Najgłębsze życiowe prawdy ujęte w pozbawiony patosu kostium. Medytacja, muzyka, poczucie humoru, poezja — oto jego przepis na dzieło kompletne.
Najnowszy, „Father Mother Sister Brother”, to podzielona na trzy części opowieść o skomplikowanych rodzinnych relacjach. Gdzieś w USA Jeff (Adam Driver) i Emily (Mayim Bialik) jadą na spotkanie z dawno niewidzianym ojcem (Tom Waits). Mężczyzna gra nieudolnego życiowo biedaka, z niewiadomych powodów ukrywającego przed dziećmi swój rzeczywisty status. W Dublinie utytułowana pisarka (Charlotte Rampling) zaprasza na coroczną herbatkę swoje córki Timotheę (Vicky Krieps) i Lilith (Cate Blanchett). Choć mieszkają w jednym mieście, widują się tylko raz w roku. W Paryżu Skye (Indya Moore) i jej brat Billy (Luka Sabbat) spotykają się po tragedii, w której zginęli ich rodzice i w pustym mieszkaniu, odkrywając ich sekrety, próbują odbudować także swoją relację.
Film zachwycił jurorów ostatniego weneckiego festiwalu, wyjeżdżając z Lido ze Złotym Lwem, a teraz — wreszcie — trafia do polskich kin.
Anna Tatarska: Dzień dobry! Bardzo mi miło. Nazywam się Anna i pochodzę z Polski.
Jim Jarmusch: Polska? Ale super. A wie pani, że ilekroć próbuje wybrać się do Polski, na festiwal Camerimage, czy jakiś inny, to zawsze coś mi wypada i cały czas jeszcze tam nie dotarłem? Muszę bardziej się postarać…
Koniecznie! Scena festiwalowa u nas jest obecnie bardzo mocna, więc myślę, że na pewno wybrałby pan coś dla siebie!
Nie mam co do tego wątpliwości. W Polsce mam też od lat wspaniałego dystrybutora, firmę Gutek Film…
Polski dystrybutor pana uwielbia i jestem przekonana, że gdyby tylko wyraził pan chęć przyjazdu, to stanęliby na głowie, żeby to zaaranżować.
Wiem. I obiecuję, że w końcu przyjadę!
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Trzymam za słowo! A teraz pora porozmawiać o „Father Mother Sister Brother”. Wiem, jak wpływa on na mnie, widzkę, ale jestem ciekawa, jakie emocje towarzyszyły panu podczas jego tworzenia.
Zależało mi na tym, żeby zrobić film bardzo obserwacyjny, który skupi się na rodzinie, w której panują bardzo skomplikowane relacje. Nie próbowałem nikogo oceniać, bo nie lubię czarno-białego przedstawiania bohaterów, arbitralnego ustalania, że ten jest dobry, a ten zły. Wszyscy jesteśmy popieprzeni i to dotyczy zarówno dobrych, jak i złych osób. Przy tym projekcie ciekawe jest to, że zwykle moje filmy powstają bardzo długo, zanim zacznę pracować nad pomysłem, noszę je w sobie przez wiele lat. Ten zmaterializował się bardzo szybko. On się po prostu pojawił i wydarzył.
Ten film, podobnie jak inne pana dzieła, ma bardzo charakterystyczną obsadę. Czy pisze pan z myślą o konkretnych aktorach?
Zawsze!
Ale jak to działa? Widzi ich pan w innej roli, albo gdy prowadzą telewizyjny show, i myśli sobie: „O, to jest mój człowiek”?
Tak, tak się zdarza. Z tą telewizją nawiązuje pani oczywiście do Mayim Bialik. Większość ludzi zna ją jako Amy Farrah Fowler z „Teorii wielkiego podrywu”. Ja nie za bardzo oglądam seriali, więc jej nie kojarzyłem, ale za to uwielbiam różne rozrywkowe programy telewizyjne. Pierwszy raz zobaczyłem ją, gdy prowadziła popularny telewizyjny show „Jeopardy!” i wsiąkłem. Uważam, że nikt tak dobrze tego nie prowadził, jak ona. I kiedy zacząłem myśleć o tym filmie, od razu wyobraziłam ją sobie jako siostrę Adama Drivera i córkę Toma Waitsa.
