[REKLAMA]
W ciemnej i zimnej, przypominającej jaskinię klatce schodowej gdzieś z góry rozlega się kobiecy głos.
— Proszę wchodzić, kiedyś było tu ładne mieszkanie.
— A do którego dnia było ładne? — dopytuje dziennikarz NV właścicielkę mieszkania, Ołenę, gdy wchodzi do niej na trzecie piętro.
— Do nocy 13 stycznia — odpowiada.
Idealna data, by uznać ją za czarny dzień w kijowskim kalendarzu. I nieważne, że to nie był piątek. Dzień wcześniej ukraińską stolicę zaatakowały jednocześnie mrozy i „odmrożeńcy”. Mrozy spadły do minus 17 st. C, a „odmrożeńcy” wznieśli się do zmasowanych ataków dronów i rakiet.
- Jaka jest sytuacja w Kijowie po ostrzale?
- Jakie są skutki przerwy w ogrzewaniu?
- Jak mieszkańcy Kijowa radzą sobie w tej sytuacji?
- Co to są Punkty Niezłomności?
Efekt był bliski katastrofy humanitarnej. Według danych Kijowskiej Miejskiej Administracji Państwowej tuż po ostrzale około 800 budynków zostało bez ogrzewania, a harmonogram wyłączeń prądu całkowicie się posypał. Prąd „mruga” raz na dobę, a miejscami nie pojawia się wcale. Nie ma więc ani światła, ani ciepła, ani gorącej wody — i wszystko to w środku styczniowych mrozów.
Rury instalacji grzewczej zaczęły pękać, zanim Kijowska Miejska Administracja Państwowa zdążyła doradzić mieszkańcom, by jak najszybciej spuścili wodę z kaloryferów. Od ponad tygodnia Kijów żyje w warunkach, jakich nie doświadczył nigdy wcześniej. Zamarznięte mieszkania, ciemne piętra i całe kwartały; na podwórkach służby ratownicze rozstawiły tysiące namiotów — Punktów Niezłomności. Są ogrzewane generatorami dieslowskimi. W środku można naładować telefon, napić się herbaty. Ale w ostatnich dniach zainteresowanie takim państwowym wsparciem nie jest duże, a miejscami jest wręcz bliskie „zeru”.
Reporter NV objechał oba brzegi ukraińskiej stolicy, rozmawiał z kijowianami w ich domach i na ulicach, a także obserwował pracę wolontariuszy, którzy ratują budynki mieszkalne i obiekty infrastruktury krytycznej przed zamarzaniem. Niektórzy z ochotników żartują, że to chyba najlepszy sposób, żeby się rozgrzać. Dziwią się, że tak niewielu kijowian dołącza do tej „humanitarnej fizjoterapii”.
Partner Sestry
Słoneczna Kateryna Raputa. I świeci, i grzeje. Zdjęcie wykonano w kijowskiej szkole, do której przyjechała pomagać przy ocieplaniu klas i korytarzy. / Fot. NV/Ołeksandr Paschover
— Zawsze wszędzie powtarzam — mówi Kateryna Raputa, koordynatorka usuwania skutków wrogich ostrzałów w Kijowskiej Administracji Wojskowej (działająca społecznie). — Siedzicie w domu, nie macie światła ani ogrzewania, no to wyjdźcie choć na dwie godziny i pomóżcie tym, którzy ucierpieli.
Ten głos wołającego na białej pustyni usłyszeli nie tylko niektórzy kijowianie, lecz także wolontariusze ze Szwajcarii, Rumunii i innych — bliższych i dalszych — światów.
Po nas choćby potop
Pani Ołena z domu w centrum miasta, przy ulicy Szoty Rustawelego, przypomina Łesię Ukrainkę, która pisała o sobie: „Byłam zbyt dumna, by płakać — więc się śmiałam”. O nocnym pęknięciu rury w siarczysty mróz, w nocy z 13 stycznia, kiedy wodospad przebił sufity „carskiej” pięciopiętrowej kamienicy, opowiada z uśmiechem. Choć oczywiście tamtej nocy — ani dziś — nikomu do śmiechu nie było.
To relacja Ołeny z pierwszej ręki i do tego wciąż z uśmiechem — o ponurej nocy i bohaterskich sąsiadach.— Otworzyłam drzwi, a tu dziki krzyk — wspomina noc z poniedziałku na wtorek. — Sąsiadka z góry wrzeszczy: „Ołeno, zalewa nas!”. Na piątym piętrze pękła rura. Patrzę, a ludzie na klatce wynoszą rzeczy, żeby cokolwiek uratować. Zaraz pokażę pani zdjęcie.
Na tych „zdjęciach” — kilkanaście wariantów „nie-niagarowych” wodospadów, „islandzkich” gejzerów i tropikalnych ulew w pojedynczych kijowskich mieszkaniach.
