranie (zdj. poglądowe)

Protest w stolicy Iranu Teheranie (zdj. poglądowe)Anonymous / Getty Images

Teheran dysponuje gęstą siecią kamer monitoringu — i nie chodzi wyłącznie o „bezpieczeństwo”. Kamery służą też do późniejszego rozpoznawania demonstrantów, identyfikowania ich twarzy i aresztowań już po zakończeniu protestów.

Szczególnie dotkliwe okazało się to, że od 8 stycznia 2026 r. mułłowie doprowadzili do ogólnokrajowej blokady internetu — podczas gdy instytucje rządowe nadal pozostawały online (aktywny był nawet profil Chameneiego na platformie X).

Z rosyjską pomocą Iran przez lata budował cyfrową infrastrukturę kontroli (tzw. internet governance), która pozwala selektywnie blokować komunikatory, strony internetowe oraz połączenia VPN.

Innymi słowy: reżim może precyzyjnie odcinać obywateli od narzędzi służących do organizowania protestów i przekazywania informacji światu.

Rosja ma w cenzurze internetu ogromne doświadczenie. Wiele zachodnich komunikatorów — takich jak Snapchat czy FaceTime — jest już tam zablokowanych, a według doniesień w tym roku może dołączyć do nich również WhatsApp. Skutek jest prosty: koordynowanie protestów staje się coraz trudniejsze, a treści, które mogłyby zmobilizować kolejnych ludzi, przestają się rozchodzić w mediach społecznościowych.

Dyplomacja terroru

Rosja pociąga za sznurki także na arenie dyplomatycznej — i w praktyce staje murem za mułłami, osłaniając ich przed presją świata. Kreml nie musi wysyłać żołnierzy ani sprzętu, by realnie wpływać na sytuację w Iranie: wystarczy, że konsekwentnie wykorzystuje swoje wpływy i uprawnienia w instytucjach międzynarodowych.

Jako stały członek Rady Bezpieczeństwa ONZ Moskwa ma do dyspozycji broń o ogromnej sile rażenia — prawo weta. Dzięki niemu może zatrzymywać inicjatywy nakładające nowe sankcje na Iran, blokować międzynarodowe potępienia lub przynajmniej rozmywać ich treść tak, by straciły zęby i stały się jedynie symbolicznym gestem.

Równolegle Kreml prowadzi klasyczną grę narracyjną: protesty w Iranie przedstawia jako „wewnętrzną sprawę suwerennego państwa”, w którą nikt z zewnątrz nie ma prawa się wtrącać.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Zachodnie wezwania do ochrony praw człowieka i krytykę brutalnych pacyfikacji Moskwa zbywa oskarżeniami o „zewnętrzną ingerencję”, sugerując, że demonstracje są inspirowane lub wręcz sterowane przez obce państwa. W ten sposób Rosja nie tylko osłania Iran politycznie, ale też dostarcza mu gotowego usprawiedliwienia do dalszych represji: skoro protestujący to „narzędzia Zachodu”, reżim może przedstawiać siłowe rozprawienie się z nimi jako obronę państwa przed rzekomym spiskiem i destabilizacją.

Co z tego wynika?

W praktyce wsparcie Putina jest dla Teheranu jak tlen — jak dotąd okazuje się wręcz niezbędne dla przetrwania reżimu.

Jednak nawet Kreml nie jest w stanie w pojedynkę uratować irańskiej gospodarki ani odbudować społecznego poparcia dla mułłów. Presja na reżim nie znika. Irańska władza wciąż stoi pod ścianą.