Przepraszam, ale nie mogę nie dopytać: jakie jeszcze programy telewizyjne ogląda pan z pasją?
Wstyd się przyznać, ale uwielbiam „Antiques Roadshow” — szczególnie wersją amerykańską [to program, w którym ekspert wycenia przyniesione przez uczestników stare przedmioty]. Idea ustalania wartości rzeczy wyłącznie przez pryzmat finansów mnie fascynuje. Dla mnie to dziwne. Poza tym pojawia się tam wiele bardzo dziwnych przedmiotów i odkrywamy przy okazji ciekawe konteksty historyczne. Moja córka ma dziś ponad dwadzieścia lat, ale kiedyś wiozłem ją samochodem razem z przyjaciółmi i jeden z nich zapytał: „Czy twój tata ogląda w telewizji dużo sportu?”. A ona na to: „Nie, on ogląda antyki i undergroundowy hip-hop”. Tak wyobrażała sobie moje zainteresowania i cóż, trudno odmówić jej racji. Jestem dyletantem, nie ukrywam tego. Interesuje mnie tak wiele rzeczy i za każdym razem, gdy pojawia się nowa, to mnie rozprasza. Obecnie uczę się rozróżniać grzyby, miałem okres, w którym wręcz obsesyjnie interesowałem się historią projektowania włoskich motocykli. Był też okres fiksacji na szesnastowiecznej angielskiej muzyce polifonicznej. Rozpraszają mnie dziwne tematy.

Jim JarmuschVittorio Zunino Celotto / Getty Images
Ten film przygląda się różnym etapom ludzkiego życia — gdy jesteśmy dziećmi, potem rodzicami… A potem momentowi, w którym rodzice odchodzą i zostają po nich pudła — zarówno te pełne rzeczy, jak i te pełne emocji.
Rzeczy, te cholerne rzeczy… Dlatego filmie znalazła się scena, w której [grany przez Lukę Sabbata] Billly, patrząc na pudła pozostałe po zmarłych rodzicach, mówi, że w piwnicy cały czas jeszcze są pudła po dziadkach, nierozpakowane. Rzeczy, które gromadzimy przez całe życie — co z nimi zrobić, gdy nas już nie ma?
A czy pan jest emocjonalnie związany ze swoimi rzeczami?
Niespecjalnie, ale i tak ja gromadzę, nie umiem się ich pozbyć. Nie jestem zbieraczem, ale mam problem z wyrzucaniem przedmiotów. Ostatnio wpadłem na pomysł, aby robić im zdjęcia i potem je wyrzucać… Zobaczymy, czy go wdrożę. Mam masę rzeczy, które dostałem w prezencie, ale dziś już nie pamiętam od kogo. Np. statek w butelce, który stoi w moim domu od lat. Skąd się wziął, nie wiadomo.
A czy pośród tych rzeczy bezpańskich, czekających na wyrzucenie, są jednak przedmioty, które mają dla pana wyjątkowe znaczenie, są związane z jakimiś ważnymi momentami z przeszłości?
Mam kilka takich artefaktów. Butelka po piwie podpisana przez Iggy’ego Popa. Nóż marki Barlow, podarowany mi przez Toma Waitsa 25 lat temu. Fotografia autorstwa wielkiego Roberta Franka, dana mi przez niego samego. Tak, w tym chaosie są przedmioty wyjątkowe.
Z Tomem Waitsem znacie się od wielu lat, jak zmieniła się przez ten czas wasza relacja?
