Bruksela przygotowuje się do starcia, o jakim wielu dyplomatów nawet nie myślało: transatlantyckiego konfliktu handlowego wywołanego nie przez stal, półprzewodniki czy przepisy klimatyczne, ale przez Grenlandię.
Przywódcy UE spotykają się w czwartek, aby omówić, jak zareagować na groźbę prezydenta USA Donalda Trumpa, który zapowiedział nałożenie szeroko zakrojonych ceł na grupę krajów europejskich, jeśli nie zgodzą się one na przejęcie przez USA arktycznej wyspy, która jest samorządnym terytorium Danii.
W poniedziałek sekretarz skarbu USA Scott Bessent ostrzegł kraje europejskie przed odpowiedzią w postaci nałożenia własnych ceł.
Stawką jest coś więcej niż handel. Dla Brukseli kryzys ten dotyka sedna suwerenności, polityki sojuszu — oraz tego, jak daleko Trump jest gotów posunąć się w dyplomacji transakcyjnej.
Dla Marka Gitensteina, byłego ambasadora USA przy UE i długoletniego doradcy byłego prezydenta Joego Bidena, pomysł, że Waszyngton miałby wywierać presję na Danię w ten sposób, jest nie tylko błędny, ale wręcz obraźliwy.
— Pomysł, że w tym momencie zostanie podpisana umowa z Turnberry [nieformalne porozumienie handlowe zawarte w lipcu 2025 r. między UE a USA], jest absurdalny — mówi Gitenstein w wywiadzie dla Kyiv Post, odnosząc się do proponowanych ram negocjacji handlowych. — W tej chwili nie ma możliwości zmiany tej sytuacji. Trump musi to zrozumieć, a Europejczycy muszą trzymać się razem.
Posłużył się przy tym dosadną analogią:
To tak, jakby Chińczycy powiedzieli nagle, że zamierzają wziąć Hawaje na zakładnika… Musielibyśmy bronić Hawajów. A UE musi bronić Danii.
Dla Gitensteina kwestia ta ma szczególne znaczenie, biorąc pod uwagę dotychczasowe działania Danii. — Uważałem Duńczyków za najbardziej zagorzałych zwolenników Stanów Zjednoczonych w kwestiach wojskowych i gospodarczych — podkreśla. — A to, co robimy Duńczykom, jest obraźliwe.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
To poczucie zniewagi znajduje obecnie oddźwięk w stolicach europejskich. Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen powiedziała w poniedziałek w Davos dwupartyjnej delagcji amerykańskich prawodawców, że Waszyngton musi „jednoznacznie uszanować” suwerenność Danii i Grenlandii.
„Ma to ogromne znaczenie dla naszych stosunków transatlantyckich” — napisała na X, dodając, że „cła są sprzeczne z tymi wspólnymi interesami”.
Niepokój wśród sojuszników
Czy posunięcie Trumpa dotyczące Grenlandii to tylko taktyka negocjacyjna? — Można tak postępować w przypadku transakcji na rynku nieruchomości, ale nie w stosunkach dyplomatycznych z przyjacielem — ocenia Gitenstein.
Zapytany o to, czy posunięcie to odzwierciedla rzeczywistą zmianę strategii w priorytetach USA, nie przebierał w słowach. — Nie rozumiem, dlaczego [Trump] nie może zrobić wszystkiego, co musi, na mocy traktatu z 1951 r. — mówi, odnosząc się do długoletniego porozumienia obronnego między USA a Danią regulującego kwestie Grenlandii. — Nie podjął żadnego wysiłku, aby to wyjaśnić publicznie.
Trump uznał jednak Grenlandię za kluczową dla bezpieczeństwa narodowego USA i argumentował, że Waszyngton lepiej poradzi sobie z obroną Arktyki niż Kopenhaga.
W wiadomości do premiera Norwegii Jonasa Gahra Store Trump poszedł jeszcze dalej, łącząc swoje dążenia dotyczące Grenlandii z rozgoryczeniem z powodu nieotrzymania Pokojowej Nagrody Nobla. „Świat nie będzie bezpieczny, dopóki nie uzyskamy całkowitej kontroli nad Grenlandią” — oświadczył.
Ta retoryka wywołała protesty w Nuuk i Kopenhadze, a także niepokój wśród europejskich przywódców, którzy widzą w tym bezpośrednie wyzwanie dla powojennych norm dotyczących granic i suwerenności.
Prezent dla Kremla
Konsekwencje tego sporu odbijają się już echem poza Europą.
Rosja otwarcie cieszy się z rozłamu w stosunkach transatlantyckich. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow stwierdził, że „trudno nie zgodzić się” z analitykami, którzy uważają, że dążenie Trumpa do przejęcia Grenlandii może zapewnić mu miejsce w historii.
