To był klasyczny Trump: wielkie słowa, a chwilę później twarde zderzenie z rzeczywistością. Jeszcze kilka godzin wcześniej, stojąc na wielkiej scenie w Davos, amerykański prezydent — z imperialnym rozmachem — domagał się zakupu Grenlandii jako „niezbędnego” elementu bezpieczeństwa narodowego. A chwilę później, już za kulisami, gwałtownie wyhamował.

W poufnej rozmowie Trump skonsultował się z sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte w sprawie układu, który na razie rozładowuje groźbę kryzysu geopolitycznego — i pozostawia mapę bez zmian.

Nowy deal nie zawiera tego, czego Trump najgłośniej domagał się publicznie: nie ma mowy o przejęciu własności ani o żadnej akwizycji. Suwerenność Danii pozostaje nienaruszona.

Mimo to porozumienie, które Rutte wyniósł z rozmowy, pozwala Trumpowi zachować twarz. Trump może ogłosić sukces i „zaliczyć punkty”, ale Europa nie traci swojej suwerenności.

Cztery filary

Jak słychać w kręgach NATO, układ opiera się na czterech kluczowych filarach, które teraz mają zostać szczegółowo dopracowane:

  1. Wszystkie groźby celne zostały odłożone na bok;
  2. Trump dostaje swój projekt prestiżowy: ponownie mają ruszyć negocjacje w sprawie starego porozumienia o stacjonowaniu wojsk z 1951 r. Rozmowy mają wprost obejmować budowę „Złotej Kopuły” — ogromnej instalacji obrony przeciwrakietowej na Grenlandii;
  3. Europa przyznaje USA realny wpływ na kontrolę inwestycji. W praktyce Stany Zjednoczone mają dostać możliwość wetowania sytuacji, w których państwa spoza NATO (czyli: Chiny albo Rosja) próbowałyby wydobywać surowce na Grenlandii lub wykupywać tam infrastrukturę;
  4. Europejscy sojusznicy w NATO zobowiązują się do większego zaangażowania w Arktyce.

Skąd to nagłe ustępstwo?

To, że Trump tak niespodziewanie zmienił kurs, może być efektem starannie budowanej przez Europejczyków presji — takiej groźnej muzyki w tle. W dniach poprzedzających Davos Biały Dom miał podobno zrozumieć, że UE nie blefuje.

Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen podczas 56. Światowego Forum Ekonomicznego (WEF) w Davos w Szwajcarii, 20 stycznia 2026 r. PAP/EPA/GIAN EHRENZELLER / PAP

Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen podczas 56. Światowego Forum Ekonomicznego (WEF) w Davos w Szwajcarii, 20 stycznia 2026 r.

Zapowiedź nadzwyczajnego szczytu UE oraz automatyczny mechanizm bolesnych ceł odwetowych najwyraźniej zostały w Waszyngtonie potraktowane serio. Do tego doszła nerwowość na rynkach: zareagowały obligacje, a nawet w obozie Trumpa pojawił się opór wobec wojny handlowej prowadzonej między sojusznikami.

„To jest na zawsze”

Nic dziwnego, że po ogłoszeniu „dealu grenlandzkiego” Wall Street mocno poszła w górę. Główny indeks S&P 500 zyskał 1,2 proc., dolar umocnił się o 0,2 proc., indeks strachu VIX spadł o 16 proc., a rentowność 10-letnich obligacji skarbowych USA obniżyła się o pięć punktów bazowych.

Mimo wszystko sprawa wcale nie jest jeszcze przesądzona. Trump, który najpierw rozgłosił porozumienie na swoim kanale w mediach społecznościowych Truth Social, krótko później udzielił wywiadu amerykańskiej telewizji CNBC. Tam mówił jedynie o „koncepcji umowy”.

— To trochę skomplikowane, ale to będzie na zawsze. To jest na zawsze — stwierdził.

Mimochodem dodał też, że porozumienie obejmuje amerykański dostęp do złóż surowców. Czy było to pierwsze podważanie ustaleń, czy tylko luźno rzucona uwaga — trudno dziś ocenić.

Całość wygląda na typowy „Trumpowski kompromis”. Trump rezygnuje z najbardziej radykalnego kroku (zakupu), ale w zamian dostaje maksymalne gwarancje bezpieczeństwa („Złota Kopuła”), dostęp do zasobów oraz możliwość sprzedania wszystkiego jako „umowy na wieczność” („Forever-Deal”) — co w jego narracji brzmi lepiej niż jakakolwiek czasowa dzierżawa.