To jest relacja braterska, która na pewno z czasem się pogłębiła. Zawsze byliśmy w kontakcie, dużo ze sobą rozmawialiśmy o naszej pracy. Mimo że on mieszka w północnej Kalifornii i nie widujemy się tak często, jakbyśmy chcieli, to jesteśmy blisko. Znam wszystkie jego dzieci od momentu narodzin, a dziś są dorosłymi ludźmi. Mamy wiele naprawdę dziwacznych wspólnych przygód za sobą. No i tego pani nie może wiedzieć, ale Tom jest najwspanialszym rozmówcą. Na żadne pytanie nie odpowiada wprost. Zapyta go pani: „Jaka była inspiracja do pana nowego albumu?”, a on na to: „Czy wie pani, że pod ziemią Las Vegas żyje kolonia kretów, które…”. Jest absolutnie najlepszy, a jego wyobraźnia to skarb.
Czy kogoś tak abstrakcyjnego łatwo się reżyseruje?
Tak. Tom jest bardzo wrażliwy na mnie jako reżysera. Przy tym filmie mieliśmy ciekawe doświadczenie, bo Mayim i Adam, jego filmowe dzieci, są aktorami niezwykle precyzyjnymi, a Tom jest człowiekiem żywiołem, który stawia na luz. Po pierwszym dniu zdjęciowym wziął mnie na stronę i mówi: „Jim, muszę ci coś powiedzieć. Zatrudniłeś tę dwójkę profesjonalnych zabójców, co ja mam zrobić?”. Powiedziałem mu, żeby się nie martwił, że ja jestem jego reżyserem i żeby się skupił na sobie, a ja się zajmę resztą. „Dziękuję” — powiedział i to był koniec wątpliwości. Tom był onieśmielony ich precyzją. Uwielbiam w nim jeszcze to, że jest niezwykle zabawny, choć nie wysila się na komediowy ton. I bardzo poruszający bez bycia ckliwym.

Tom Waits w filmie „Father Mother Sister Brother”Yorick Le Saux, Vague Notion / mat. prasowe
À propos komedii. W filmie pojawia się dużo smaczków i powiedzonek. Skąd pomysł, by bohaterowie używali tak często zwrotu „Bob is your uncle” — „Twój wujek Bob”?
Mój ojciec nazywał się Bob i brat bliźniak mojej mamy też nazywa się Bob. Moja mama i brat zostali porzuceni przez ojca kryminalistę, gdy byli mali, a ich matka pracowała jako nauczycielka, by ich utrzymać. Wykształcili między sobą niemal telepatyczne połączenie.
Wielokrotnie zdarzało się, że dzwonił telefon i mama mówiła: „O, to na pewno Bob” — i to oczywiście był on. Albo: „Bob chyba nie czuje się dziś zbyt dobrze” — po czym dzwoniła do niego i okazywało się, że on ma grypę. Dziwne, ale prawdziwe… Ilekroć mieliśmy rodzinne spotkanie na Boże Narodzenie czy Święta Dziękczynienia, to zawsze w którymś momencie ktoś pytał: „Gdzie jest wujek Bob?”. I potem zaczynały się próby ustalenia, o którego wujka Boba chodzi. A potem przeprowadziłam się do Wielkiej Brytanii, gdzie jest takie powiedzenie „Bob’s your uncle” [brytyjski Idiom oznaczający: załatwione, gotowe, bułka z masłem]. Amerykanie nie znają tego zwrotu, więc teraz, dzięki mnie, się go nauczą!
„Father Mother Sister Brother” składa się z trzech różnych historii. Która pojawiła się pierwsza?
Chciałbym podkreślić, że to nie jest film złożony z autonomicznych filmów krótkich, oglądanie ich osobno nie miałoby sensu. Bardzo ciężko pracowałem, by były ze sobą połączone. Oczywiście można stwierdzić, że ostatnia historia jest najbardziej poruszająca, ale nie byłaby taka bez dwóch poprzedzających ją opowieści. Tworząc ten film, byłem niezwykle skupiony. Czasami, aby stworzyć coś, co sprawia wrażenie beztroskiego i niewymagającego wysiłku, trzeba się naprawdę bardzo napracować i to był ten przypadek.
Jest pan artystą kojarzonym bardzo mocno z Nowym Jorkiem, ale mam wrażenie, że w ostatnich latach ta miłość do ikonicznego miasta nieco słabnie. Tutaj też Nowego Jorku nie ma. Dlaczego?
