• Zamknięcie porodówki w Lesku zmusza kobiety do rodzenia bardzo daleko od swoich domów i potężnej logistyki w związku z tym;
  • Po zamknięciu porodówki w Lesku, w tamtejszym szpitalu jest jedynie położna pełniąca dyżury przy SOR;
  • Mieszkańcy mówią nam, że dystans w Bieszczadach mierzy się inaczej niż w mieście – na czas dojazdu ogromny wpływ ma chociażby pogoda.

Dla Marceliny z Krościenka w Bieszczadach ciąża to nie tylko oczekiwanie na dziecko. To także skomplikowana logistyka porodowa, którą trzeba zaplanować z wyprzedzeniem. Bo porodówka w Lesku – do której miała stosunkowo blisko – została zamknięta. Była ostatnią w Bieszczadach.

Oddział formalnie przestał działać 1 stycznia, choć w praktyce nie funkcjonował już od lipca ubiegłego roku. Zamiast porodówki dziś jest jedynie położna pełniąca dyżury przy szpitalnym oddziale ratunkowym. Jak tłumaczył wielokrotnie wicestarosta powiatu leskiego Wiesław Kuzio, decyzja o zamknięciu była podyktowana problemami finansowymi placówki. W efekcie ponad 135 tysięcy mieszkańców trzech powiatów – sanockiego, bieszczadzkiego i leskiego – nie ma w pobliżu szpitala z oddziałem położniczo-noworodkowym. Warto też nadmienić, że w powiecie sanockim porodówki nie ma od ośmiu lat, a w bieszczadzkim od pięciu.

Ostatnia porodówka zamknięta. „Kobiety nie mają gdzie przyjść”

Porodówka w Lesku była czymś więcej niż oddziałem. Dla wielu kobiet była pierwszym punktem kontaktu. Miejscem, do którego można było przyjechać, gdy coś zaczynało niepokoić. Gdy pojawiał się ból, krwawienie, gdy strach był silniejszy niż zdrowy rozsądek.

– Największym problemem jest to, że kobiety nie mają gdzie przyjść – mówi Karolina Skuła, położna z Ustrzyk Dolnych. – Nawet jeśli to jeszcze nie jest poród. Nawet jeśli one po prostu potrzebują sprawdzenia, rozmowy, uspokojenia. (…) Dla części pacjentek może to być też sytuacją stresującą. Chociaż ja naprawdę staram się mocno tego nie podkreślać i też nie straszyć pacjentek, żeby nie czuły jakiegoś większego zagrożenia. To ostatnie, czego im potrzeba w tym stanie – dodaje.

W Bieszczadach dystans mierzy się inaczej niż w mieście. Kilometry nie mówią wszystkiego. Znaczenie ma też pogoda, pora roku, kręte drogi, brak alternatywnych tras. – Od teraz z Wetliny czy Wołosatego to jest ponad dwie godziny dojazdu do najbliższej porodówki – mówi Duszan Augustyn, jeden z organizatorów protestów przeciwko zamknięciu oddziału w Lesku. – To realny czas, a nie wyliczenia z mapy. Najbliższe szpitale z oddziałami położniczymi znajdują się w Brzozowie, Krośnie, Przemyślu i Rzeszowie – dodaje.

Dla części kobiet oznacza to przynajmniej godzinę drogi. Dla innych – znacznie więcej. – W trakcie spotkań z władzami różnego szczebla słyszeliśmy, że „każdy ma samochód” – mówi Augustyn. – Tylko że poród nie wybiera pogody ani pory dnia. A nie każda kobieta jest w stanie sama prowadzić samochód w stresie – zauważa.

– Chodzi o spokój. O to, że wiesz, że twoje dziecko jest bezpieczne, bo pomoc jest blisko – nadmienia Agnieszka z Ustrzyk Dolnych, której córka niedawno rodziła. Mimo szczęśliwego rozwiązania martwi się, co będą przeżywać kolejne matki i ich rodziny. – Przecież to są tereny biedne. To jeszcze tego ich pozbawić? Te dzieciątka powinny się rodzić zdrowe, a jesteśmy traktowani jak obywatele trzeciej kategorii – rozkłada ręce.

Zamykanie porodówek. „Najpierw powinno się zbudować system”

Położne mówią wprost: zamknięcie oddziału bez zabezpieczenia to błąd systemowy. – Najpierw powinno się zbudować system, a dopiero potem zamykać oddział – mówi Karolina Skuła. – Tutaj zrobiono odwrotnie, dopiero będziemy sprawdzać, czy to wszystko działa – dodaje.

Szpital w Lesku funkcjonuje obecnie w takim trybie, w jakim działa od 1 lipca, kiedy zawieszono oddziały ginekologiczno-położniczy oraz noworodkowy. Przy szpitalnym oddziale ratunkowym przez całą dobę dyżurują położne. W przypadku zgłoszenia się ciężarnej, może ona zostać przetransportowana do innej placówki. Istnieje również możliwość porodu na miejscu.

Jak wielokrotnie podkreślali przedstawiciele szpitala, w styczniu ma wejść w życie akt prawny regulujący funkcjonowanie tzw. izb porodowych, określanych także jako sale narodzin. Na razie jednak nie ma żadnych wytycznych dotyczących finansowania takiej działalności. Dlatego obecnie placówka koncentruje się na uruchomieniu oddziału ginekologicznego.

Wspomniana na początku Marcelina – która jest w czwartym miesiącu ciąży – na razie analizuje możliwe scenariusze. Wśród nich ma: wcześniejszy wyjazd, nocleg bliżej szpitala albo pomoc rodziny z większego miasta. Wie jednak, że nie każda pacjentka ma takie możliwości. – Kobiety w większych miastach nie muszą się nad tym zastanawiać – mówi.

– Nie każdą kobietę stać na wynajęcie mieszkania czy wyjazd przed porodem. To są rozwiązania tylko dla części rodzin – zgadza się Agnieszka. 

Region, który traci

Zdaniem lokalnych działaczy zamknięcie porodówki w Lesku to element większego procesu. – To kolejny sygnał, że region się zwija. Brak porodówki zniechęca młodych ludzi do zostania tutaj. Grozi nam wizja, że Bieszczady będą traktowane jak wakacyjne sanatorium, a nie region z ogromnym potencjałem na rozwój – żali się Duszan Augustyn. – Koszty społeczne tego będą dużo większe. Tylko że zapłacimy za nie później – dodaje.

Źródło: TOK FM