Wewnątrz kopuły Kapitolu Stanów Zjednoczonych, pod którą rok temu Donald Trump złożył przysięgę urzędową, widnieje motto, które 13 młodych kolonii przyjęło 4 lipca 1776 r. „E pluribus unum” — z wielu jedno. To dewiza USA symbolizująca powstanie jednego narodu z wielu niezależnych stanów. Państwo złożone z wielu części — geograficznych, politycznych, kulturowych.
Ma równo 250 lat. Okrągłe obchody powstania USA przypadają na drugą kadencję Donalda Trumpa, który zmienia swój kraj i świat jak niewielu jego poprzedników. „Złoty wiek Ameryki jest przed nami” — oświadczył latem ubiegłego roku, gdy na targach stanu Iowa dał sygnał do rozpoczęcia roku jubileuszowego, którego kulminacją będzie wielka publiczna impreza w Waszyngtonie 4 lipca.
„America 250”, jak oficjalnie nazywa się rok jubileuszowy, nosi wyraźne piętno Trumpa. Głowa państwa pragnie łuku triumfalnego wzorowanego na paryskim — ma on stanąć obok pomnika Lincolna i być zwieńczony dwoma orłami oraz złotym, skrzydlatym aniołem. Departament Skarbu Stanów Zjednoczonych zaprezentował też pamiątkową monetę, na której po obu stronach widnieje profil prezydenta. Na jednej znajduje się napis „Liberty” (wolność), na drugiej: „Fight Fight Fight” (walcz, walcz, walcz). Podczas obchodów jubileuszowych na trawniku przed Białym Domem ma się odbyć walka mieszanych sztuk walki — Trump jest wielkim fanem tego sportu.
Jak jednak wyglądają naprawdą USA? I co — 250 lat po założeniu kraju oraz rok po powrocie Trumpa do Białego Domu — oznacza dziś „E pluribus unum”? Od momentu powrotu do Białego Domu prawie 80-latek radykalnie przebudowuje Stany Zjednoczone, brutalnie niszcząc tkankę społeczną swojego narodu oraz przekraczając wszelkie granice i normy.
Prezydent USA na nowo definiuje, kto może należeć do USA, a kto nie. Migracja, gospodarka, rodzina i kultura — to wszystko staje się dla niego instrumentem politycznym. Szczególnie cztery obszary pokazują, jak reorganizacja, której dokonuje Trump, wpływa na codzienne życie Amerykanów.
W połowie września rodzina Franyelis Parry stawiła się zgodnie z przepisami przed sądem w Nowym Jorku. Rok wcześniej Wenezuelka wraz z mężem i dwójką dzieci nielegalnie przekroczyła granicę z Meksykiem i złożyła wniosek o azyl. Rozprawa w Nowym Jorku nie trwała długo, sędzia odroczył ją do początku 2029 r. To zwyczajna procedura w przeciążonym systemie azylowym USA.
Po opuszczeniu budynku mąż Parry został nagle zatrzymany przez funkcjonariuszy urzędu imigracyjnego ICE. — Najpierw trafił do więzienia w New Jersey, a następnie do Luizjany. Sędzia odrzucił jego wniosek o azyl. Następnie został deportowany do Caracas — mówi Parry w wywiadzie dla „Welt Am Sonntag”. — Byliśmy szantażowani w Wenezueli. Mieliśmy nadzieję na nową przyszłość w USA — dodaje. Bez dochodów partnera, który pracował na budowie, matka i dzieci straciły swoje małe mieszkanie. Obecnie mieszkają w ośrodku dla migrantów i chcą wrócić do ojczyzny. Brakuje im jednak pieniędzy na bilety lotnicze do Wenezueli, a Parry jest w siódmym miesiącu ciąży. — To wszystko to jedno wielkie nieszczęście — mówi.