W Nowym Jorku zawsze liczyły się pieniądze, branie. To miejsce, w którym człowiek się spieszy. Taki jego charakter i kiedyś była w tym pewna wolność, ale już dawno uleciała. Z czasów, gdy byłem młodszy, pamiętam takie graffiti: „Wyłączcie USA z Nowego Jorku”. Bo Nowy Jork to całkiem osobne miejsce, nie do końca Ameryka. Ale z czasem stał się coraz bardziej korporacyjny. Dziś młodych ludzi nie stać nawet, by tam mieszkać. To miasto przez lata dawało mi ogromnie dużo energii, ale mam wrażenie, że teraz chciałoby głównie na tej energii zarabiać. Już mnie nie inspiruje, moim drugim domem stał się przez lata Paryż. Na szczęście w Stanach mam też przepiękny dom dwie godziny jazdy od Nowego Jorku, w górach Catskill. Mam tam pokój do tworzenia sztuki, małe studio nagraniowe. To całkowita dzicz, wokół żadnych ludzi, tylko niedźwiedzie czasami zaglądają przez okno.

Jim JarmuschVittorio Zunino Celotto / Getty Images
Wtedy pewnie czuje pan, jakby żył poza czasem… Czas jest ważnym tematem w tym filmie. To, jak zmienia ludzi i ich doświadczenie świata. Oglądamy historię dzieci, które próbują zbudować jakąś relację z rodzicami, ale dzieli ich przepaść. Nie sądzę, żeby to były wyłącznie różnice indywidualne, one są według mnie pokoleniowe.
Czas to bardzo dziwne continuum i wszystko się w nim nieustannie przesuwa. Nie do końca wiem, jak sobie z tym radzić. Staram się po prostu być obecny. Ćwiczę tai-chi, medytuję, utrzymują stały kontakt z Shifu Yan Mingiem, mnichem Shaolin, bardzo oświeconym i zabawnym gościem, który jest moim duchowym przewodnikiem, pomaga też chłopakom z Wu Tang Klanu. Życie w teraźniejszości jest bardzo trudne i udaje mi się to tylko chwilami. Kiedyś jeździłem na motocyklu i to była moja medytacja. Na motocyklu nie da się myśleć o niczym innym, np. o byłej dziewczynie, bo człowiek jest częścią tej machiny. Spędzenie godziny na motorze jadącym przez las — to było coś pięknego. Ale musiałam przestać, bo gdy moja córka Josephine miała 10 lat, zaprosiła mnie na spotkanie, kazała usiąść i oświadczyła, że jeśli będę dalej jeździł na motorze, to stracę córkę. „Co masz na myśli?” — zapytałem. „Wyrzeknę się ciebie, ponieważ to się skończy wypadkiem, a ja tego nie chcę, bo cię kocham”. Nie było wyjścia. Przestałem.
Innym ważnym tematem w „Father Mother…” jest samotność, wyobcowanie. Czy to uczucia panu bliskie?
Bycie człowiekiem jest skomplikowane. Wiele lat temu przechodziłem wyjątkowo intensywny epizod depresyjny, bo depresja jest w mojej rodzinie, jest w naszej krwi. To był bardzo trudny okres. Byłem sam, w swoim leśnym domku, siedziałem na polanie, gdy zza drzewa wyszedł szary lis. Szare lisy są naprawdę wyjątkowe. Jest ich o wiele mniej niż tych rudych, a do tego są jedynymi psowatymi, które są w stanie się wspiąć na drzewo. Lis był bardzo blisko. Spojrzał na mnie, popatrzyliśmy na siebie przez parę sekund, a potem zniknął, jak duch. Poczułem, że to był jakiś rodzaj nawiedzenia, bo zwierzęta zawsze żyją wyłącznie w teraźniejszości, aby przetrwać. Ja jestem człowiekiem, zmagającym się z jakimiś zagmatwanymi rozważaniami na temat czasu, tymczasem to zwierzę potrafi żyć tylko tu i teraz. A więc jest w pewnym sensie istotą bardziej zaawansowaną niż ja.
