20 lat temu został sensacyjnym królem strzelców Ekstraklasy, był mocnym kandydatem do występu na mundialu, do teledysku zaprosiła go ówczesna żona Michała Wiśniewskiego „Mandaryna”. Co prawda na zaproszeniu się skończyło, ale i tak był na językach w całej Polsce. Dziś taka historia jest nie do powtórzenia. Dlaczego?

Dalszy ciąg materiału pod wideo

Otóż prędzej dowiemy się o utalentowanym 10-latku, niż znikąd pojawi się piłkarz 26-letni, który zrobi furorę w każdej lidze, w jakiej zagra, jednocześnie pracując na składzie węgla i w masarni, a w końcu zostanie wytransferowany do Moskwy, byle tylko nie oddać go do Legii. Zresztą z trójki dzieci Grzegorza Piechny to najmłodsze, syn Antoni, ma właśnie 10 lat i gra w akademii Widzewa Łódź. Jeśli dalej będzie grał – i, jako że jest napastnikiem, strzelał – choćby przez nazwisko szybko o nim usłyszymy i powyższy argument sam się obroni.

Teraz ojciec broni syna przed wodą sodową. Jemu samemu nigdy nie uderzyła do głowy. To kolejna historia nie do powtórzenia: w jakim klubie Ekstraklasy zgodziliby się dziś, by piłkarz dorabiał na składzie węgla? Co więcej, dziś, mając przed sobą 50. urodziny, nasz rozmówca dalej pracuje w firmie teściowej, rozwożąc opał. Jakby cała jego kariera była jedynie opowiastką, a nie czymś, co zmienia życie.

Radosław Sendra: Polskę zasypało. Dzień w pracy był przez to cięższy?

Grzegorz Piechna: Tak… O szóstej pobudka, najpierw trzeba było cały plac odśnieżyć, wywieźć śnieg i dopiero wtedy można było węgiel rozwozić. Jak nie było mrozu, śniegu, to opał mniej schodził. Ale jak jest minus 10, jest ciężej. Do Zielonego Ładu jest jeszcze daleka droga.

A pana droga to rozwożenie węgla w firmie teściowej aż do emerytury?

Zobaczymy, czy wytrzymamy z tym węglem aż do emerytury.

Grzegorz Piechna w pracyGrzegorz Piechna w pracy (Foto: Grzegorz Michałowski / newspix.pl)

Jeżeli nie, gdzie spotkamy Grzegorza Piechnę?

Dalej jestem w dobrych stosunkach z panem Zdzisławem Wojciechowskim, u którego pracowałem w masarni. Myślę, że jeszcze znalazłoby się tam miejsce dla mnie. Szanuję ludzi, którzy mi pomogli. On mnie przyjął jako młodego człowieka do pracy i ja się odwdzięczyłem.

Żona powiedziała: kiedyś cię wyrzucę

Jak w klubach reagowali na pracę w składzie węgla i masarni obok treningów, meczów, wyjazdów?

W poniedziałek dostawaliśmy wolne po wygranym meczu, to wstawałem i pracowałem na składzie. Żadnej pracy się nie bałem. Nie było ze mną problemów, siłowo nie odstawałem, więc w klubach nic nie mówili.

Rodzina, widząc, jak może wyglądać życie piłkarskiej gwiazdy po karierze, nie wspomina nigdy o tym, że mógłby pan chodzić po studiach telewizyjnych, trenować, kierować zespołem, dalej być przy piłce?

Mnie do tego nie ciągnie. Może jak dorosnę! Teraz wolę pracować, a nie być celebrytą. Nie rajcuje mnie to i nawet nie rozmawiamy w domu na takie tematy. Pojawiają się oferty, odmawiam. Są ludzie stworzeni do TV, są ludzie stworzeni do pracy.

Pana żonie jest dzisiaj lepiej bez takiej popularności? Kamery były nawet pod szpitalem, gdzie rodziła najstarszego syna.

I to zaczęło ją denerwować.

Powiedziała do mnie: kiedyś cię wyrzucę. A jak przyjedziesz po meczu i będą dzwonić dziennikarze, to wyrzucę ci telefon.

Najmłodszy syn gra, a co robią dziś starsze dzieci?

Maks studiuje na Akademii Wojskowej Sztuki Wojennej w Warszawie, Amelia na Akademii Wojsk Lądowych we Wrocławiu. A Antek gra w Widzewie.

Jak zamierza pan go uchronić od sodówy? Dzisiejsza piłka jest nią bardziej obarczona.

Jak będzie normalnym człowiekiem, tak jak jego ojciec, który nie pozwolił sobą manewrować, prowadzać się po salonach, to będzie dobrze.