Za rządów Trumpa sceny takie jak ta z nowojorskiego sądu są na porządku dziennym. Policjanci — w cywilnych ubraniach i zamaskowani — wyskakują z samochodów i zatrzymują mężczyzn i kobiety na ulicach, na przystankach autobusowych, na parkingach supermarketów, przed szkołami i przedszkolami. Akcje te nie tylko budzą strach wśród imigrantów, ale także coraz większą złość obywateli USA. Początkowo wielu z nich popierało zatrzymywanie i deportacje nielegalnych migrantów. W ostatnich miesiącach opinia publiczna zmieniła jednak zdanie. Dziś 51 proc. Amerykanów uważa, że akcje te są zbyt brutalne i zedcydowanie się im sprzeciwia.
Śmiertelne postrzelenie kobiety przez funkcjonariusza ICE w Minneapolis wywołało protesty daleko poza granicami Minnesoty. Oburzenie budzi również fakt, że administracja Trumpa odebrała lokalnemu wymiarowi sprawiedliwości prawo do prowadzenia śledztwa w tej sprawie. W mieście dochodzi do gwałtownych starć między policją a demonstrantami. W tym tygodniu Trump zagroził nawet wysłaniem do tego stanu wojska, powołując się na Ustawę o powstaniu z 1807 r.
W kampanii wyborczej Trump obiecał, że przeprowadzi „największą kampanię deportacyjną w historii Stanów Zjednoczonych”. Podczas jego kadencji straż graniczna i ICE działają znacznie bardziej brutalnie niż za czasów Joego Bidena. Liczba aresztowań i deportacji gwałtownie wzrosła. Podczas gdy w 2024 r. codziennie aresztowano około 300 osób, między 20 stycznia a 15 października 2025 r. średnia liczba aresztowań — według oficjalnych danych —wyniosła 821. Ostatnio Urząd Celno-Imigracyjny zgłosił ponad 1100 aresztowań dziennie.
W grudniu Departament Bezpieczeństwa Krajowego ogłosił, że w minionym roku deportowano z USA ponad 600 tys. osób. Cel Białego Domu jest jeszcze wyższy — 3000 aresztowań dziennie, taką liczbę podał w maju przez Stephen Miller, zastępca szefa sztabu Trumpa. Nakazał przeprowadzać akcje deportacyjne we wszystkich miejscach, w których przebywa wielu migrantów.

Osoba powalona na ziemię przez agentów z Urzędu Celno-Imigracyjnego (ICE), Minneapolis, 13 stycznia 2026 r.Star Tribune via Getty Images / Contributor / Getty Images
W ten sposób administracja Trumpa radykalnie zmieniła kurs. Do tej pory skupiała się na konkretnych osobach — przestępcach, którzy już przebywali w więzieniach i zostali deportowani bezpośrednio z aresztu lub cudzoziemcach, którzy pozostawali w kraju pomimo odrzuconego wniosku o azyl lub wygasłej wizy. Teraz stosuje metodę deportacji masowych.
Funkcjonariusze ścigają nawet osoby, których wygląd wskazuje na to, że mogą przebywać w kraju nielegalnie. Nierzadko są wśród nich także obywatele USA — gdy odpowiednie organy potwierdzą ich obywatelstwo, zostają zwolnieni. Za rządów Bidena akcje ICE w kościołach, szkołach i gabinetach lekarskich były zakazane. Trump zniósł to ograniczenie natychmiast po objęciu urzędu.
Nowością jest też to, że funkcjonariusze interweniują w sądach imigracyjnych, zwłaszcza w Nowym Jorku, gdzie zatwierdzana jest około połowa wszystkich wniosków o azyl w USA. Od początku lata ICE zatrzymuje w korytarzach sądowych osoby ubiegające się o azyl i przekazuje je własnym sędziom. A u nich odsetek odrzuconych wniosków wynosi znacznie ponad 90 proc. Oficjalnie administracja realizuje plan deportacji „najgorszych z najgorszych”, czyli przestępców popełniających najcięższe przestępstwa. Niemal codziennie ICE publikuje w internecie zdjęcia zatrzymanych przestępców. Ponad 70 proc. osób zatrzymanych pod koniec roku nie miało jednak wcześniejszych żadnych wyroków skazujących.
