Dominik Lutostański: Za nami kolejny ciekawy sezon. Aryna Sabalenka utrzymała pozycję numer jeden w rankingu WTA, ale Iga Świątek cały czas ją goni. To rywalizacja, która mocno napędza kobiecy tenis?
Piotr Woźniacki: Zdecydowanie tak. Smaczku dodaje fakt, że różnice między nimi widać gołym okiem. Aryna Sabalenka funkcjonuje w zupełnie innym świecie medialnym — pozwala sobie na więcej luzu, chętnie pokazuje prywatność, podróże, emocje, partnera. Jest otwarta, ekspresyjna i lubi być w centrum uwagi.
Iga to przeciwieństwo takiego podejścia. Sprawia wrażenie zawodniczki w pełni skupionej na sporcie, zdystansowanej i konsekwentnie skoncentrowanej na pracy. Gdy mówi, że „wraca do siebie”, ma na myśli trening i rozwój, a nie medialne aktywności. Nie buduje wokół siebie spektaklu, bo sama — dzięki wynikom — go tworzy.
Równie wyraźnie widać różnice na korcie.
Iga, w mojej opinii, jest lepszym wzorem do naśladowania. Pokazuje emocje, wolę walki, determinację — zaciśniętą pięść, krzyk po wygranej piłce. To wszystko jest naturalne i autentyczne. Styl Sabalenki bywa dla mnie męczący — szczególnie jej bardzo głośna ekspresja przy uderzeniach. To podejście, które kiedyś spopularyzowała Maria Szarapowa, a później przejęły inne zawodniczki. Regulamin tego nie zabrania, ale trudno uznać to za eleganckie. Mam wrażenie, że gdyby Sabalenka mogła dziś zaczynać karierę od nowa, być może wybrałaby inną drogę. Jedno jest jednak pewne: to właśnie kontrast między tymi dwiema osobowościami sprawia, że ich rywalizacja jest tak fascynująca.
Dalszy ciąg materiału pod wideo
Gdy spojrzymy wstecz, możemy mówić o różnych fazach rywalizacji obu pań. Był sezon, gdy to Świątek dominowała. Później Sabalenka stała się silniejsza i mocno poprawiła swój tenis.
Przede wszystkim Sabalenka postawiła na konkretne elementy — trenera od serwisu, trenera motorycznego. To zaowocowało. I dobrze, że Iga ma taką silną rywalkę jak Sabalenka. To działa pozytywnie na obie panie. Ważne jest, żeby mieć rywali, którzy stawiają opór. Bo gdyby Iga wszystko wygrywała przez lata i nie miała konkurencji, to ktoś mógłby powiedzieć: „Co to za tenis?”.
Nie ma tak, że wygrywasz wszystkie mecze. Nigdy tak nie było i nie będzie. To jest wpisane w sport. Nawet mistrzowie świata w pewnym momencie przegrywają i to w każdej dyscyplinie. Im większa rywalizacja, tym ciekawszy tenis. Tylko apeluję: jak najmniej hejtu. Bo człowiek, który nigdy nie trzymał rakiety w ręku, nie przebiegł maratonu ani nie podnosił dużych ciężarów, bardzo łatwo ocenia sport, siedząc na kanapie i patrząc w telewizor. Rywalizacja powinna być — i to jest fajne — ale po prostu trzeba kibicować mądrze.
Tenis w Polsce za sprawą Igi stał się jednym z najważniejszych sportów. Ukochana również dla pana piłka nożna czasami znajdowała się w jego cieniu. To widać po portalach i wiadomościach. Mnóstwo pisze się o tenisie i Świątek. Trochę inaczej wyglądało to w czasach, gdy pana córka Karolina należała do światowej czołówki. O jej wynikach aż tak dużo w naszym kraju się nie mówiło.
To prawda. Po pierwsze jednak Karolina reprezentowała Danię. Po drugie Agnieszka Radwańska grała bardzo solidny tenis i na tamte czasy była najlepsza. Biła wszystkie rekordy, jakie ktoś w Polsce osiągnął. Był Jerzy Janowicz, był Łukasz Kubot i inni. Jednak były też sukcesy w innych dyscyplinach. Nie mówię, że teraz ich nie ma, chociaż ostatnie dziesięć medali dla Polski na igrzyskach bardzo mnie zmartwiło. Jak na kraj prawie czterdziestomilionowy to jest naprawdę równia pochyła.