Dla Gitensteina taka reakcja jest sygnałem ostrzegawczym. — Myślę, że jest takie zagrożenie — podkreśla, pytany, czy spór może podważyć jedność Zachodu wobec Moskwy.
Jego zdaniem „bardzo trudno ocenić” skalę szkód, ale stawka jest jasna: Jeśli Trump poważnie myśli o osiągnięciu porozumienia z Rosją, nie może tego zrobić bez Europejczyków.
Trump musi więc zrozumieć, że potrzebujemy Europejczyków, a Europejczycy potrzebują nas
— dodaje.
Spektakl sporów między sojusznikami NATO o Grenlandię jest, jego zdaniem, „niepotrzebnie prowokacyjny”. — Może sprawdzić się na rynku nieruchomości w Nowym Jorku. Tutaj się nie sprawdzi.
Bruksela rozważa działania odwetowe
Za zamkniętymi drzwiami urzędnicy UE debatują nad pakietem ceł odwetowych na towary o wartości 93 mld euro (393 mld zł). Prezydent Francji Emmanuel Macron naciska na wdrożenie instrumentu przeciwdziałania przymusowi, ACI. Przywódcy Niemiec apelują o jedność.
Kilku europejskich sojuszników NATO wysłało już wojska do Grenlandii na wspólne ćwiczenia w ramach duńskiej operacji Arctic Endurance, co jest sygnałem solidarności i wspólnej troski o działania Rosji i Chin w Arktyce.
Jednak nie ma jeszcze konsensusu co do uruchomienia najsilniejszych narzędzi UE. — Nie sądzę, aby w tej chwili istniał konsensus co do zastosowania instrumentu antyprzymusowego. Rozumiem to — mówi Gitenstein.
Nie rozumie jednak logiki eskalacji konfliktu w tej chwili. — Administracja Trumpa musi zrozumieć konsekwencje tego działania — dodaje.
Dyplomacja pod presją
Dla dyplomatów pracujących na szczeblu roboczym kryzys ten jest koszmarnym scenariuszem.
— Nigdy nie doświadczyłem czegoś podobnego — przyznaje były ambasador, dodając:
Jeśli nie rozumiesz znaczenia sojuszu, nie wiem, jak możesz funkcjonować.
Podkreśla, że „bardzo współczuje” swojemu następcy w Brukseli, a także zwraca uwagę na ogromną presję, pod jaką znajdują się von der Leyen i przewodniczący Rady Europejskiej António Costa.

Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen podczas przemówienia na dorocznym Światowym Forum Ekonomicznym w Davos, 20 stycznia 2026 r.FABRICE COFFRINI/AFP / AFP
— Mam całkowitą pewność, że wszyscy oni znajdą rozsądne rozwiązanie — mówi, ale przyznaje, że sytuacja polityczna uległa niebezpiecznej zmianie.
W cieniu wojny w Ukrainie
Kryzys grenlandzki rozgrywa się na tle napiętej sytuacji: niepewności co do wsparcia USA dla Ukrainy i przyszłości NATO.
Gitenstein ostrzega, że rozdrobnienie frontu transatlantyckiego osłabi wpływ na Rosję. Wskazał jednak również na rosnącą rolę militarną Europy.
— Właśnie wysłali Ukrainie 90 mld euro (381 mld zł). To nie jest bez znaczenia — podkreśla. — W Europie są bardzo kompetentne siły zbrojne. Nawiasem mówiąc, najbardziej kompetentnymi siłami zbrojnymi w Europie są siły zbrojne Ukrainy.
Jasno jednak podkreśla, że Europa nie może po prostu zastąpić Stanów Zjednoczonych. — Bez Stanów Zjednoczonych to nie to samo. Nie ma co do tego wątpliwości — mówi.
Niebezpieczny precedens
Najpilniejsze pytanie dla Brukseli brzmi: jak mocno należy się sprzeciwić — i jak publicznie.
Von der Leyen ostrzegła, że cła zagrażają wspólnemu dobrobytowi. Kanclerz Merz wezwał do stanowczości. Macron chce odwetu. Bessent mówi, żeby nawet o tym nie myśleć.
Rada Gitensteina jest dosadna: Europa musi wyznaczyć jasne granice — i trzymać się razem.
— Unia Europejska musi bronić Danii — podkreśla i dodaje, że jeśli Grenlandia stanie się kartą przetargową, precedens nie zatrzyma się na Arktyce.
W rzadkim powietrzu Davos i mroźnej polityce wokół Grenlandii Europa odkrywa otrzeźwiającą prawdę: kiedy sojusze stają się transakcyjne, nawet fundament suwerenności może zacząć pękać.