Nie należy spodziewać się zmiany kursu. Miller podał ostatnio w wątpliwość nawet automatyczne prawo do obywatelstwa dla dzieci urodzonych w USA — administracja Trumpa chce wziąć na celownik również dzieci, które — w jej oczach — są nielegalnymi obywatelami. Już pierwszego dnia swojej drugiej kadencji Trump zarządził, że dzieci nielegalnych imigrantów i niektórych cudzoziemców przebywających tymczasowo w kraju nie będą już automatycznie otrzymywać obywatelstwa.
Sąd Najwyższy zamierza wiosną podjąć decyzję w tej sprawie.
Wiara jako kwestia polityczna
Przy autostradzie 811 stoi biały drewniany dom z lat 50. XX w. Rodzina Bridgesów mieszka w nim od prawie dwóch lat. Jessi i Ben oraz piątka ich dzieci zamienili życie na wsi z mroźnymi zimami w Henderson na ciągły upał Las Vegas. — Tutaj ludzie mieszkają od pokoleń, jest stabilność — mówią.
Stabilność i powrót do amerykańskich korzeni to bardzo ważne dla nich tematy. Obawiają się, że bez tego przyszłość USA maluje się w ponurych barawch. Dlatego małżeństwo określa się mianem „pronatalistów” i „chrześcijańskich nacjonalistów”. Są zwolennikami ideologicznie uzasadnionej wielodzietności i chrześcijańskiego nacjonalizmu [ideologii łączącacej przekonania narodowe z tożsamością chrześcijańską].
Chociaż żaden z tych ruchów nie odnotował znaczącego wzrostu popularności, ich członkowie zyskują coraz większe znaczenie w USA. W sondażu przeprowadzonym przez Pew Research Center zeszłej zimy 18 proc. respondentów stwierdziło, że religia zyskuje na znaczeniu w życiu Stanów Zjednoczonych. Zaledwie rok później odsetek ten wynosi 31 proc. — to najwyższy wynik od 15 lat.
Religia i powrót do korzeni to główne czynniki kształtujące politykę administracji Trumpa. Już w 2016 r. prezydent zrozumiał, jak wielką rolę w kraju odgrywają protestanci — stanowili wówczas jedną czwartą jego elektoratu. Chociaż styl życia Trumpa ma niewiele wspólnego z ich surowymi zasadami moralnymi, ewangelicy są od tego czasu jego decydującą bazą wyborczą.

Jessi i Tom BridgesStefanie Bolzen / Die Welt
To zaowocowało obsadzeniem Sądu Najwyższego konserwatywną większością oraz zniesieniem przez jego sędziów ogólnokrajowego prawa do aborcji. Wielu ultrakonserwatystów docenia również to, że Trump opowiada się za nauczaniem domowym i utworzył komisję ds. religii. — Przywracamy religię! Nie będziemy dalej tolerować prób jej zniesienia — powiedział w maju ubiegłego roku podczas uroczystości w Ogrodzie Różanym Białego Domu.
Komisja ma m.in. chronić podejmowanych przez rodziców „decyzji sumienia w służbie zdrowia”, na przykład w kwestii szczepień ich dzieci, które w USA są tematem nacechowanym ideologicznie. Ponadto ma gwarantować swobodę wyrażania i praktykowania przekonań religijnych. Ewangelicy postrzegają to jako ochronę przed polityką „przebudzonych” Demokratów, których uważają za wrogów religii.
W kampanii wyborczej Trump nazwał siebie „ojcem zapłodnienia in vitro”, a później dekretem prezydenckim nakazał rozszerzyć dostęp do tej procedury i obniżyć jej koszty. — Chcemy więcej dzieci! — stwierdził. To oświadczenie spotkało się z pozytywnym odbiorem rodzin takich jak Bridgesowie.