Obawiam się, że jeśli dalej będziemy tak funkcjonować, to będzie jeszcze gorzej. Chociaż chciałbym tu „odpukać w niemalowane”. A jeśli chodzi o Igę, to warto spojrzeć szerzej. U mężczyzn jest wiele dyscyplin, które dają prestiż i realne pieniądze — koszykówka, piłka nożna, siatkówka. U kobiet tak naprawdę tenis jest tą dyscypliną, gdzie można zarabiać i mieć międzynarodowy prestiż. Myślę, że także dzięki kobietom w Polsce — które miały ogromny wpływ choćby w czasie wyborów — tenis stał się tak popularny. I bardzo dobrze.
Aryna Sabalenka i Iga Świątek na treningu przed Australian Open (Foto: Marcin Cholewiński / newspix.pl)
Najważniejsze jednak jest to, żeby dzieciaki się ruszały. A niestety mamy w Polsce problem w tej kwestii. Statystyki są dramatyczne: w klasach 1–3 tylko 6 proc. dzieci potrafi prawidłowo wykonywać podstawowe ruchy związane z balansem. 30 proc. dzieci w tym wieku jest otyłych — to jeden z najwyższych wskaźników w Europie. 60 proc. dzieci nie wykonuje w ciągu dnia choćby godziny jakiejkolwiek aktywności fizycznej, nawet hobbystycznej. Za to spędzają ponad sześć godzin dziennie z telefonem. To jest tragedia.
Zrobił pan podprowadzenie, żeby opowiedzieć o pana projekcie związanym z zaangażowaniem dzieci w sport. W rozmowie z Dawidem Celtem i Markiem Furjanem opowiadał pan, że chciałby zaktywizować dzieci w Polsce. Czy ten program ruszył?
To prawda, powstał taki projekt. Niestety, Polska to nie Skandynawia — u nas nic nie jest takie proste, jak się wydaje. Projekt nazywa się „Jedna siatka — cztery sporty”. To pilotażowy program dla klas 1–3. Wprowadzamy go już od kilku miesięcy. Sprzęt jest pod marką moją i Karoliny. Czuję się trochę tak, jakbym cały czas szedł pod górę, ale rozmawiałem już z Dawidem Celtem, z Łukaszem Kubotem i innymi. Planujemy dalej organizować eventy w mniejszych miastach i na wsiach. Ta góra jest wysoka, więc musimy iść powoli, ale wierzę, że dojdziemy na szczyt.
To brzmi jak osobista misja dla polskiego sportu.
Zdecydowanie. To mój pomysł. Oprócz tego wymyśliłem i zarejestrowałem patent pod hasłem „Szukanie Messiego w Polsce” związany z treningiem technicznym piłkarzy, szczególnie dzieci w wieku 6–13 lat. Ten projekt jest już gotowy do wdrożenia, ale nie chcę jeszcze za dużo zdradzać. Jesteśmy w blokach startowych.
Czyli jednak piłka nożna, a nie tenis?
Piłka nożna i tenis. „Jedna siatka — cztery sporty” to minitenis, siatkonoga, badminton i siatkówka.
Wszystko przez siatkę.
Właśnie tak. Jedna siatka, wszystko w jednej torbie. Nie potrzebujemy hal ani infrastruktury. Rozstawiasz sprzęt gdziekolwiek — w środku, na zewnątrz, przed lekcjami, po lekcjach, na przerwach. Nie musimy budować kortów o konkretnych wymiarach. To w realnym życiu się nie sprawdza.
Carolina Wozniacki (Foto: Oscar Gonzalez/SIPA USA / newspix.pl)
Karolinę zobaczymy w tym projekcie?
Tak, Karolina jest w tym projekcie od początku. Dała mi zielone światło, taką symboliczną „pieczątkę”, żebym działał. Na pewno też się będzie pojawiać, bo cały mój pomysł polega na tym, żeby te dzieciaki, które zaczniemy aktywizować ruchowo — bo o to chodzi na starcie — były nagradzane. Te dzieci, które będą najwięcej korzystały ze sprzętu i pokażą, że naprawdę im się chce, będą nagradzane całą klasą. Rozmawiałem już m.in. z ATP i WTA — będę mógł wysyłać dzieci na wybrane turnieje. Dostaną akredytacje. W siatkówce też mam kontakt z prezesami — dzieci będą mogły oglądać najlepsze mecze ligowe albo duże imprezy. Tak samo w piłce nożnej i badmintonie. Badminton w Polsce może nie jest jeszcze na najwyższym poziomie, ale Duńczycy są bardzo mocni, więc zaprosimy dzieci do Danii.
