Zachęcamy do subskrybowania kanału „Kulisy spraw” w serwisie Youtube. Można to zrobić tutaj.
Gościem Mateusza Baczyńskiego w programie „Kulisy spraw” była Sylwia Czubkowska — dziennikarka, współprowadząca podcast „Techstorie” oraz autorka bestsellerowej książki „Bóg techy. Jak wielkie firmy technologiczne przejmują władzę nad Polską i światem”.
— Są to strategie na styku prawa, polityki, nastrojów społecznych, psychologicznych i oczywiście też technologii. Ale nie polega to tylko na zasypywaniu pieniędzmi. Choć bez wątpienia pieniądze też tu mają ogromne znaczenie. Wystarczy powiedzieć, że wartość dziewięciu największych spółek technologicznych, według wycen giełdowych, wynosi dzisiaj 25 bln dol. — mówi Sylwia Czubkowska.
— To jest ogromny kapitał, skumulowany w największych spółkach oraz ich ekosystemie. Natomiast lokalnie nie muszą ich wydawać na lobbing wcale tak dużo. Przynajmniej z ich perspektywy. Bo z jednej strony mamy bilionowe wyceny, a z drugiej strony na prowadzenie lobbingu w Unii Europejskiej tym firmom wystarcza 7-10 mln dol. rocznie. A to i tak więcej, niż wydają jakiekolwiek firmy farmaceutyczne, energetyczne, czy rolnicze — dodaje.
— Natomiast nie jest to już tylko kwestia pieniędzy, ale też zbudowanej narracji wokół technologii, gdzie nasze optymistyczne nastroje wokół nich zostały przekierowane na wspieranie bardzo konkretnych decyzji, które głównie służą interesom konkretnych firm — zaznacza.
Poniżej przeczytasz dalszą część tekstu i obejrzysz rozmowę w wersji wideo:
Dziennikarka podaje przykład europejskich regulacji prawnych, które wprowadzają pewne mechanizmy kontroli wobec gigantów technologicznych. Gdy tylko takie koncepcje są podejmowane, to w platformach cyfrowych od razu pojawia się narracja o „ograniczaniu wolności słowa”, która trafia do wielu użytkowników. A ci z kolei starają się wywrzeć presję na politycznych decydentów, aby z takich regulacji zrezygnowali.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
— To jest właśnie ta ogromna różnica między big techami, a wielkimi korporacjami z poprzednich lat, takimi jak Big Pharma, Big Tobacco, czy Big Oil. One też miały ogromną kumulację kapitału, duże wpływy polityczne, silny lobbing. Ale ich klienci nie byli ich lobbystami. Nawet palacze nie wychodzili protestować w obronie producentów papierosów, gdy nakazano umieszczać im drastyczne ostrzeżenia na paczkach — tłumaczy Czubkowska.

Prezes i dyrektor generalny Facebooka Mark Zuckerberg podczas składania zeznań w Izbie ReprezentantówEPA / PAP
— A użytkownicy Tik Toka wychodzą i protestują w Stanach Zjednoczonych, bo właśnie ta baza konsumencka stała się jednym z najsilniejszych windykatorów budowania pozycji tych korporacji. I trochę jest tak, że one nas mocno trzymają za nasze mózgi: nasze przekonania, ambicje i marzenia. Co więcej, mają ku temu podstawy, bo sprawnie analizują, jakie wartości mają największe znaczenie w konkretnych społecznościach i narodach. Wiedzą, do czego się odwoływać — podkreśla.
— Proszę zwrócić uwagę, że algorytmy przestały nam już pokazywać najbliższe otoczenie, czyli naszych bliskich i nie pokazują treści w chronologicznym porządku, tylko to, co może na dłużej przyciągnąć naszą uwagę. Czyli treści emocjonalne, skrajnie zbieżne z naszymi poglądami, albo takie, które są skrajnie niezbieżne. Chodzi o to, żeby albo się pokłócić, albo kogoś pogłaskać — wyjaśnia.
„Musk nie kryje ambicji politycznych”
Sylwia Czubkowska przyznaje też, że giganci technologiczni starają się też wywierać wpływ na wybory w państwach demokratycznych.
— To nie musi być taki wpływ, że jakaś konkretna partia osiągnie 40, czy 50 proc. głosów w wyborach. Widzimy, że to się często rozchodzi raczej o taki języczek uwagi, czyli powiedzmy 5 proc. głosów i przeniesienie siły politycznej na konkretną stronę, możliwość zbudowania koalicji, albo po prostu wprowadzenie chaosu i zwiększenie polaryzacji politycznej — przekonuje.
— W tym kontekście często skupiamy się na platformie X i Elonie Musku, bo on tych ambicji politycznych nie kryje. To było widać na przykład po jego poparciu dla partii AfD w Niemczech, konkretnym wsparciu Donalda Trumpa w ostatniej kampanii wyborczej, czy nawet samym pomyśle zakupu Twittera i przekształcenia go w X, gdzie algorytmy wyraźnie podbijają treści polityczne, zwłaszcza prawicowe — tłumaczy.
— To jest oczywiście trudne do udowodnienia, bo nie mamy dostępu do konkretnych danych. Możemy wyciągać pewne wnioski z takich punktowych badań robionych przez poszczególne organizacje pozarządowe czy dziennikarskie. Natomiast są to wszystko szczątkowe informacje. O ile media są w stanie kontrolować władzę polityczną, o tyle kontrolowanie korporacji jest dużo trudniejsze, ponieważ nie są one zobowiązane do żadnej transparentności — podkreśla.

