Nawet jeżeli Amerykanie rzeczywiście nie dokonają inwazji na Grenlandię, to sam fakt, że w bezczelny sposób domagają się przekazania im cudzego terytorium, oznacza, że na USA jako gwaranta ładu międzynarodowego liczyć już nie możemy. Możemy za to już z całkowitą pewnością stwierdzić, że Trump z punktu widzenia Polski jest katastrofą. Z punktu widzenia Rosji realizacją najdalej idących marzeń Kremla.
„Prawo i reguły nie mają żadnego znaczenia”
Żaden amerykański prezydent nie zrobił tak wiele, by podważyć jedność NATO. Żaden nie był tak bliski rozbicia paktu, który jest podstawą bezpieczeństwa Polski. Taką samą podstawą bezpieczeństwa jest tzw. rule based international order, czyli ład międzynarodowy oparty o prawo międzynarodowe i reguły postępowania.
Dla Trumpa prawo i reguły nie mają żadnego znaczenia. W jego świecie o ładzie międzynarodowym mają decydować jedynie mocarstwa. Problem polega na tym, że Polska mocarstwem nie jest. Rosja natomiast — przynajmniej w optyce Trumpa — owszem.
Paradoks polega na tym, że to, co robi Donald Trump, nie opłaca się również Stanom Zjednoczonym. Amerykanie są oczywiście nadal pierwszym mocarstwem świata, ale równocześnie nie są już w stanie samodzielnie sprawować faktycznych rządów na całej planecie. Przyznaje to nawet sam Trump. Ale nie miało to znaczenia, bo do tej pory siła amerykańska była pomnażana przez systemy sojuszy. Teraz z godną podziwu konsekwencją Trump te pakty demontuje i osłabia.
Beneficjentem obłąkanej polityki Trumpa jest na pewno Rosja, która marzyła o tym, by NATO trzeszczało w szwach.
Nie można tolerować arogancji Trumpa. Macron i Carney pokazują drogę
Z europejskiego punktu widzenia jest oczywiste, że arogancji Trumpa nie można dłużej tolerować. Dotychczasowa metoda postępowania z Trumpem, czyli nadzieja, że da się go kupić pochlebstwami, najwyraźniej już nie działa.
Wskazówką kierunku, który mogą obrać nie tylko Europejczycy, ale również Kanadyjczycy, jest to, co bardzo wyraźnie wybrzmiało w wystąpieniach w Davos prezydenta Francji Emmanuela Macrona i premiera Kanady Marka Carneya.
Obaj jasno dali do zrozumienia, że jeżeli sytuacja drastycznie się zmieniła i na Stany Zjednoczone nie można już liczyć, to być może należy podjąć grę z Chinami. USA nie są w stanie skutecznie prowadzić polityki powstrzymywania Pekinu bez Europy i innych sojuszników jak Kanada.
Gdy więc amerykańska administracja mówi Europie, że nie widzi powodu, by dalej wspierać Ukrainę, bo Rosja nie jest przecież żadnym zagrożeniem dla Stanów Zjednoczonych, to być może Europa powinna wyraźnie powiedzieć Amerykanom, że Chiny dla odmiany nie są żadnym zagrożeniem dla Europy.
A skoro tak, to możemy, z równą pogardą dla wartości, jaką wykazują dzisiaj Amerykanie, współpracować z Chińczykami. Bo koniec końców, skoro wartości nie mają znaczenia dla Amerykanów, to czemu miałyby one mieć znaczenie dla Europejczyków? Skoro sojusznicza lojalność nie ma znaczenia dla Amerykanów, to czemuż miałaby mieć ona znaczenie dla Europejczyków?
Polska ma duży problem
W wypadku Polski pojawia się jeden problem. Tak, jesteśmy Europejczykami, ale na razie na naszym terytorium stacjonuje ok 10 tys. amerykańskich żołnierzy. Nie francuskich, brytyjskich, niemieckich, czy innych europejskich. Zakładamy, że w razie rosyjskiej napaści, Amerykanie będą nas bronić. To każe postępować ostrożnie.
Problem w tym, że coraz więcej wskazuje na to, że Trump nie stawia sobie wcale na celu powstrzymywania Rosji, ale wręcz przeciwnie — usiłuje się z nią porozumieć. Na razie kosztem Ukrainy. Ale jeśli Amerykanie idą teraz na daleko idące ustępstwa wobec Kremla w sprawie Ukrainy, to czy jutro nie będą dotyczyć Tallina, Rygi i Wilna i by przywołać prorocze słowa Lecha Kaczyńskiego „a później może i czas na mój kraj, na Polskę!”.
Jeszcze tydzień temu, napisałbym, że nasz kraj, biorąc pod uwagę obecność amerykańskich sił w Polsce, powinien zachowywać się maksymalnie wstrzemięźliwie — nie wysyłać wojsk na Grenlandię, a w sporze Europy ze Stanami Zjednoczonymi stać z boku i tak długo, jak to możliwe, grać na dwie strony.
Sytuacja zmieniła się jednak w chwili, w której Donald Trump zaprosił do tzw. Rady Pokoju Władimira Putina i Aleksandra Łukaszenkę.
Ten gest oznacza jedno: kolejny reset z Rosją. Wydaje się, że ma tego świadomość Karol Nawrocki, który również dostał zaproszenie do Rady Pokoju. Zapewne dlatego Kancelaria Prezydenta RP postanowiła w tej sprawie skoordynować politykę z rządem.
Polska musi wybrać: Europa albo reset z Rosją?
Odrzucenie amerykańskiego zaproszenia wiązać się będzie z pewnym ryzykiem. Jego przyjęcie też ma w sobie wiele ryzyka, bo oznacza reset z Rosją. Poprzedni reset z Moskwą był błędem. Ten byłby już zbrodnią.
Reset z Rosją każe zadać sobie pytanie, czy amerykańska obecność wojskowa w Polsce jest czymś trwałym? Czy też może e — niczym amerykańska obecność wojskowa w Jasionce pod Rzeszowem — pewnego dnia może się skończyć.
Być może należy w końcu zadać Amerykanom zasadnicze pytanie, czy są tu na stałe, czy też kolejnym krokiem, po wstrzymaniu pomocy dla Ukrainy nie będzie wycofanie amerykańskich wojsk z naszego kraju.
Jeśli na tak postawione pytanie nie otrzymamy jednoznacznej odpowiedzi, należałoby przestać stać z boku w konflikcie USA z Europą.
Kto wie, czy najlepszą wskazówką tego, jak należy dzisiaj rozmawiać z Donaldem Trumpem, nie dostarcza amerykańska klasyka filmowa, czyli „Ojciec Chrzestny”. W jednej ze scen drugiej części tej legendarnej trylogii Michael Corleone na żądanie senatora Pata Geary’ego, który oczekuje wręczenia łapówki, odpowiada, że może mu natychmiast udzielić odpowiedzi na jego żądania i stwierdza: „Moja oferta jest następująca. Nic. Zero”. Dokładnie tyle Europa powinna dzisiaj zaoferować Stanom Zjednoczonym.
Jedyne pytanie brzmi, czy Polska powinna złożyć swój podpis pod taką odpowiedzią, czy też jedynie dyskretnie jej powstawaniu kibicować.