Wiele osób sądziło, że po interwencji wojskowej Stanów Zjednodzonych w Wenezueli Donald Trump choć na chwilę będzie usatysfakcjonowany — liczni urzędnicy w Waszyngtonie uznali ją bowiem za sukces. Okazuje się jednak, że amerykański prezydent nie ma dość. Niedługo po ataku na Caracas i zatrzymaniu prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro zaczął grozić kolejnym krajom.
W czasie, gdy w powietrzu wisi konflikt z Iranem i coraz bardziej zaostrza się napięcie związane z Grenlandią, na horyzoncie Trumpa pojawia się jeszcze jedno państwo — Kuba. Początkowo prezydent USA sugerował, że choć jest ona „ciekawym przypadkiem”, nie zamierza przejmować nad nią pełnej kontroli. Sytuacja bardzo szybko się jednak zmieniła.
— Myślę, że w końcu będziemy musieli porozmawiać o Kubie, bo to państwo, które nie funkcjonuje prawidłowo — powiedział dziennikarzom. Jak zwykle podkreślił, że chce pomóc nie tylko mieszkańcom Kuby, ale także licznej społeczności kubańskiej na emigracji — a więc swoim wiernym wyborcom.
Kilka dni później Trump jeszcze bardziej zaostrzył retorykę i skierował bezpośrednie ostrzeżenie do rządu Kuby. — Zdecydowanie radzę, by zawarli porozumienie, zanim będzie za późno — powiedział.
Trudno jednak zawrzeć jakiekolwiek porozumienie, jeśli między krajami nie ma dialogu, tak przynajmniej twierdzi prezydent Kuby Miguel Diaz-Canel. — Nie prowadzimy żadnych rozmów z rządem USA poza kontaktami technicznymi — wyjaśnił.
Napięcie między Waszyngtonem a Hawaną przenosi się — przynajmniej na razie — do przestrzeni cyfrowej i na morze. 8 stycznia Marc Thiessen, były autor przemówień Białego Domu, zamieścił w serwisie X prowokacyjne pytanie. „Reżim kubański przetrwał wszystkich prezydentów od czasów Eisenhowera. Czy nie byłoby czymś niezwykłym, gdyby ta seria zakończyła się na Donaldzie Trumpie?”.
Prezydent USA natychmiast udostępnił ten post na swojej platformie Truth Social. Na tym się jednak nie skończyło — opublikował też w tym serwisie grafikę wygenerowaną przy użyciu sztucznej inteligencji przedstawiającą, jak pali kubańskie cygaro. Zapytany przez jednego z użytkowników o to, czy Marco Rubio, obecny sekretarz stanu o kubańskich korzeniach, mógłby zostać przyszłym prezydentem Kuby, odpowiedział krótko: „dla mnie brzmi dobrze!”.
Choć prezydent nie raz mówi o działaniach, które mogłyby zdestabilizować kubański rząd, nie przedstawił dotąd konkretnego planu inwazji, podobnego do tego, który doprowadził do upadku Nicolasa Maduro. Po ataku na Wenezuelę, w wyniku którego zginęło 30 kubańskich żołnierzy, USA przegrupowały swoje siły. Okręty USS Iwo Jima i USS San Antonio już kilka dni temu zostały przesunięte na Atlantyk, bezpośrednio koło północnego wybrzeża Kuby.
Efekt domina
Biały Dom liczy jednak na to, że interwencja militarna nie będzie konieczna. — Kuba wygląda, jakby miała upaść — stwierdził Trump w rozmowie z dziennikarzami. Według niego wyspa obecnie nie ma żadnych dochodów. Przyczyną tego jest utrata wenezuelskiej ropy — po ataku USA na Wenezuelę i przejęciu przezeń kontroli nad przemysłem naftowym Kuba straciła około 30 tys. baryłek dziennie. Dla rządu mierzącego się z największym kryzysem od czasów rewolucji te liczby są zabójcze.
