Maciej Trąbski (Przegląd Sportowy Onet): Rozpocznijmy od niedawnego meczu pokazowego „bitwy płci”, o którym było bardzo głośno. Aryna Sabalenka grała przeciwko Nickowi Kyrgiosowi na zmniejszonym korcie. Czy dla pana to promocja tenisa, czy wręcz przeciwnie, skoro przegrała, Australijczyk grał na pół gwizdka, i nie grano na równych zasadach?
Łukasz Kubot: Zaskoczył mnie pan tym pytaniem, bo szczerze mówiąc, jestem trochę z boku tego tematu. Nie widziałem tego meczu, słyszałem tylko, że kort był mniejszy, więc trudno mi to oceniać w szczegółach. Czy jestem zwolennikiem rywalizacji damsko-męskiej? Z marketingowego punktu widzenia na pewno tak. To zawsze ciekawa „pokazówka”, miła dla oka.
Natomiast jeśli chodzi o poważną rywalizację sportową, uważam, że nie powinno do tego dochodzić. Kobiety mają swoją dyscyplinę, a mężczyźni swoją i nie należy tego mieszać.
Dalszy ciąg materiału pod wideo
Przed nami Australian Open, które wygrał pan dwanaście lat temu. Jak pan wspomina ten turniej?
Australian Open ma renomę turnieju niezwykle przyjaznego dla wszystkich. Dlaczego? Po całym sezonie i okresie przygotowawczym wszyscy zjeżdżamy na „dół”, gdzie wita nas słońce. Aura w Melbourne jest niesamowicie życzliwa. Wszyscy zaangażowani w organizację — wolontariusze, kierowcy — są zawsze do naszej dyspozycji. Transport dla tenisistów działa perfekcyjnie, a korty położone są praktycznie w centrum miasta, więc wszędzie jest bardzo blisko.
Pogoda bywa kapryśna — czasem jest 15 stopni, czasem 35, zależnie jak zawieje wiatr, ale to wciąż świetny turniej. Sportowo zawsze duża niewiadoma, bo to sam początek sezonu. Niektórzy potrzebują czasu, by wejść w rytm, inni startują od razu z „wysokiego C”. Do tego dochodzą słynne, bardzo długie sesje nocne. Australijczycy potrafią stworzyć genialną atmosferę i dopingować, zwłaszcza swoich graczy, niezależnie od kortu. Oni po prostu czują ten tenis. Myślę, że gdyby zapytać zawodników o ulubiony klimat i przyjazną atmosferę, bardzo wielu wskazałoby właśnie na Australian Open.
Największe zagrożenie dla Hurkacza? „Mecz to najmniejszy problem”
Kwestia kolana Huberta Hurkacza to obecnie jeden z najgorętszych tematów w polskim tenisie. Czy wróci do formy sprzed urazu? Zagrał w United Cup świetne mecze, ale przed nami wciąż jedna wielka niewiadoma. Jak pan to widzi?
Uważam, że czas wszystko zweryfikuje, a zdrowie cały czas będzie tym wielkim znakiem zapytania. Decyzja o drugim zabiegu musiała wynikać z faktu, że Hubert czuł niesamowity dyskomfort i ból. Pamiętajmy o jednym: zagrać pojedynczy mecz to nie jest problem. Wyzwaniem jest zregenerować się w kilka dni i znowu wejść na najwyższe obroty. Z każdą rundą poziom stresu, koncentracji i adrenaliny rośnie, a oczekiwania są coraz większe. Nie bez przyczyny mówi się, że najlepsi tenisiści to ci, którzy „psują się” najpóźniej — czyli ich organizm eksploatuje się najwolniej. To zasada numer jeden.
Dziś mamy sporo niewiadomych, ale po pierwszych spotkaniach widać, że Hubert niesamowicie wzmocnił górną część ciała. Czas bez rywalizacji poświęcił na pracę fizyczną. Widać rzeźbę, widać pewny serwis. Jego atutem jest głód gry i chęć udowodnienia swojej wartości. Z tyłu głowy pozostaje jednak pytanie: czy ból wróci? Moim zdaniem kluczowy będzie aspekt mentalny. Jeśli dojdzie do momentu, w którym Hubert nie będzie miał w podświadomości lęku, że „coś może się stać”, i skoncentruje się wyłącznie na tenisie, to będzie najważniejszy krok.
A co ze stylem gry?
Cieszy nas jego poziom koncentracji. Widać, że gra bliżej linii, szuka szybszych rozwiązań, zwłaszcza przy swoim serwisie. Czy to ustawienie i unikanie długich wymian jest wymuszone przez ból kolana? Czas pokaże. Tenisowe DNA Huberta to gra z głębi kortu, z kontry. Gry ofensywnej, przejścia do przodu, woleja — tego będzie musiał się nauczyć. Czy zdążyli to wypracować przez ostatnie osiem miesięcy? Zobaczymy.