Wróćmy do tenisa. W poprzednim sezonie pojawiły się zawodniczki pokroju Mirry Andriejewej, które „nie leżą” Świątek. Mają styl, który wprowadza ją w dyskomfort. Czy pan jako trener uważa, że warto przygotowywać się pod takie rywalki?
Ja podszedłbym do tego absolutnie indywidualnie. Nie patrzyłbym na to, co pisała historia. Historię trzeba znać, ale należy korzystać z teraźniejszości. Skupiłbym się wyłącznie na następnym meczu. Obecnie zarówno Iga, jak i Andriejewa są bardzo łatwe do rozczytania. Mamy programy, statystyki, analizę wideo — możemy zawodnika przeanalizować od A do Z i pod to dostosować trening oraz taktykę.
Najważniejsze: być tu i teraz. Przyjąć taktykę i ją realizować. Nie denerwować się, nie patrzeć na wynik i myśleć tylko o wygraniu ostatniej piłki. To jest przepis na sukces. Oczywiście są zawodniczki wyjątkowe — jak Serena Williams w swoich najlepszych latach. Serwis, siła uderzenia, mentalność — wtedy naprawdę bardzo trudno było ją pokonać, zwłaszcza w półfinałach i finałach. Dlatego wygrała tyle turniejów wielkoszlemowych. Jednak jeśli mówimy o Idze i Andriejewej — nie przesadzajmy. Iga jest moim zdaniem lepsza tenisowo, szybsza i lepiej przygotowana atletycznie. Andriejewa robi duże postępy, ma dobrych trenerów, jest ambitna — tego nie można jej odmówić — ale to nie znaczy, że jest nie do pokonania. Widzieliśmy to na niektórych turniejach, że gdy była blisko dużych wyników, bardzo się denerwowała, krzyczała na swój team — i to też pokazuje, gdzie jeszcze jest. Ja bym szedł do przodu i absolutnie nie wkładał sobie do głowy, że „jakaś zawodniczka nie leży”. Bo jeśli zacznie się to sobie wmawiać, to na pewno nie pomoże.
A czy z obecnego touru jest jakaś tenisistka, której styl szczególnie się panu podoba?
Szczerze? Podobają mi się wszystkie tenisistki, które nie obrażają się na mecz. Które walczą, pokazują charakter, sportową złość, ale w granicach fair play. Nie cierpię, gdy ktoś zaczyna filozofować, narzekać, robić sceny. A już szczególnie u kobiet wygląda to bardzo nieelegancko. To jest płeć piękna — ludzie chcą oglądać sport, dramaturgię, walkę, ale z klasą. Im więcej takich zawodniczek, tym więcej ludzi będzie przychodziło na kobiecy tenis. I to jest droga do sukcesu — żeby WTA rosło w siłę, a kibice cieszyli się na trybunach.
Czyli nie należy pan do zwolenników zawodniczek, które narzekają również na to, że terminarz jest przeładowany turniejami.
Harmonogram był, jest i będzie. Ja rozumiem wszystko i absolutnie rozumiem obie strony. Sam prowadziłem turniej — kilka lat w Danii, później byłem zaangażowany w turniej w Katowicach — więc wiem, jak to wygląda od kuchni. Ci, którzy organizują turnieje, inwestują ogromne pieniądze i wkładają w to masę pracy, szczególnie przy imprezach wyższej rangi. To trzeba uszanować. Rozumiem też, że nie każdy zawodnik wytrzymuje to fizycznie i mentalnie. Co tydzień trzeba dawać z siebie maksimum.
Trzeba do tego podejść rozsądnie — nie wszystko da się wygrać. Należy tak ułożyć terminarz, żeby on pasował zawodniczce, ale pamiętajmy, że to WTA ustala kalendarz i zawodniczki muszą się do niego dostosować. Turniej jest w dużej mierze dla kibiców i dla tych, którzy w niego zainwestowali. Zawodniczka musi być dostępna — dla mediów, dla fotografów, dla fanów. Tak to działa.
My z Karoliną zawsze tak do tego podchodziliśmy. Nie da się dziś wszystkiego wybierać i wygrywać. Oczywiście można nie jeździć na dany turniej, ale jeśli wycofujesz się w ostatniej chwili, to zawiedziesz kibiców, którzy przyszli specjalnie dla ciebie. To wszystko można inaczej skalkulować: czasem potraktować turniej bardziej treningowo, pod coś większego. Nie mówię, żeby ogłaszać to całemu światu — najważniejsze jest to, co masz w głowie i jaka jest twoja droga do sukcesu. Zespół i zawodniczka muszą mieć wspólne podejście.