Małżeństwo Natalia i Pawło, oboje po osiemdziesiątce, przespało pierwsze minuty tego wielkiego potopu. Choć to właśnie w ich kuchni wszystko się zaczęło. Woda z poddasza zawaliła im sufit, a potem ruszyła dalej, niszcząc mieszkania wszystkich, którzy mieszkają niżej. A ponieważ w tamtym momencie budynek już od czterech dób był bez ogrzewania i prądu, temperatura w domu spadła do +9 st. C i nie zamierzała rosnąć.
Ci, którzy po potopie zostali w swoich mieszkaniach (wiele osób, zwłaszcza z dziećmi, wyjechało), teraz czekają na wizytę komisji, która ma udokumentować skalę katastrofy. W mieszkaniach jest zimno. Wilgotność wysoka. Naprawdę ciężko się oddycha. Wietrzenie niewiele daje — na dworze „nie maj”. Nastrój u wszystkich jest jak u Łesi: „żeby nie płakać, śmiałam się”.
— Jakie macie teraz plany? — pytam kobietę o imieniu Luba.
— Myślę, że w tym mieszkaniu nie da się już mieszkać — odpowiada Luba. — Czuć zapach gliny. Zaraz wszystko tu zacznie pleśnieć. Parapety już zaczęły przemarzać.
Mieszkanie Luby naprawdę wygląda jak idealna scenografia do remake’a „Titanica” — dokładnie tej sceny, gdy woda dopiero wlewa się do kajut trzeciej klasy. Wszystko: żyrandole, książki, dziecięce zabawki, kanapy, materace, dywany, stoły — porozrzucane jest po pokojach. Kiedyś było tu przytulnie, teraz jest upiornie.
Partner Sestry
Kijowscy emeryci Natalia i Pawło w swojej kuchni, gdzie w wyniku pęknięcia instalacji grzewczej zawalił się sufit. / Fot. NV/Ołeksandr Paschover
Ołena obawia się też, że prawdziwie katastrofalne skutki pęknięcia rury i przedłużających się mrozów mogą dotknąć samego budynku — zbudowanego w 1910 r.— Mamy drewniane stropy — tłumaczy. — Boję się, że to się źle skończy. My po prostu możemy się zawalić.
Z dobrych wiadomości — a ci „rodowici” kijowianie potrafią wypatrywać ich nawet w skrajnych okolicznościach — po potopie wreszcie powstał ich domowy czat.— Ludzie, w większości starsi, opanowali teraz te wysokie technologie — uśmiecha się Ołena.
— I jakie odkrycia zrobiła pani na temat sąsiadów? — dopytuje NV.
— Zrozumiałam, że wszyscy mi się podobają.
— To odkrycie?
— Tak. Mieszkamy tu od wielu lat. Znam wszystkich z twarzy. Ale jak kto ma na imię — już nie. A teraz wszyscy się poznaliśmy.
Wszyscy są na krawędzi
Natalia Brytań, przewodnicząca wspólnoty mieszkaniowej o wiosennej nazwie Berezil — takiej samej jak legendarny teatr Łesia Kurbasa — spotyka reportera NV na dziedzińcu swojego domu. A właściwie… nie tyle spotyka, ile reporter zauważa energiczną kobietę, która wydaje polecenia dwóm mężczyznom przyjezdnym naprawiać kanalizację. Bo gdzie „cienko”, tam zawsze coś pęka. Na przykład cierpliwość. Wygląda na to, że u Natalii trzyma się dłużej niż u innych. Ale i to może nie potrwać wiecznie.
Nie dość, że cała sypialniana dzielnica Kijowa — Berezniaky — marznie, bo Rosjanie doszczętnie zniszczyli elektrociepłownię, która ogrzewała setki tysięcy mieszkańców, to jeszcze w najgorszym możliwym momencie zatkały się rury kanalizacyjne.
Partner Sestry
Natalia Brytań, przewodnicząca wspólnoty mieszkaniowej (OSBB), wezwała ekipę remontową, by pomogła udrożnić na wpół „martwą” kanalizację. / Fot. NV/Ołeksandr Paschover
Natalia tłumaczy dziennikarzowi NV ten „antyfenomen” tak: bez gorącej wody cały tłuszcz w rurach zamienił się w jeden twardy, kamienny czop. A jeśli dodać, że do kanalizacji trafiają też różne domowe śmieci, powstały idealne warunki do komunalnej katastrofy.
Zamarzanie samego budynku schodzi tu jakby na drugi plan. Nie tyle się do tego przyzwyczaili, ile pogodzili. Najbardziej boją się czegoś innego: że w te bezlitosne mrozy nie wytrzymają rury instalacji grzewczej. A spuścić wody — technicznie się nie da.