To w ogóle jest możliwe? Ma 10 lat. Jeśli będzie grać, już niebawem zacznie czytać o sobie w sieci. Choćby przez nazwisko.

Ja nie mówię, że nie może mu odbić, bo wiadomo, jaka jest teraz młodzież. Telefony, internet… Jak będzie piłkarsko dobrze wyglądał, to sobie da radę, ale jak będą go ciągnęli za uszy, będzie niedobrze. Menedżerowie czują pieniądz i kombinują, dużo mieszają i obiecują młodym ludziom. Jak się pojawia jakaś perełka, to ją od razu za granicę. Nie tędy droga, bo najpierw trzeba się ograć, pokazać z dobrej strony. Rok czy półtora w Ekstraklasie i wtedy można dopiero myśleć o wyjeździe.

Przenieśmy się z Łodzi do Kielc. Ostatnio został pan zaproszony przez Koronę na święta Bożego Narodzenia.

Teraz staram się co roku być na tych świętach, naprawdę jest miło. Fajnie, że pamiętają.

Jeszcze całkiem niedawno nie było tak kolorowo. W 2017 r. przed meczem z Legią mówił pan: „jak mogę uważać, że w klubie mnie szanują, skoro nie ma dla mnie miejsca na głównej trybunie? Widać za mało dla Korony zrobiłem. Pewnie tytuł króla strzelców Ekstraklasy zdobyty w jej barwach się nie liczy”.

Już nie jest tak źle. Złapałem się z oldbojami Korony i załatwili karnet. Jak dzwonię, to jeszcze jakieś dwa, trzy bilety mi załatwią.

O Legii za to mówił pan, że szanuje swoje legendy i jest poukładana po europejsku.

Pozmieniało się. Kluby są za bardzo rozpieszczane pieniędzmi, zawodnicy to samo. Za naszych czasów nie było takich kwot.

A tu przychodzi młody zawodnik czy jakiś odpad z zagranicy i dostaje 400 tys. euro na dzień dobry. A my żeśmy wszyscy grali, ku**a, cały sezon za takie pieniądze.

Natomiast Legia dalej jest poukładanym klubem, tylko tam trzeba dobrej kierownicy.

Korona nie puściła pana do Legii. Dzisiaj walczyłby pan o to?

Za takie pieniądze jak teraz? Na pewno.

Dla Pawła Janasa tylko jedno słowo

Skończyło się wyjazdem do Moskwy, ale zdążył pan zagrać w kadrze. Raz.

Z mojej perspektywy to zwycięstwo, każdy marzy o tym, żeby zagrać w reprezentacji Polski. Choć liczyłem na więcej; jako król strzelców Ekstraklasy nie pojechałem na mundial do Niemiec.

Mówił pan w rozmowie z naszym dziennikarzem Darkiem Dobkiem, że z selekcjonerem Pawłem Janasem trzeba było mieć układ. Próbował pan rozmawiać z nim później twarzą w twarz?

Jak wróciłem z Rosji, był kierownikiem do spraw sportowych w Koronie. Pomyślałem: no to pojadę, może bym tam wrócił, wtedy na 100 proc. bym tam zakończył karierę. Ale dyrektor Janas powiedział wtedy „nie”.

Kolejna zadra.

Tak.

Co by pan mu dziś powiedział?

Tylko że mam żal.

Ma pan kontakt z kadrowiczami po tym jedynym spotkaniu w reprezentacji z Estonią? Przy pana golu dośrodkowywał Irek Jeleń. Strzelali w tym meczu Sebastian Mila, Mariusz Lewandowski. Mila wziął pana na ręce. Od razu dopadli też Przemek Kaźmierczak, Marcin Adamski.

Mam, mam. Życzenia do dziś sobie składamy. Zresztą już wtedy powiedzieli, że mogę wieszać buty na kołku, bo wszystko osiągnąłem.

Zacytuję komentarz przy tej bramce z TVP: „Wyobrażam sobie te tytuły w prasie. Król Kielc”. Ten sam zwrot padł w piosence „Ligi duma, hej!”. Czuje się pan tym królem?

Tak. Trudno znaleźć zawodnika mojego pokroju, który zdobył we wszystkich ligach, w których grał, tytuł króla strzelców. Moje marzenie to była już gra w trzeciej lidze. Fajny wiek, miałem ze 26 lat. Już byłem dumny z siebie. A potem Korona, kadra…

18 września stuknie panu 50. Co jeszcze zostało panu do zrobienia do urodzin?

Być dobrym ojcem. Żeby im szło.

A życzenie na kolejne 50 lat?

Zdrowie, żeby było. Reszta jest.

I na koniec: kto musiałby dzisiaj do pana zadzwonić, żeby pan rzucił węgiel i wrócił do piłki?

Chyba nie ma takiego. Nikt by się nie odważył.