Wojnę Rosji przeciw Ukrainie zwykle tłumaczy się ideologią, walką o terytorium i potrzebą utrzymania reżimu. Jest jednak jeszcze jeden czynnik, który nabiera znaczenia tym bardziej, im wyraźniej majaczy na horyzoncie jakiś „finał”: bezpieczeństwo wewnętrzne.

Dla Kremla Rosja po wojnie wcale nie musi oznaczać „pokoju”. To kraj, który będzie musiał wchłonąć ogromną, silnie zmilitaryzowaną grupę ludzi — w tym mężczyzn uformowanych przez skrajną przemoc, część z nich zwerbowaną wprost z więzień — a następnie wypuścić ich z powrotem w gospodarkę, która nie jest w stanie zaoferować im porównywalnego statusu, pieniędzy ani poczucia sensu.

Taka perspektywa to zagrożenie nie tylko dla porządku publicznego, ale i dla monopolistycznej kontroli państwa nad przemocą — czyli waluty, na której opiera się putinizm.

Dla Ukraińców uczestnicy „specjalnej operacji wojskowej” są powszechnie postrzegani jako wykonawcy agresywnej wojny; odpowiedzialność karna jednostek jest jednak ustalana w drodze śledztwa i przed sądami. Natomiast z punktu widzenia wewnętrznych kalkulacji Kremla sprawa wygląda prościej: nie każdy wracający żołnierz stanie się przestępcą — ale nawet niewielki odsetek takich przypadków, przy ogromnej skali, urasta do problemu państwowego.

Wojna trzyma kraj w ryzach

We wrześniu 2025 r. sam prezydent Rosji Władimir Putin mówił o „ponad 700 tys.” ludzi w strefie walk. To nie jest suma wszystkich, którzy służyli od 2022 r. — to migawka pokazująca, ilu żołnierzy jest tam w danym momencie. A rzeczywisty „przepływ” ludzi jest znacznie większy.

Rosja przeprowadziła też „częściową mobilizację” 300 tys. rezerwistów we wrześniu 2022 r. Od tego czasu Kreml stara się uniknąć drugiej masowej mobilizacji, opierając się na kontraktach i „ochotnikach”. W lutym 2024 r. minister obrony Siergiej Szojgu twierdził, że w 2023 r. podpisano prawie 540 tys. kontraktów — co, według niego, miało wystarczyć do utworzenia nowych armii i dywizji rezerwowych.

Punkt werbunkowy w Rostowie nad Donem, Rosja, 31 października 2022 r.

Punkt werbunkowy w Rostowie nad Donem, Rosja, 31 października 2022 r.Anadolu / Contributor / Getty Images

W przypadku roku 2024 przekaz oficjalny jest niespójny, ale nadal sugeruje wielką falę rekrutacji. W grudniu 2024 r. minister obrony Andriej Biełousow mówił, że w tamtym roku na kontrakt zwerbowano „ponad 427 tys.” osób — co portal iStories uznał za liczbę mogącą być zawyżoną i trudną do niezależnej weryfikacji.

Inna analiza iStories, oparta na wydatkach federalnego budżetu, wskazywała, że w 2024 r. mogło dojść nawet do 407 tys. podpisanych kontraktów. Z kolei agencja Reutera cytowała w styczniu 2025 r. wiceszefa Rady Bezpieczeństwa Rosji Dmitrija Miedwiediewa, który mówił o ok. 450 tys. kontraktowych rekrutów w 2024 r. W kolejnym roku Miedwiediew podawał ok. 417 tys. podpisanych kontraktów (plus ponad 36 tys. „ochotników”).

Jeśli to wszystko zsumować — nawet ostrożnie, nawet zakładając powtórzenia, przedłużanie kontraktów, straty bojowe i fakt, że część ludzi nadal służy — wniosek jest nieunikniony:

  • setki tysięcy osób znajdują się na froncie w danym momencie,
  • znacznie ponad milion mężczyzn mogło „przewinąć się” przez armię w ramach mobilizacji i kontraktów od 2022 r.,
  • a państwo — prędzej czy później — będzie musiało poradzić sobie z ich powrotem: społecznie, ekonomicznie, psychologicznie i politycznie.

„Taśmociąg” więzienny

Wojna stała się też czymś w rodzaju wewnętrznego „zaworu bezpieczeństwa” dla systemu penitencjarnego — i to zaworu, którego skutki uboczne można przewidzieć.

Agencja Reutera informowała, że liczba więźniów w Rosji gwałtownie spadła w 2023 r., zauważając, że około 105 tys. osadzonych wypuszczono w latach 2022–2023, częściowo w związku z rekrutacją na wojnę. Agencja przytaczała też doniesienia, że najemnicza Grupa Wagnera zwerbowała ok. 50 tys. więźniów. Le Monde opisywał ten mechanizm jako jeszcze szerszy i coraz bardziej sformalizowany: podawano szacunki rzędu ok. 150 tys. zrekrutowanych więźniów oraz wskazywano na zmiany w prawie umożliwiające podejrzanym i oskarżonym „zawieszenie” postępowań poprzez wyjazd na front.