Natalia Brytań tłumaczy, dlaczego to niemożliwe. Ale żeby wiernie powtórzyć wszystkie podane przez nią taktyczno-techniczne parametry przestarzałego systemu ogrzewania, potrzeba by czasu, sił i dwóch grubych zeszytów. Więc po prostu wierzę Natalii na słowo, że w obecnych warunkach nic się nie da zrobić. Przynajmniej nie leży to w jej mocy.
Schodzimy z Natalią do piwnicy jej zamarzającego dziewięciopiętrowca. Pokazuje mi, co stanie się, jeśli napłynie tu woda.— Będzie mokry piasek. A jeśli będzie minus, to wszystko zacznie zamarzać. Jest ryzyko, że uszkodzi nam fundament.
Budynek z naruszonym fundamentem to ciężka awaryjność. Bardzo ciężka. Katastrofalna.
Mimo to Natalia i jej sąsiadka Ołena Kowalenko nie siedzą z założonymi rękami. Choćby dlatego, że to nieproduktywne — i przede wszystkim zimne.— Jeśli chce pan, zorganizuję panu wywiad zbiorowy — proponuje Ołena Kowalenko. — Oni już są gotowi gryźć wszystkich zębami. Żeby nie trafić pod te zęby, uprzejmie odmawiam.
Zamiast tego pytam kobiety, jak ludzie się zorganizowali, żeby wspólnie przetrwać ten kryzys. Przez półtorej minutki nerwowo chichoczą nad naiwnością dziennikarza, a potem mówią, że dobrze byłoby, gdyby solidarności było więcej, a hejtu mniej. Na razie jest odwrotnie. A potem, kiedy wreszcie trochę się uspokajają, przyznają, że pojedyncze akty ludzkiej życzliwości przestają być pojedyncze. Tyle że to wciąż za mało.
Z Ołeną idziemy do najbliższego Punktu Niezłomności. Na nasze nieszczęście rozlega się kolejny alarm lotniczy i wszystkich proszą o opuszczenie namiotu. Tylko co znaczy „wszystkich”? Dwie osoby. Bo w dzień namioty najczęściej stoją puste. Żeby to zweryfikować — albo się z tym rozprawić — NV jedzie tam, gdzie takich namiotów jest chyba najwięcej: na Trojeszczynę. Dzielnica, której populacja „równa się jednej Islandii”, najwyraźniej tego wymaga.
Punkty Niezłomności na kółkach
Kijowska marszrutka na trasie Berezniaky–Trojeszczyna sama w sobie jest niezłym Punktem Niezłomności. Ludzie w milczeniu, posłusznie podają z rąk do rąk monety za przejazd. Kierowca rzuca przekleństwa, gdy „tylny pomost” zwleka z przekazaniem opłaty. Nikt mu nie odpowiada. Cisza. Pojazd w lodowym korku sunie z prędkością karawanu — a mimo to nastrój w marszrutce jest dużo lepszy.
Na jednym z okienek wisi tabliczka z instrukcją: Wyjście awaryjne. W razie wypadku rozbić szybę młotkiem. Po mniej więcej pół godzinie takiej jazdy ma się wrażenie, że chętnych, by rozbić szybę — nawet bez wypadku — przybywa. Na szczęście instrukcja jest, a młotka nie ma. Idealna ilustracja tego, co dzieje się w samym Kijowie: instrukcji pełno, ale narzędzi do ich wdrożenia dramatycznie brakuje.
Na Trojeszczynie bez trudu znajdujemy jeden z setek namiotów Punktów Niezłomności. Przy wejściu wita nas pracownik Państwowej Służby ds. Sytuacji Nadzwyczajnych. Na plecach jego munduru widnieje informacja, że jest psychologiem. Uprzejmie proponuje herbatę. Uprzejmie odmawiam. Bo w mrozie po herbacie natura na pewno upomni się o swoje — i trzeba będzie szukać toalety. A w pobliżu namiotów nie wszędzie ją przewidziano.
Jeszcze bardziej zaskakuje to, że namioty, które odwiedził reporter NV, w większości stoją puste. Być może takie rozwiązania miały sens w pierwszych dniach styczniowej katastrofy. Teraz to po prostu zadaszone pawilony do ładowania telefonu. Co może mieć sens — ale nie jest to już potrzeba aż tak paląca, bo wokół pełno sklepów i kawiarni, gdzie można zrobić to samo w dużo bardziej komfortowych warunkach.
Nie sposób jednak nie docenić chłopaków z DSNS. Już sama ich obecność w ciemnych kwartałach sypialnianych dzielnic działa uspokajająco. Kobieta, która przyszła podładować telefon, zapewnia dziennikarza NV, że gdy tylko w sąsiednich blokach znów zgaśnie światło, ludzie przyjdą. Być może kiedyś tak było. Ale tym razem — nie.