Przy kuchennym stole siedzi piątka dzieci w wieku: 14, 13, 11, dziewięć i siedem lat. — Dzieci są naszym dziedzictwem, które będzie trwać. Naszym drzewem genealogicznym, ale także naszą wiarą, którą przekażą przyszłym pokoleniom — mówi Jessi Bridges, nakładając makaron z serem na kilka talerzy. Właściwie para chciała mieć jeszcze więcej dzieci, „ale po czterdziestce energia słabnie” — mówi Ben Bridges. — Nie powinniśmy czekać z dziećmi do 25. roku życia — dodaje.
42-latek służył w amerykańskiej piechocie morskiej, kiedy poznał swoją przyszłą żonę. Był na misji w Iraku i Afganistanie. Dziś, wraz ze swoją gromadką dzieci, ponownie służy Ameryce takiej, jaka według niego powinna być: opartej na zasadach biblijnych. — Ten naród został założony jako naród chrześcijański. Ojcowie założyciele byli w większości chrześcijanami. Prawa, konstytucja, wszystko to opierało się na prawach Starego Testamentu i zasadach biblijnych — mówi Jessi Bridges. — Historia jest przekazywana przez przodków. To właśnie sprawia, że USA są tym, czym są. To właśnie dziś tracimy — dodaje jej mąż.
Jessi Bridges odwołuje się do Johna Adamsa, ojca założyciela i drugiego prezydenta Stanów Zjednoczonych. To on powiedział, że konstytucja została napisana „dla moralnego, religijnego i cnotliwego narodu”. — Miał na myśli chrześcijaństwo lub różne wyznania w jego ramach — tak 40-latka interpretuje konstytucję, choć nie ma w niej wyraźnej wzmianki o chrześcijaństwie. Bridgesowie postrzegają swoją wielodzietność i religijność jako część tej walki z USA, które już do nich nie należy, ale które chcą odzyskać.

Burmistrz Nowego Jorku Zohran Mamdani, 20 stycznia 2026 r.Michael M. Santiago / Staff / Getty Images
Podczas rozmowy wielokrotnie pojawia się nazwa miejscowości Dearborn. Miasto w stanie Michigan ma jedną z największych społeczności muzułmańskich w Stanach Zjednoczonych. — Do naszego kraju przybywa wielu muzułmanów. Uważają nas za niewiernych. Nie chcę, aby moje dzieci dorastały w świecie, w którym są postrzegane jako wrogowie — mówi Jessi Bridges. Jej mąż zgadza się z nią. Bridgesowie uwżają, że muzułmanie chcą wprowadzić szariat i zmusić amerykańskich chrześcijan do konwersji. Przykładem tego jest dla nich nowy muzułmański burmistrz Nowego Jorku, Zohran Mamdani. Ich zdaniem można temu zapobiec tylko wtedy, gdy Amerykanie będą bronić chrześcijaństwa. — Na pierwszym miejscu stawiamy nasz własny naród, ponieważ pod wieloma względami ulegamy rozpadowi — mówią. E Pluribus Unum? W oczach tej pary nie może dotyczyć wszystkich.
Podział ról w ich rodzinie jest patriarchalny. On pracuje, ona zajmuje się dziećmi. — Uczymy je w domu, ponieważ państwowy system szkolnictwa jest bezbożny — mówi matka. Zaczynają od czytania Biblii, wkuwają matematykę, czytają Szekspira. Jessi Bridges realizuje program nauczania, który kwalifikuje dzieci do podjęcia studiów. W Kentucky nie ma ścisłych przepisów dotyczących rejestracji.
Niedziele rodzina spędza w parafii. — Uważam, że mężczyźni powinni przewodzić, zapewniać utrzymanie, a kobiety powinny odgrywać tradycyjne role — mówi Ben Bridges. — Co można zrobić dla swojego kraju lepszego niż mieć żonę i dzieci, którymi można się opiekować i którymi można kierować? — dodaje.
