Po piątkowym rozczarowaniu i odpadnięciu z kwalifikacji Klemens Joniak potrafił odpowiedzieć w najlepszy możliwy sposób. W niedzielnym konkursie Pucharu Świata w Sapporo 20-latek po raz pierwszy w karierze zapunktował w zawodach tej rangi, kończąc weekend na Okurayamie z ważnym, przełomowym doświadczeniem.
– Jestem zadowolony. Skoki może nie były jakieś spektakularne, ale były na normalnym poziomie. Nie chciałem nic dokładać, kombinować – po prostu skakałem luźno, bez dodatkowego napięcia – mówił Joniak. – Dziś to fajnie oddało. Okazało się, że nie trzeba nic więcej z siebie wyciskać, tylko skakać normalnie.
Po piątku, który zakończył się pechowym 51. miejscem w kwalifikacjach, w sztabie nie było nerwowych ruchów, ale rozmowa i konkretna analiza.
– Może nie była to żadna „bura”, ale normalnie usiedliśmy, przeanalizowaliśmy, co nie poszło w piątek. Musiałem się po prostu ogarnąć i tak to poskładać, żeby dziś było lepiej – przyznał.
Sobotę Joniak spędził z dala od rywalizacji, oglądając konkurs z boku – bez roztrząsania tego, co już się wydarzyło.
– Starałem się za bardzo nie wracać myślami do piątku. To już było, minęło. Trzeba było skupić się na tym, żeby w niedzielę było lepiej – tłumaczył. – Był spacer, trochę dotlenienia i sporo imitacji z trenerem. Dużo pracy na sucho i dziś było widać tego efekty.
W niedzielnych kwalifikacjach niestety w skok Polaka wkradło się kilka błędów, ale pomimo tego wywalczył awans do konkursu.
– Z progu ten skok nie wyszedł tak, jakbym chciał. Leciałem wolno i – jak to u mnie ostatnio bywa – za bardzo chciałem tę prędkość nadrobić w locie. Przesadziłem nad bulą, musiałem skontrować i to mnie skręciło. Wtedy też uciekły metry – analizował. – Na szczęście kwalifikacje udało się przejść i dostać do konkursu.
Po pierwszej serii konkursowej zanosiło się na kolejny pech – Joniak był wirtualnie przez dłuższy czas 31., zaledwie krok od awansu do finału.
– Pierwsza myśl była taka, że znając moje szczęście znowu będę 31. i stracę do trzydziestki – przyznał szczerze. – Na szczęście tym razem los był dla mnie łaskawy i wpuścił mnie do drugiej serii.
Awans do finału zdjął z jego barków ogromny ciężar.
– Na drugą serię jechałem już z dużą ulgą. Napięcie zeszło, wszystko puściło. Po prostu fajnie było skakać – mówił.
Dla młodego zawodnika był to moment wyraźnie przełomowy, zwłaszcza po wcześniejszych niewykorzystanych szansach.
– Wcześniej – w Wiśle, czy teraz w piątek – miałem poczucie, że dostałem szansę i ją zmarnowałem. Dziś podejście było zupełnie inne: bez przesady, bez spinania się, na luzie. I to zadziałało – podkreślał. – Są jeszcze spore rezerwy i jest nad czym pracować.
Joniak nie ukrywał, że klucz do stabilizacji leży w detalach – przede wszystkim w pozycji najazdowej.
– Wystarczy, że coś w pozycji nie gra o centymetr i już odbicie nie jest takie, jak powinno. Potem trzeba walczyć w locie o metry, bo z progu ich zabrakło – wyjaśniał. – Dla mnie najważniejsza jest pozycja dojazdowa. Jak ona jest dobra, to wszystko idzie dalej automatycznie: próg, lot, odległość.
Zapytany o złoto letnich mistrzostw Polski z 2024 roku i presję z nim związaną, stanowczo zaprzeczył, by był to dla niego balast.
– Nie odczuwałem tego jako ciężaru. Wręcz przeciwnie – to było potwierdzenie, że potrafię być najlepszy. Dało mi to pewność siebie – przyznał. – Gdy coś nie wychodziło w Pucharze Kontynentalnym, trzeba było to spokojnie przeanalizować i wrócić na dobre tory.
Na koniec Joniak odniósł się do różnic między Pucharem Świata a zapleczem elity.
– Nie ma aż takiej przepaści sportowej. Wiele siedzi w głowie – w luzie i w podejściu. Trzeba się z tym Pucharem Świata po prostu trochę otrzaskać – mówił. – Widać to u różnych zawodników: w jednym cyklu nie idzie, a w drugim nagle potrafią zrobić bardzo dobry wynik. To kwestia podejścia.
Korespondencja z Sapporo, Dominik Formela