Chociaż pełniąca obowiązki prezydent Wenezueli Delcy Rodriguez potwierdziła „historyczne stanowisko” Wenezueli wobec Kuby, Trump twierdzi, że napływ imigrantów z tego kraju wysechł. — Kuba dosłownie jest bliska upadku. I jest wielu wspaniałych Kubańczyków-Amerykanów, którzy będą z tego bardzo zadowoleni — powiedział.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Sytuacja gospodarcza kraju dowodzi, że Trump może mieć rację. Problemy z ropą naftową to tylko kolejny z serii poważnych kryzysów. System socjalny Kuby jest obecnie osłabiony, a wstrzymanie dostaw ropy z pewnością nie poprawi sytuacji. Hawana zmaga się również z ogromnym odpływem wykwalifikowanych pracowników. Połączenie kryzysu wewnętrznego i utraty sojuszników może być dla Kuby fatalne w skutkach.
Nieprzyjemne deja vu
W czasie, gdy Donald Trump zaostrza retorykę przeciwko Hawanie, jego najwierniejsza baza wyborców — Amerykanie kubańskiego pochodzenia na Florydzie — przeżywa bolesne przebudzenie. Społeczność, która w zdecydowanej większości poparła kandydata Republikanów w listopadowych wyborach (zyskał w niej 68 proc. głosów), dostrzega bolesną analogię — rzeczywistość w kraju rządzonym przez Trumpa wielu z nich przypomina reżim, z którego uciekli.
Wielu Kubańczyków zaczyna dostrzegać niepokojące paralele między Trumpem a Fidelem Castro. Ataki na opozycję, próby kontrolowania mediów i demonizowanie mniejszości wywołują nieprzyjemne deja vu u tych, którzy pamiętają rewolucję. Jak powiedział Carlos Icaza, 63-letni kubańsko-amerykański fryzjer, w wywiadzie dla „El Pais”: „Kubańczycy nigdy nie wiedzieli, czym jest demokracja. Potrzebują [silnego] mężczyzny, który powie im, co mają robić”. Mówi, że rozpoznaje dyktatora, gdy go widzi. Niezrozumiałe jest dla niego, że znaczna część jego rodaków w Stanach Zjednoczonych wciąż broni Republikanów.
Daimarys Hernandez zgadza się z tym, uważając za niewiarygodne, że jej ludzie „nie rozumieją, jak zachowuje się dyktator”. „Ci sami Kubańczycy, którzy mieszkają tu od lat, nie zdają sobie sprawy z tego, że Trump zachowuje się tak samo jak Fidel” — mówi manicurzystka w rozmowie z „El Pais”. W zeszłym roku jej mężowi groziła deportacja.
Koniec przywilejów
Kubańczycy mają burzliwe relacje z Donaldem Trumpem, ale także z samym konserwatywnym rządem. Kampania republikanina w dużej mierze opierała się na obietnicach wzrostu gospodarczego, ale rzeczywistość wygląda inaczej. Ceny czynszów i żywności (nie tylko) na Florydzie nie spadają. Jessika Ruiz w rozmowie z „El Pais” stwierdziła, że zamiast postępu widzi jedynie słabą gospodarkę i podziały w administracji.
Jeszcze gorsza jest sytuacja, jeśli chodzi o politykę imigracyjną. Kubańczycy, niegdyś chroniona w USA grupa migrantów, utracili swoje przywileje. Trump stał się nie tylko prezydentem, który deportował jak dotąd najwięcej Kubańczyków, ale także tym, który zagroził statusowi imigracyjnemu społeczności, która od dawna korzystała z ochrony w Stanach Zjednoczonych.
Sytuacja jest krytyczna również dla dysydentów. Osoby, które uciekły z więzienia po protestach w lipcu 2021 r. często nie są przyjmowane w USA, a sędziowie nie przyznają im azylu po ostatnich zmianach przepisów. Po brutalnym traktowaniu osób ubiegających się o azyl wielu z nich straciło złudzenia i nie ubiega się już o amerykańskie obywatelstwo.
Coraz większe obawy budzi też przyszłość Ustawy o Dostosowaniu Kuby [Cuban Adjustment Act — CAA z 1966 r., która gwarantowała Kubańczykom stały pobyt w USA]. Chociaż nadal obowiązuje, po raz pierwszy od dawna Kubańczycy borykają się z tym samym poczuciem niepewności, deportacjami i rozdzielaniem rodzin, co imigranci z innych krajów.