W przeddzień 250. rocznicy powstania USA — „największego kraju, jaki kiedykolwiek istniał, jeśli mogę tak powiedzieć” — mówi Ben — rodzina Bridges pragnie powrotu do korzeni. Walczą o to na swój sposób. Ich walka odzwierciedla powszechne odczucia w podzielonym kraju.
Zawłaszczanie państwa
W połowie grudnia Zak Folkman ponownie odwiedza Dubaj. Opalony nowojorski przedsiębiorca w białej koszulce stoi na balkonie hotelu, a za nim wznosi się najwyższy budynek świata, Burdż Chalifa. Folkman, założyciel firmy zajmującej się kryptowalutami World Liberty Financial (WLF), udziela wywiadu tureckiemu youtuberowi. Robi to coraz częściej. Folkman zasadniczo nie rozmawia z tradycyjnymi mediami masowymi, które zadają krytyczne pytania. Jego zdaniem sprzymierzyły się one przeciwko niemu i jego wizji przyszłości branży finansowej — tak uważa mężczyzna, który od prawie roku pracuje dla Donalda Trumpa.
Świat arabski jest jednym z kluczowych rynków dla WLF i planów administracji Trumpa, by uczynić USA wiodącą potęgą kryptowalutową na świecie. Folkman chce zrewolucjonizować międzynarodowy system bankowy. Wiele z tego, co mówi, przypomina retorykę Trumpa. — Takiej firmy jeszcze nie było w historii. Firmy, która łączy wizjonerów z ludźmi posiadającymi doświadczenie i kontakty, aby stworzyć coś wyjątkowego — twierdzi. O kim mówi Folkman? O rodzinach Trump i Witkoff.
Prezydent USA jest nie tylko znaną twarzą WLF i jej głównego produktu, kryptowaluty o nazwie $WLFI. Firmą zarządzają jego synowie: Donald Jr., Eric i Barron. Oprócz Folkmana na pokładzie są również Alex i Zach Witkoff — synowie Steve’a Witkoffa, miliardera i bliskiego powiernika prezydenta. Donald Trump jest również wymieniany jako współzałożyciel. Do tego dochodzi kolejna kryptowaluta, którą Trump nazwał swoim nazwiskiem — $TRUMP. Kapitalizacja rynkowa monet znajdujących się w obiegu wynosi obecnie ponad 844 mln euro (3,6 mld zł). Większość tych „tokenów” jest w posiadaniu nieprzejrzystej firmy o nazwie CIC Digital LLC, prawdopodobnie spółki zależnej Trump Organization.
Kilka lat temu stanowisko Trumpa było jeszcze inne. Pod koniec 2021 r. w wywiadzie oświadczył, że nie zainwestuje w kryptowaluty. — Wydaje mi się, że to oszustwo. Nie podoba mi się to — powiedział. Niecałe trzy lata później Trump ogłosił, że Stany Zjednoczone muszą stać się „twierdzą kryptowalut”.
Ta zmiana nastawienia nie była przypadkowa. Najmłodszy syn Trumpa, Barron, mający szerokie kontakty w tej branży, pomagał w mobilizowaniu traderów i influencerów do udziału w kampanii wyborczej. Zaraz po powrocie do Białego Domu prezydent odwdzięczył im się za wsparcie łagodnymi regulacjami dotyczącymi kryptowalut. Mianował też Paula Atkinsa, swojego zwolennika i pioniera kryptowalut, szefem komisji nadzoru giełdowego. Jego poprzednik Gary Gensler, krytycznie nastawiony do kryptowalut, został usunięty ze stanowiska i obecnie ostrzega przed sytuacją, która — jego zdaniem — wygląda „jak na Dzikim Zachodzie”.