Proszę też pamiętać, że powrót to nie tylko kolano. To zmiana stref czasowych, zmiana nawierzchni i reakcja całego organizmu na obciążenia. To, że Hubert gra i ma z tego radość, to pierwszy pozytywny sygnał. Ale prawdziwym sprawdzianem będzie turniej wielkoszlemowy, gdzie, aby wygrać mecz, trzeba zwyciężyć w trzech setach. Dopiero taki wysiłek pokaże nam, jak naprawdę zachowuje się jego ciało.
„Ledwo chodzi”? Drugie dno słów Zvereva o Hurkaczu
Podczas meczu z Niemcami w ramach United Cup kamery wyłapały słowa Alexandra Zvereva, który rzucił w stronę swojego boksu: „Facet nie grał tyle czasu, ledwo chodzi, a tak serwuje”. Jak pan się do tego odniesie? Czy faktycznie Hubert wyglądał na korcie, jakby miał problemy z poruszaniem się?
To są emocje, które zdarzają się tenisistom na korcie. Nie brałbym tych słów dosłownie. Paradoksalnie uważam, że Sasza wyraził w ten sposób ogromny szacunek dla serwisu Huberta. To dowód na to, jak dobrze Hubert wykorzystał czas przerwy. Zaserwowanie 16 asów w ciągu pierwszych ośmiu gemów serwisowych? To niesamowity wynik. Jeśli praktycznie zaczynasz każdego gema od stanu 30:0, to gigantyczny handicap.
Z drugiej strony siatki tworzy to potężną presję — rywal wie, że za wszelką cenę musi utrzymać swoje podanie, bo przełamanie Huberta graniczy z cudem. Tak to wyglądało w pierwszych spotkaniach tego roku. Nie robiłbym wielkiej afery ze słów Zvereva. Hubert twardo stąpa po ziemi, koncentruje się na sobie i ma wobec siebie duże wymagania. Dziś najważniejsze jest zdrowie, czas zweryfikuje resztę. Jestem jednak pełen podziwu, bo tylko wielcy mistrzowie wracają do gry w takim stylu.
Jeszcze jedno pytanie o Huberta. Czy pana zdaniem rozbudowa górnych partii mięśniowych to dobry ruch? Z jednej strony daje siłę, ale z drugiej — operowane kolano musi teraz dźwigać nieco większy ciężar.
To pytanie bardziej do jego sztabu, ale mogę powiedzieć jedno: sezon tenisowy trwa 11 miesięcy i zazwyczaj nie ma czasu na wprowadzanie wielkich nowości. Wtedy tylko „szlifuje się diament”. Tutaj praca wymusiła inne podejście. Skupili się na górnej części ciała, na korpusie i mobilności od pasa w górę.
Efekty widać w niesamowitej prędkości serwisu i jego wariacjach — Hubert gra nie tylko płasko, ale świetnie rotuje, slajsuje, częściej wychodzi do przodu po podaniu. Na pewno sztab miał w tym plan, by Hubert poczuł się pewniej i bardziej komfortowo na korcie.
Czas pokaże, czy to zda egzamin na dłuższą metę. Jako starszy kolega po fachu o jego formę się nie martwię. To twardo stąpający po ziemi facet, tenisowo na pewno „dojedzie”. Najważniejsze, żeby nie wrócił ból. Pamiętajmy też, że Australian Open to specyficzne warunki: słońce, wiatr, skoki temperatur od 15 do 35 stopni. To wszystko wpływa na poruszanie się i reakcję organizmu. Tutaj trzeba będzie zachować szczególną czujność.
Pamiętam rozmowę z Kamilem Majchrzakiem. Opowiadał mi, że podczas swojej rocznej przerwy skupił się właśnie na siłowni. Przyznał to samo, co pan — że w trakcie sezonu po prostu nie ma czasu na takie przygotowania. Mówił, że nigdy nie był tak silny fizycznie, jak po tej pauzie. To chyba zaprocentowało, bo wspinając się z powrotem w rankingu, rozegrał rekordową dla siebie liczbę ponad 80 meczów.
Tak, choć u Kamila przyczyna przerwy była zupełnie inna, wszyscy znamy ten kontekst. Mówiłem wtedy otwarcie: dwa lata temu to on był dla mnie największym wygranym sezonu w polskim tenisie, nawet mimo tego, że Iga wygrała w tym czasie Rolanda Garrosa. Proszę spojrzeć na skalę trudności: Kamil musiał zaczynać od absolutnego zera, jeździć po małych turniejach w krajach afrykańskich…
… gdzie dla każdego lokalnego rywala był „skalpem”, mistrzem do pokonania.