Kijowianie zaczynają uczyć się radzić sobie własnymi złotymi rękami. A że ręce mają złote, a serca diamentowe, reporter NV po raz kolejny przekonał się już następnego dnia — w piątek, 16 stycznia.
Duch wolontariatu
Wspomniana już Kateryna Raputa jest także przewodniczącą wspólnoty mieszkaniowej w budynku w kijowskim rejonie sołomiańskim (prawy brzeg), w którym sama mieszka. W jej mieszkaniu panuje prawdziwa wiosna: +10 st. C, a na duszy — lato. Dlatego uśmiecha się tak szczerze. Dziś, razem z wolontariuszami z fundacji charytatywnej Śmiali Odbudowywać, przyjechała ratować przed zamarzaniem jedną z kijowskich szkół. Wolontariusze zwykle należą do pierwszych, którzy pojawiają się przy zniszczonych domach mieszkalnych, by pomóc ludziom wrócić do w miarę normalnego życia.
Partner Sestry
Federico Cavallieri (na zdjęciu po lewej) i jego przyjaciele (po prawej wolontariusz z Rumunii) odpowiedzieli na prośbę dyrektora szkoły, by zabezpieczyć wybite przez Rosjan okna. / Fot. NV/Ołeksandr Paschover
I teraz też są w pracy. Pytam jednego z nich, czy mogę wejść na drugie piętro, żeby zobaczyć skalę zniszczeń. Odpowiedź dostaję po angielsku. Mój przypadkowy rozmówca jest ze Szwajcarii. Nazywa się Federico Cavallieri.— Przyjeżdżam do Ukrainy od początku wojny, bo uważam, że to bardzo ważny moment w historii. Czuję też dużą bliskość z ukraińskim narodem i z tym, przez co on przechodzi — wyjaśnia Cavallieri.
Od 2023 r., jako wolontariusz, wytwarza w Kijowie wyposażenie dla armii — siatki maskujące, kamizelki — a także przygotowuje posiłki dla żołnierzy. Cavallieri był już na wschodzie i południu Ukrainy, gdzie pomagał w społecznościach przyfrontowych w okolicach Odessy i Charkowa.
— Jakie masz dziś zadanie?
— Pomagam naprawić okna w tym budynku, żeby znów można było z niego korzystać.
Obok Szwajcara pracuje wolontariusz z Rumunii. On również od dawna jest w Ukrainie i ma niemałe doświadczenie w ochronie ludzi przed mrozem i „odmrożeńcami”.
Potrzeba zabezpieczenia okien w tej szkole pojawiła się po tym, jak rosyjskie szahedy zdemolowały sąsiednie budynki, a w samej szkole wyleciały szyby. Okna od razu zaklejono folią. Ale folia nie trzyma ciepła. Dlatego w szkolnym budynku powietrze nagrzewa się zaledwie do +1 st. C — czyli właściwie wcale.
Nie tylko dzieci — dorośli też nie wytrzymają tu dłużej niż godzinę. Dyrektor szkoły skontaktował się więc z Kateryną Raputą i w ciągu jednego dnia wszystko zorganizowano. Materiały — czyli płyty OSB — zapewniło miasto, a dla sąsiedniego budynku: fundacja charytatywna.
W tym tygodniu do takich prac zaangażowano co najmniej cztery fundacje charytatywne, a ok. siedem kolejnych przekazało zasoby — materiały, żywność, chemiczne ogrzewacze i inne potrzebne rzeczy.
Kateryna Raputa mówi, że wolontariusze z całego świata przyjeżdżają, by pomagać kijowianom.— „Śmiali Odbudowywać” świetnie to wykorzystują — opowiada o lokalnym ruchu wolontariackim. — Publikują wszystkie informacje w dwóch językach. Zapraszają zagranicznych wolontariuszy. Pomagają im znaleźć miejsce do mieszkania.
Po chwili Kateryna niespodziewanie mówi rzeczy mało „słodkie”:
— Smutne jest to, że wolontariuszy z samego Kijowa jest bardzo niewielu. Z jakiegoś powodu nasi mieszkańcy niechętnie się angażują. Martwi mnie to. Cudzoziemcy pomagają bardziej niż kijowianie. Jest na przykład społeczność „Kazhany”. To dzieciaki w wieku 17-18 lat — zamiast iść na studia, idą pomagać zabijać okna. To wciąż ci sami ludzie. I oni już od pół roku pracują non stop przy takich budynkach za darmo. A chciałoby się, żeby więcej mieszkańców miasta dołączało.
Na pożegnanie reporter NV obiecuje Katerynie, że jeszcze wrócą do tematu „wskrzeszenia” wolontariackiego ducha wśród kijowian.