Wiele aspektów transakcji kryptowalutowych WLF i CIC budzi wątpliwości. Jak pokazują badania przeprowadzone przez „The New York Times” i Agencję Reutera, jednym z największych indywidualnych nabywców $WLFI jest chińsko-amerykański miliarder Justin Sun. W 2023 r. został on oskarżony przez amerykański organ nadzoru finansowego o oszustwo i sprzedaż niezarejestrowanych kryptowalut. Postępowanie zostało jednak zawieszone — krótko po powrocie Trumpa do Białego Domu i po tym, jak Sun kupił kryptowalutę Trumpa za 15 mln dol. (54 mln zł) oraz $WLFI za 75 mln dol. (270 mln zł).
Ponadto pracownicy WLF mieli wielokrotnie spotykać się z przedstawicielami zagranicznych rządów, co wzbudziło podejrzenia, że płatności na rzecz firmy miały zapewnić dostęp do Białego Domu. Przykładowo państwowy fundusz Emiratów zainwestował 2 mld dol. (7,2 mld zł) w giełdę kryptowalut Binance. Pieniądze nie przepłynęły jednak — jak to zwykle bywa — przez bank, ale przez Trump-Coins. W kolejnych tygodniach doszło do wielu transakcji gospodarczych z Emiratami.

Eric Trump (w środku), nowo mianowany dyrektor zarządu ALT5 w World Liberty Financial, wraz ze swoim bratem i obserwatorem zarządu ALT5 Donaldem Trumpem Jr. (po lewej) oraz Zakiem Folkmanem (po prawej), współzałożycielem World Liberty Financial, Nowy Jork, 13 sierpnia 2025 r.Spencer Platt / Staff / Getty Images
Z raji tego, że organizacje terrorystyczne, handlarze bronią i kartele narkotykowe często korzystają z kryptowalut, Stany Zjednoczone pod rządami Bidena postawiły na ścisłą kontrolę tego rynku. Pod rządami Trumpa sytuacja wygląda inaczej. Krytycy zarzucają prezydentowi, że zamienia kraj w kasyno. Największymi zwycięzcami są Trump i jego rodzina.
Fakt, że jak dotąd nie doszło do głośnego oburzenia, wynika prawdopodobnie również z tego, że transakcje są tak skomplikowane, że tylko eksperci są w stanie je dokładnie zrozumieć. Chociaż istnieje podejrzenie o korupcję, nie toczy się żadne postępowanie przeciwko WLF ani CIC. Wręcz przeciwnie — interesy Trumpa idą dobrze. Sam prezydent od początku ubiegłego roku prawie potroił swój majątek — do ponad 6,3 mol dol. (22,7 mld zł).
Przyczyniło się do tego to, że bańka kryptowalutowa w USA jest obecnie czymś więcej niż tylko równoległym światem w internecie — stale się rozwija i zyskuje nowych zwolenników również na arenie międzynarodowej. Jest to domena mężczyzn, zdominowana przez osoby o dużym zasięgu, ale wątpliwej reputacji — takie jak choćby Logan Paul oskarżony o oszustwa związane z kryptowalutami, były kickbokser Andrew Tate oskarżony o handel ludźmi i gwałt, czy aktor Russell Brand, również wielokrotnie oskarżany o przestępstwa seksualne.
50-letni zwolennik teorii spiskowych nazywa wzrost popularności kryptowalut „cyfrową formą gorączki złota” i „wyzwoleniem od skorumpowanych polityków, mediów i firm technologicznych”. Przez długi czas luźno powiązana scena graczy kryptowalut nie miała politycznej ojczyzny. Pod rządami Trumpa wydaje się, że ją znalazła.
Krytycy zarzucają jego administracji celowe mieszanie polityki i interesów biznesowych oraz manipulowanie kursami. Kiedy w kwietniu kurs $TRUMP spadł, prezydent ogłosił uroczystą kolację dla 220 największych nabywców monety oraz „ultra-ekskluzywne prywatne przyjęcie VIP”. Ogłoszenie to wywołało lawinę zakupów, w wyniku której następnego dnia wartość kryptowluty wzrosła o ponad 50 proc.