Rosyjscy ochotnicy przechodzą szkolenie (zdj. ilustracyjne)

Rosyjscy ochotnicy przechodzą szkolenie (zdj. ilustracyjne)Vladimir Aleksandrov/Anadolu Agency via Getty Images / Contributor / Getty Images

Ale prawdziwe ryzyko nie polega wyłącznie na liczbach. Chodzi o logikę, jaką państwo wytwarza: przemoc staje się ścieżką do amnestii, pieniędzy i statusu — a rozliczenia są odkładane na później, rozmywane albo po prostu politycznie niewygodne.

Na początku 2024 r. kilka mediów donosiło, że Rosja zaczyna wycofywać ułaskawienia dla części skazanych rekrutów i zmienia zasady ich powrotu do domu. To wygląda tak, jakby Kreml już rozumiał, jak destabilizujące może być wypuszczenie do społeczeństwa masy brutalnych sprawców przemocy.

„Syndrom ukraiński” przyćmi afgański precedens

Rosja już kiedyś widziała podobny scenariusz — tylko w mniejszej skali.

Podczas sowieckiej wojny w Afganistanie przez niemal dekadę służyło łącznie 620 tys. żołnierzy. Jednak w żadnym momencie skala tamtej operacji nie zbliżała się do dzisiejszego „tu i teraz” w Ukrainie. Wojna afgańska stworzyła rozpoznawalny „syndrom afgański”: traumę, wyobcowanie, sieci przemocy, a w późnym ZSRR i pierwszych latach po jego upadku — dryf weteranów w stronę ról siłowych w słabnącym państwie.

Nowsze badania pokazują, że weterani Afganistanu mogli stawać się „specjalistami od przemocy” w warunkach rozpadu państwa — oferując ochronę i przymus, a potem wiążąc się z niepaństwowymi formacjami zbrojnymi, gdy autorytet władzy kruszał.

Tymczasem wojna w Ukrainie tworzy warunki dla jeszcze groźniejszego syndromu:

  • skala i intensywność: Putin opisywał rosyjskie siły w strefie działań jako ponad 700 tys. — to już liczba porównywalna (a nawet większa) niż cały „kontyngent afgański”, tylko osiągnięta w znacznie krótszym czasie;
  • rekrutacja więzienna: w Afganistanie nie było systemowego mechanizmu „z więzienia na front”, który w wojnie przeciw Ukrainie stał się normą;
  • normalizacja brutalności w kraju: niezależne źródła coraz częściej dokumentują przypadki drastycznej przemocy powiązanej z powracającymi żołnierzami i wojenną socjalizacją.

Ekspertka ONZ Mariana Kacarowa ostrzegała przed przemocą w Rosji popełnianą przez byłych skazańców, którym skrócono wyroki w zamian za walkę, podając szacunek rzędu ok. 170 tys. zrekrutowanych brutalnych przestępców i opisując poważne przestępstwa popełniane przez powracających.

Co więcej, śledczy portal Wiorstka informował w grudniu 2025 r., że powracający „weterani” mieli od początku pełnoskalowej inwazji zabić i okaleczyć w Rosji ponad 1000 osób — jako próba zliczenia tego, co w innych warunkach pozostaje rozproszone po lokalnych aktach spraw i kronikach kryminalnych.

Nawet jeśli pojedyncze liczby są przedmiotem sporu, ogólny obraz jest spójny: problem przemocy po wojnie pojawił się jeszcze zanim wojna się skończyła.

Odpowiedź Kremla

W tym miejscu logika staje się otwarcie polityczna. Kreml nie próbuje jedynie „zintegrować” weteranów — on próbuje przestawić zwrotnicę i na nowo zaprogramować elity.

Putin coraz częściej przedstawia uczestników wojny jako „prawdziwą” elitę narodową — bardziej uprawnioną do rządzenia niż technokraci, liberałowie, a nawet tradycyjni siłowicy, czyli wpływowa grupa ludzi powiązanych z aparatem bezpieczeństwa.

To nie jest tylko propaganda: ten przekaz jest instytucjonalizowany przez takie kanały jak program „Czas bohaterów” oraz inicjatywy awansów i nominacji dla weteranów.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Europejska Rada Spraw Zagranicznych (ECFR) argumentowała, że rosnąca rola weteranów poszerzy koalicję elit opowiadających się za długofalową konfrontacją z Zachodem, tworząc grupę interesu, która korzysta na permanentnej mobilizacji i napięciu. Jamestown opisywał „Czas bohaterów” jako narzędzie przekształcania wybranych uczestników wojny w lojalną elitę oraz budowania wrażenia, że służba wojskowa to droga do prestiżowej kariery cywilnej — po to, by uprzedzić frustrację po wojnie.