Elon Musk i Donald TrumpNewscom / PAP
Drugie dno sporu o Grenlandię
Zdaniem dziennikarki obecny spór o Grenlandię może mieć drugie dno, które również jest związane z korporacjami technologicznymi.
— Grenlandia już kilkanaście miesięcy temu zaczęła się pojawiać w wypowiedziach Donalda Trumpa, co spowodowało, że zaczęto bliżej przyglądać się temu, jakie może być tło tego zainteresowania — wyjaśnia.
— Oprócz tych aspektów bezpieczeństwa, o których dużo się dzisiaj mówi, są jeszcze dwie kwestie związane z technologią. Jedna z nich jest bardziej oczywista, bo Grenlandia ma złoża metali ziemi rzadkich, które w dobie rewolucji technologicznej, zwłaszcza związanej ze sztuczną inteligencją, są niezwykle cenne. W związku z tym przejęcie tych złóż, nawet jeśli są trudno dostępne, może stanowić ważny argument dla USA — dodaje.
— Druga kwestia jest z gatunku tych, które jeszcze kilka lat temu uznałabym za bajkę, ale teraz, w czasach prezydentury Trumpa, jest możliwa. Mianowicie jest to koncepcja Freedom Cities, czyli takich miast-startupów, które zostałyby zaprojektowane od zera i były alternatywą dla niedziałających sprawnie instytucji państwowych w państwach demokratycznych. No i takie Freedom City miałoby powstać na Grenlandii — tłumaczy.

Donald TrumpPAP/EPA/LAURENT GILLIERON / POOL
— Oczywiście, byłyby to miasta bardzo zaawansowane technologicznie, z internetem rzeczy, pojazdami autonomicznymi, czy infrastrukturą potrzebną do podboju kosmosu, co byłoby też ukłonem w stronę Elona Muska. No ale przede wszystkim te Freedom Cities miałyby być libertariańskie, to znaczy odcięte od tych sztucznie narzucanych regulacji prawnych, jakichś takich kajdan. I bliski tej koncepcji, która krąży wokół administracji Donalda Trumpa, jest między innymi aktualny ambasador Stanów Zjednoczonych w Danii — zauważa.
„Ci ludzie mogą mieć wpływ na Trumpa”
W tym kontekście — jak twierdzi Sylwia Czubkowska — trzeba też wymienić dwie inne wpływowe postaci.
— Pierwsza z nich to Peter Thiel, współzałożyciel firmy Palantir Technologies, która zajmuje się analizą danych służb. On już w 2009 r. wygłaszał takie przemówienia, w których twierdził, że współczesna demokracja jest na tyle zapóźniona, że nie rozumie zasad wolności gospodarczej i postulował ucieczkę od polityki w stronę podbijania nowych lądów w kosmosie i na morzach — relacjonuje.

Donald Trump i Peter ThielEPA / PAP
— Drugą postacią jest Marc Andreessen, współzałożyciel dużego funduszu inwestycyjnego Andreessen Horowitz. To jest jeden z najbardziej wpływowych funduszy w Dolinie Krzemowej, również zaangażowany w kampanię Donalda Trumpa. Andreessen plus kilku innych inwestorów związanych z kilkoma funduszami inwestycyjnymi (jeden z nich jest założony przez syna Friedmana) próbują budować takie Freedom Cities na świecie. Jedno z nich powstaje w Nikaragui. Idzie im różnie, bo to nie jest prosta sprawa, żeby zbudować miasto. Szczególnie, że tutaj mamy do czynienia z budowaniem nowej tkanki polityczno-ideologiczno-technologicznej — wyjaśnia.
— No i ta koncepcja zaczyna krążyć wokół Grenlandii. Nie wiem, czy Grenlandczycy są na to gotowi. Nie wiem, czy my w ogóle jesteśmy gotowi na ten wspaniały, technologiczno-utopijny świat. No ale część Doliny Krzemowej jest na to gotowa, a my mamy się dostosować — mówi ironicznie dziennikarka.
Cała rozmowa w materiale wideo.