Dostęp do głowy państwa poprzez zakup jej produktów finansowych — co gdzie indziej doprowadziłoby do wezwań do dymisji — w Stanach Zjednoczonych stało się normą. Biały Dom nieustannie podkreśla, że decyzje podejmowane przez Trumpa jako prezydenta nie mają nic wspólnego z udziałem rodziny w biznesie kryptowalutowym.
Demokraci są przekonani, że jest przeciwnie. Pod koniec listopada Jamie Raskin, członek Izby Reprezentantów, opublikował raport, w którym powołał się na dochodzenie przeprowadzone przez komisję sprawiedliwości. Wykazało ono, że polityka administracji Trumpa w zakresie kryptowalut była celowo wykorzystywana do zapewnienia korzyści Trumpowi i jego rodzinie. Cyfrowe transakcje z zagranicznymi rządami i sprzymierzonymi firmami służyły znacznemu zwiększeniu majątku rodzinnej firmy.
Dla Dona Beyera, również demokratycznego członka Izby Reprezentantów, Trump jest „najbardziej skorumpowanym prezydentem wszech czasów”.
Historia podporządkowana polityce
Howard Spendelow powoli przechodzi przez trzecie piętro Narodowego Muzeum Historii Afroamerykanów. Już kilka tygodni temu emerytowany profesor Uniwersytetu Georgetown był tutaj i sfotografował wszystkie eksponaty części wystawy poświęconej historii Afroamerykanów w służbie wojskowej Stanów Zjednoczonych. Muzeum zostało otwarte 10 lat temu, tuż obok Białego Domu. Od tego czasu przyciąga rzesze zwiedzających. Jest miejscem wycieczek wszystkich tych, którzy poszukują wyczerpujących i rzetelnych informacji o gorzkiej historii Afroamerykanów.
W 250. rocznicę powstania USA Trump chce to zmienić. Już pod koniec marca podpisał dekret prezydencki nr 14253 dotyczący federalnych instytucji kulturalnych, zatytułowany „Przywrócenie prawdy i rozsądku w historii Ameryki”. Wymaga on usunięcia „nieodpowiedniej ideologii” i podkreślenia heroicznej narracji narodowej, która ma odzwierciedlać „wielkość USA”.
W sierpniu ubiegłego roku do dyrektora federalnej instytucji Smithsonian Institution, pod której patronatem znajduje się 21 muzeów, galerii i zoo w Waszyngtonie, dotarł list z Białego Dom. Znalazło się w nim polecenie przeprowadzenia kompleksowej wewnętrznej kontroli zbiorów muzealnych. W roku jubileuszowym mają one wskazywać na „amerykańską wyjątkowość, eliminować dzielące lub stronnicze narracje i przywrócić zaufanie do wspólnych instytucji kulturalnych”.

Howard SpendelowStefanie Bolzen / Die Welt
Profesor Spendelow od kilku miesięcy działa jako wolontariusz w organizacji „Citizen Historians”. Grupa ta opracowuje kompleksowy spis wszystkich eksponatów. Jest to zorganizowana przez społeczeństwo obywatelskie akcja mająca na celu ochronę zbiorów przed Trumpem. Działanie to wydaje się konieczne w obliczu tyrady prezydenta. „Smithsonian jest POZA KONTROLĄ, dyskutuje się tam tylko o tym, jak straszny jest nasz kraj, jak okropne było niewolnictwo i jak niewiele osiągnęli uciskani — nic o sukcesie, nic o inteligencji, nic o przyszłości” — napisał Trump w połowie sierpnia na swojej platformie „Truth Social”.
W swojej drugiej kadencji prezydenckiej Trump „po raz pierwszy jasno daje do zrozumienia, że chce poprawić wizerunek narodu, zacierając dowody jego grzechu pierworodnego” — napisała dziennikarka Erica Green na łamach „The New York Times”.