Financial Times zwracał uwagę, że program sprzedaje się „wiarygodnością frontową”, a część głośnych uczestników była oskarżana przez władze ukraińskie o zbrodnie wojenne. To rodzi pytania, jaka „elita” powstaje i jakie normy wprowadzi do rządzenia.

Ten scenariusz zawiera sprzeczność wpisaną w samą konstrukcję: Kreml chce mieć weteranów blisko (jako kontrolowaną klasę polityczną i symbol legitymizacji), ale jednocześnie boi się weteranów jako czynnika niekontrolowanego (uzbrojonych sieci, wściekłych ludzi, kryminalnych przedsiębiorców czy politycznych rywali).

Zakończenie wojny zmuszałoby tę sprzeczność do wyjścia na jaw. Kontynuowanie wojny ją odracza — i pozwala państwu dalej kanalizować przemoc na zewnątrz, jednocześnie selekcjonując i „hodując” w środku tylko tych weteranów, którzy są dla systemu akceptowalni.

Co to oznacza dla Europy i Ukrainy

Rosja ukształtowana przez taki scenariusz nie będzie po prostu „poranionym państwem”. To będzie państwo, które zinstytucjonalizowało tożsamość wojenną i rozszerzyło społeczną bazę przemocy.

Dla Europy i Ukrainy zagrożenia nie są abstrakcyjne.

Po pierwsze: transgraniczna przestępczość i przemoc zwykle rosną, gdy duże grupy ludzi wracają z wojny o wysokiej intensywności, mają ograniczone perspektywy cywilne i szerokie nieformalne powiązania. W przypadku Rosji te powiązania mogą łączyć weteranów, resztki prywatnych armii, sieci rekrutacji więziennej i lokalne układy patronackie. To żyzny grunt dla przemytu, obiegu broni, brutalnych usług „egzekucyjnych” i modeli biznesowych opartych na korupcji.

Po drugie: eksport przemocy staje się łatwiejszy, gdy państwo wytworzyło dużą pulę ludzi, których umiejętności i status są związane z użyciem siły. Nie musi istnieć oficjalna strategia „wysyłania weteranów za granicę” — to może wyrastać z półformalnych struktur, prywatnych rynków „ochrony” i sieci, którym łatwo zapewnić zaprzeczalność, szczególnie w szarych strefach przy wschodniej granicy Europy.

Rosyjscy żołnierze na linii frontu, 28 maja 2025 r.

Rosyjscy żołnierze na linii frontu, 28 maja 2025 r.IMAGO/Stanislav Krasilnikov/Imago Stock and People/East News / East News

Po trzecie: na zewnątrz może wylać się radykalizacja polityczna i militaryzowana legitymizacja. Kreml, który publicznie koronuje uczestników wojny jako „prawdziwą elitę”, nie ma motywacji, by po wojnie studzić nastroje. Wręcz przeciwnie — opłaca mu się utrwalać światopogląd, w którym przemoc jest honorowa, kompromis to zdrada, a Zachód jest egzystencjalnym wrogiem. Taka postawa może usztywnić długoterminową wrogość Rosji i podtrzymać presję hybrydową nawet wtedy, gdy walki na froncie przycichną.

Wreszcie dla Ukrainy: wyzwaniem jest to, że Rosja po wojnie może stać się bardziej — a nie mniej — niebezpieczna społecznie właśnie dlatego, że duża warstwa mężczyzn zostanie ukształtowana w wojnie napastniczej i następnie włączona z powrotem w struktury władzy, bezpieczeństwa i ideologii. Okres powojenny może więc połączyć wewnętrzną niestabilność z utrzymującym się zagrożeniem zewnętrznym.

Wnioski

Wojna Putina nie dotyczy wyłącznie Ukrainy. Stała się wewnętrznym systemem zarządzania Rosją: zasobami ludzkimi, więzieniami, lojalnością oraz tworzeniem elit.

Prawdziwe zakończenie wojny groziłoby wypuszczeniem na wolność fali ludzi, dla których przemoc stała się pracą, tożsamością albo drogą awansu — podczas gdy państwo nie jest w stanie dotrzymać obietnic statusu na masową skalę. To klasyczny przepis na wzrost przestępczości, rozwój „rynków przemocy” oraz niestabilność polityczną.

Dlatego motywacja Kremla jest jasna: odwlekać moment powrotu i wykorzystać czas, by z wojny ulepić kontrolowaną „nową elitę” — bo alternatywą jest społeczeństwo, w którym państwo przestaje w pełni kontrolować przemoc, którą samo rozpętało.