Dokładnie. A przecież chwilę wcześniej był w miejscu, gdzie szykował się do gry w Australian Open. Nagle wszystko stracił i musiał budować swoją pozycję od fundamentów. To wymagało niesamowitego charakteru.
Dlatego ten system w profesjonalnym tenisie jest tak bezlitosny. Rozliczają cię wyłącznie z pozycji w rankingu. Punkty broni się co rok, co tydzień mamy nowe zestawienie, co tydzień ktoś nowy puka do czołówki. Ta ciągła gonitwa sprawia, że chcesz rywalizować bez przerwy i po prostu nie masz czasu na spokojną przebudowę struktury ciała czy nabranie masy mięśniowej.
Sytuacja Kamila, mimo że trudna, miała jeden plus: wiedział, na czym stoi. Mógł zaplanować cykl treningowy, by potem wskoczyć do gry z ogromnym głodem rywalizacji. U Huberta mamy inną sytuację, bo tu wielką niewiadomą pozostaje zdrowie. Ale wierzę, że ten głód gry z czasem zadziała na jego korzyść. Jeśli dojdzie do tego chęć czystej rywalizacji — nie tylko gonienia punktów, ale gry bez jakiegokolwiek bólu — to Hubert naturalnie wróci na wysokie miejsce w rankingu.
Efekt Fissette’a. Dwa kluczowe detale
W zeszłym roku Iga była o krok od finału Australian Open, za to wygrała Wimbledon. Jak pan patrzy na ten sezon? Czy rzuci teraz wszystkie siły na Melbourne, by skompletować Wielkiego Szlema?
Iga jest wielką mistrzynią. Jako kolega z kortu, który nigdy nie osiągnął takich wyników, patrzę na to z podziwem. Wiem jedno: ona wychodzi na każdy mecz z zamiarem zwycięstwa. To właśnie czyni ją dominatorką. Traktuje tak samo pierwszą rundę i finał — wychodzi bez skrupułów, w pełni skoncentrowana. To cecha największych mistrzów.
Wygranie Wimbledonu było jej marzeniem i to się spełniło. Czy Australian Open to teraz główny cel, czy kolejne marzenie? Czas pokaże. Jeśli pyta mnie pan, czy jest w stanie wygrać w Melbourne, odpowiadam: oczywiście. Iga jest w stanie wygrać każdy turniej, w którym startuje.
Trzeba jednak pamiętać, że Australian Open jest specyficzny. To początek sezonu po dłuższej przerwie, więc zawsze jest sporo niewiadomych. Niektórzy potrzebują więcej meczów, by wejść w rytm, inni mniej. Moim zdaniem Iga w Australii z roku na rok wygląda coraz lepiej. Ma świetny sztab, regularnie wygrywa Szlemy, więc pozostaje nam się tylko cieszyć. Zamiast tracić czas na spekulacje, po prostu jej kibicujmy i wspierajmy. Dzięki niej mamy te „zarwane noce”, ale też mnóstwo radości i satysfakcji.
Dopytam jeszcze o Wima Fissette’a. Czy pana zdaniem jego zatrudnienie wynikało z chęci poprawy gry Igi na szybszych nawierzchniach, zwłaszcza na trawie? Fissette wygrywał już ze swoimi podopiecznymi Wimbledon, US Open i Australian Open. Czy Iga, wiedząc, że na mączce dominuje, potrzebowała właśnie jego, by wyjść ze strefy komfortu i sięgnąć po te brakujące trofea?
Zatrudniając trenera tej klasy, Iga była świadoma, czego się spodziewać. Ta współpraca zaczęła się w konkretnym celu. Dziś widzimy efekty: Iga serwuje inaczej, jej pozycja przy returnie jest zupełnie inna. Dzięki temu na szybszych kortach, gdzie piłka odbija się niżej — jak na przykład w Cincinnati — czuje się teraz znacznie bardziej komfortowo.
To są niuanse, małe rzeczy, które robią różnicę. Nie chcę wnikać w szczegóły ich relacji, bo o tym musiałaby powiedzieć sama Iga, ale patrząc z boku — robią świetną robotę. Skoro zawodniczka w ciągu roku wygrywa Wimbledon, to znaczy, że plan działa. Widzimy zmiany w plasowaniu serwisu i ustawieniu do returnu. To dwa najważniejsze uderzenia w tenisie. Włożono w nie mnóstwo pracy, która teraz przynosi owoce.