Również w innych miejscach Biały Dom dba o to, aby w roku jubileuszowym wizerunek był zgodny z światopoglądem Trumpa. Niektóre z tych działań zaskakują swoją małostkowością. Przykładowo przy serii portretów byłych urzędników Departamentu Zdrowia i Opieki Społecznej Stanów Zjednoczonych zmieniono nazwisko byłej sekretarz stanu. Rachel Levine była w 2021 r. pierwszą kobietą transpłciową, którą mianowano na urząd federalny. Nowi menedżerowie ministerstwa zastąpili nazwisko Levine pierwotnym, męskim nazwiskiem.
Spendelow przybył do Muzeum Afroamerykańskiego wraz z innym wolontariuszem. Daniel Jackson również zrobił setki zdjęć eksponatów. — Nie lubię chodzić na demonstracje. To, co tutaj robimy, wydaje mi się bardziej sensowne — mówi. Wzrok Jacksona pada na gablotę z historycznymi zdjęciami przedstawiającymi linczowanie czarnych obywateli USA na przełomie XIX i XX w. Widać na nich martwe ciała wiszące na drzewach i słupach energetycznych. Obok znajduje się oryginalna maska Ku Klux Klanu [amerykańskiej organizacji o charakterze rasistowskim i terrorystycznym]. — Aby naprawdę zrozumieć historię, trzeba otworzyć oczy. Zaangażować się. Słuchać, mimo że są to straszne rzeczy — mówi emerytowany specjalista ds. marketingu. — Ale ci ludzie nie chcą tego wiedzieć. Nie chcą o tym słyszeć.
Ludzie, o których mówi, to Trump i jego ruch MAGA. Nie chcą oni słuchać przykładowo o masakrze w Tulsie. Na początku XX w. w tym mieście w stanie Oklahoma mieszkała zamożna społeczność czarnoskórych. Kiedy młody czarnoskóry mężczyzna rzekomo wygłosił seksualne komentarze w kierunku białej sprzedawczyni w domu towarowym, wybuchły zamieszki. Zginęły setki czarnych, a ponad tysiąc zostało rannych. Społeczność została zmieciona z powierzchni ziemi, a jej domy skonfiskowane. Żaden z białych sprawców nie został skazany. Masakrę objęto zmową milczenia. Dopiero w latach 90. rozpoczęto ostrożne rozliczenie z przeszłością.
Nowszym przykładem jest szturm na Kapitol Stanów Zjednoczonych. Kiedy na początku stycznia minęła piąta rocznica tego wydarzenia, Biały Dom opublikował na swojej stronie internetowej zafałszowaną wersję wydarzeń. „Po 6 stycznia Demokraci w mistrzowski sposób odwrócili rzeczywistość, piętnując pokojowych, patriotycznych demonstrantów jako powstańców i przedstawiając to wydarzenie jako brutalną próbę zamachu stanu, za którą stał Trump — mimo że nie było żadnych dowodów na zbrojną rebelię lub zamiar obalenia włądz” — można przeczytać na stronie.
W 2021 r. Narodowe Muzeum Historii Ameryki dodało do swojej stałej ekspozycji poświęconej prezydenturze Stanów Zjednoczonych, w sekcji „Granice władzy prezydenta”, wzmiankę o procedurze impeachmentu Trumpa. Etykieta ta została już usunięta. Instytucja poinformowała, że muzeum weryfikuje „stare treści” .
Historycy uważnie śledzą działania Trumpa. — Jego celem jest kontrola polityczna [nad przekazem historycznym] — mówi Beth English, dyrektorka Organizacja Historyków Amerykańskich. W USA Trumpa historia jest upiększana i podporządkowywana polityce. English ostrzega, że jej krajowi grozi „znalezienie się w sytuacji, którą wielu postrzega jako dryf w kierunku autorytaryzmu” .
Przyszłość w „America 250” Trumpa to przyszłość, w której garstka ludzi sprawuje władzę i decyduje o obliczu narodu. E pluribus unum — dziś Trump wymyśla znaczenie tej dewizy na nowo.