Swoją drogą, warto wspomnieć o turniejach w Azji. Zawsze mówiłem Karolinie, że tam najłatwiej zdobywać punkty. A ile ja się wtedy nasłuchałem narzekań od innych zawodniczek: że długo, że daleko, że się nie chce. A potem turniej rangi 1000, ponad milion dolarów dla zwyciężczyni. No ludzie! Piękne hotele, świetne warunki — trzeba tylko umieć z tego skorzystać.
Trudno mi sobie wyobrazić, żeby któraś zawodniczka pojechała na turniej z myślą, że „odpuszcza”.
Nie powiedziałbym „odpuszcza”, raczej luzuje. Traktuje turniej szkoleniowo, pod coś większego. Plan musi być. Nie ma planu polegającego na tym, że cały czas wygrywasz. Mamy cztery turnieje wielkoszlemowe — formę trzeba umiejętnie rozłożyć. Forma idzie w górę i w dół, taka jest prawda. Trzeba mieć czas na trening, na refleksję i na rozwój. Nie możesz cały czas robić tego samego i myśleć, że będziesz wszystko wygrywać. Bo wtedy okazuje się, że idziesz drogą jednokierunkową, a na końcu jest ślepa uliczka.
A skoro o rozwoju mowa — często pojawia się opinia, że tenis Igi Świątek jest jednowymiarowy.
Każdy zawodnik chce być lepszy — skróty, woleje, smecze — to wszystko się rozwija. Jednak trzeba robić to mądrze. Weźmy przykład z Rogera Federera. Zmienił rakietę na większą, przestał grać tyle slajsem, bo tenis poszedł do przodu: piłki, rakiety, tempo gry. Jednak on nie zrobił tego w wieku 19 lat. Iga na pewno stopniowo wprowadza nowe elementy, ale przede wszystkim trzyma się tego, co daje jej sukces. Tak zawsze powinno być: 70 proc. czasu robisz to, co jest twoją największą siłą, a 30 poświęcasz na rozwój nowych elementów. Nigdy odwrotnie. Jeśli nagle 70 proc. poświęcisz na coś nowego, to stracisz to, co było twoim fundamentem — a razem z tym pewność siebie.
Z trenerskiego punktu widzenia — Wim Fissette — jaka to postać?
Szczerze? Nigdy go do końca nie rozgryzłem. Nigdy nie widziałem jego treningów i nie analizowałem go głęboko. Trenował Kim Clijsters, potem inne zawodniczki — często współpraca trwała rok. Zawsze się zastanawiałem, czy on był zmęczony pracą z dziewczynami czy dziewczyny nim. Bo praca z zawodniczkami jest trudniejsza — one potrafią wyciągnąć z ciebie więcej energii. Z dużą dozą ciekawości będę przyglądał się jego współpracy z Igą.
Spójrzmy w przyszłość. Gdybyśmy mieli pobawić się we wróżbitów — Iga Świątek w przyszłym sezonie. Jakie wyniki osiągnie w szlemach? Zacznijmy od Australian Open.
Australia to zawsze był dla niej trudny turniej. Sezon zaczyna tam trochę wolniej. Jednak życzyłbym jej co najmniej finału — to byłby progres w porównaniu do zeszłorocznego półfinału. Swoją drogą, trochę szkoda tego meczu z Madison Keys.
Jeśli chodzi o przygotowanie fizyczne, są tam drobne niuanse, które mogą zrobić różnicę. Czasem jest bardzo zimno, czasem ekstremalnie gorąco. Są rzeczy, które trzeba wiedzieć i zrobić trochę inaczej. My z Karoliną dowiedzieliśmy się o nich za późno. Novak Djoković, Marat Safin — oni czasami podpowiadali nam pewne detale. Jednak ostatecznie z Karoliną sięgnęliśmy przecież po triumf. Mam zamiar porozmawiać o tym ze sztabem Igi.
Roland Garros?
Absolutny numer jeden. To jest jej turniej, jej kort. Nie widzę dziś nikogo na mączce, kto mógłby jej realnie zagrozić — mówię to całkiem serio. Na innych turniejach ziemnych może być różnie, ale Paryż to jej królestwo.
Wimbledon?
Bardzo trudno będzie jej powtórzyć sukces. To nie jest jej naturalna nawierzchnia, choć skoro wygrała, to trudno powiedzieć, że „nie jej”. Są jednak zawodniczki, które na trawie czują się znacznie lepiej i dużo zależy od losowania.
US Open?
Ma stuprocentowe szanse. Przy zdrowiu i dobrym układzie drabinki widziałbym ją jako jedną z trzech głównych faworytek.