Udało się panu z tej depresji wyjść?
Nie udało się [śmiech]. Oczywiście bardzo ważne są te codzienne praktyki, wspomniane już tai-chi czy medytacja. Ale bardzo ważna w moim życiu jest też moja relacja z psylocybiną [naturalnie występujący związek chemiczny o silnych właściwościach psychodelicznych znajdujący się w halucynogennych grzybach]. Mikrodozuję ją od wielu lat i to było dla mnie przełomem i wielkim wsparciem. Co ciekawe, moje zainteresowanie grzybami ma swoje początki w doświadczeniu bliskim śmierci. Kilkanaście lat temu, w bardzo dobrej restauracji zjadłem na kolacje makaron z dzikimi grzybami. Jeszcze nie minęła północ, a moje narządy wewnętrzne, jeden po drugim, zaczęły odmawiać współpracy. Trafiłem do szpitala, gdzie wypłukano mi żołądek. Straciłem przytomność, a następnego dnia lekarze powiedzieli mi, że musiałem zjeść coś niezwykle toksycznego — to były te grzyby — i gdybym przyjechał do szpitala godzinę później, to już bym nie żył. Wtedy zafascynowała mnie mykologia. Zacząłem czytać książki Johna Cage’a, odwiedziłem festiwal mykologiczny w Telluride i wsiąkłem totalnie w ten temat. Ale psylocybina była dla mnie wielką pomocą i dlatego też ten temat znalazł się w filmie. Tu chciałbym podkreślić, że nie stosuję jej, żeby się nawalić, to nie są substancje rekreacyjne. To jest dla mnie lekarstwo.
Czy pozwał pan tę restaurację?
Nie, nie mógłbym, nie jestem taki. Ale pojechałam do nich, żeby im powiedzieć, co się stało. Byli przesłodcy i — jak to Włosi — bardzo emocjonalnie zareagowali, machając rękami i wykrzykując różne finezyjne przekleństwa. Nie mam do nich pretensji, bo grzyby niezwykle trudno jest zidentyfikować, one potrafią zmieniać się z godziny na godzinę. Idziemy w jedną stronę i mijamy grzyba, który ma kształt kuli, wracamy i jest płaski. Są tysiące zidentyfikowanych gatunków grzybów na tej planecie. Wiele z nich wygląda bardzo podobnie do siebie, z tą różnicą, że jeden jest śmiertelnie trujący, a drugi nie.
Pana filmy czasami przypominają wizualne poematy, słowa są dla pana bardzo ważne. Jaka jest pana relacja z poezją?
Bardzo lubię poezję z tego samego powodu, z którego w wielu moich filmach nie zobaczymy dramatycznych zwrotów akcji. Bo w poezji czasami najważniejsze jest to, czego nie słychać. Moimi rodzicami chrzestnymi są twórcy Nowojorskiej Szkoły Poezji: David Shapiro, Kenneth Koch, Bill Berkson, Ron Padgett, Frank O’Hara. To moi przewodnicy. Szanowali swoich poprzedników, ale też byli dyletantami, doceniającymi różne formy wyrazu. Bardzo ważne było dla nich poczucie humoru. W 1959 r. O’Hara napisał mały manifest, który nazywał się „Personizm”. Stwierdził w nim, że gdy malujesz obraz, czy piszesz wiersz, to wysyłasz to dzieło do jednej osoby — do swojego kochanka lub przyjaciela. Nie deklamujesz dla całego świata jak jakieś U2… I to jest dla mnie bardzo ważne. Zawsze, jak robię film, wyobrażam sobie, że to jest film dla jednej osoby, a nie jakiś światopoglądowy manifest. Robiąc film zostawiam list miłosny, jak w tym pięknym poemacie Williama Carlosa Williamsa o śliwkach w lodówce.
Chcę ci tylko powiedzieć
Że zjadłem
Śliwki
Które były
W lodówce
I które zapewne
Przeznaczyłaś
Na śniadanie
Wybacz mi
Były wyborne
Trochę słodkie
I takie zimne.
Tak, moje filmy na pewno są bardziej poezją niż prozą.