Dania – Francja. Francja – Dania. Ileż to razy widzieliśmy te dwie drużyny bijące się w finałach największych imprez – igrzysk olimpijskich, mistrzostw świata i Europy? Ileż razy te ekipy rozstrzygały między sobą kwestię brązowych medali? Odpowiedzi brzmią kolejno: sześć i trzy. Dwie potęgi.
Czwartkowe spotkanie było zresztą powtórką ostatniego meczu o złoty medal czempionatu Starego Kontynentu. 28 stycznia 2024 w Kolonii Trójkolorowi pokonali Skandynawów 33:31. Gracze Nikolaja Jacobsena zrewanżowali się Francuzom dość szybko i to na ich terenie – podczas igrzysk olimpijskich w Paryżu Duńczycy wręcz rozbili rywali. W fazie grupowej zwyciężyli aż 37:29.
ZOBACZ WIDEO: Wojna o ręcznik! Kuriozalne sceny w finale Pucharu Narodów Afryki
Tegoroczny turniej dla obu drużyn do pewnego momentu układał się podobnie. Francuzi zaczęli od wysokich wygranych z Czechami i Ukraińcami, lepsi okazali się też od Norwegów. Duńczycy na otwarcie zaliczyli dwa imponujące zwycięstwa – z Macedonią Północną i Rumunią, później jednak musieli nieoczekiwanie uznać wyższość Portugalii.
Duńczycy weszli więc do rundy głównej z zerowym dorobkiem punktowym. Ich porażka była zaskakująca nie ze względu na to, że zostali pokonani przez Portugalczyków – to przecież ekipa, która wymieniana jest w roli faworytów i z którą liczą się najbardziej doświadczone zespoły. Przegrana była o tyle niespodziewane, że reprezentanci Danii w hali Jyske Bank Boxen w Herning nie przegrali od dwunastu lat – ostatni raz ulegli w tej arenie w finale Mistrzostw Europy 2014. Przegrali wtedy… z Francuzami.
Duńczycy zaczęli doskonale w obronie – Francuzi na swoje pierwsze trafienie w meczu musieli czekać aż trzy i pół minuty. Co zaskakujące – Skandynawowie w ataku już nie wyglądali tak dobrze. Wydawałoby się, że trio Pyrlick-Lauge-Gidsel jest w stanie wyczarować coś z niczego, jednak w początkowej fazie spotkania widać było sporo nerwowości w ofensywie współgospodarzy turnieju. Francuzi starali się grać bardzo aktywnie w defensywie, skuteczną obronę zanotował Charles Bolzinger i to oni szybciej zdołali wyjść na prowadzenie. Doskonały start pojedynku zaliczył Hugo Descat i po dziesięciu minutach „Les Bleus” wygrywali 4:2.
Gradu bramek tu nie było. Obie drużyny postawiły na mocną obronę i starały się grać bardzo szybko w ataku. To jednak się mściło – twarda defensywa rywali i zabójcze tempo w ofensywie sprawiały, że oglądaliśmy sporo strat. To jednak nie wpływało na atrakcyjność spotkania – na boisku biegali przecież najlepsi piłkarze ręczni na świecie. Przez dłuższą chwilę wynik oscylował wokół remisu, ostatnie dziesięć minut pierwszej połowy nieco lepiej rozegrali Trójkolorowi i znów zdołali zbudować przewagę dwóch trafień.
Szaleństwo rozpętało się jednak w drugiej połowie. Początkowo po powrocie z szatni Francuzom udawało się utrzymywać przewagę. Duńczycy wspierani przez piętnastotysięczny tłum swoich rodaków harowali, by zmniejszyć stratę, przejąć inicjatywę i odwrócić losy meczu.
Gidsel, Jakobsen i Pytlick naciskali i wreszcie się udało – Skandynawowie zdołali odskoczyć na dwa trafienia. Trójkolorowi nie mieli zamiaru tak tego zostawić. Briet, Minne i Nahi wzięli sprawy w swoje ręce, doprowadzili do remisu, a po chwili wyprowadzili swoją ekipę na dwa gole. To jednak nie był koniec tego rollercoastera – Duńczycy zerwali się jeszcze raz. Skutecznie. Ostatnie minuty zdecydowanie należały do nich. Równo z syreną Niclas Kirkelokke rzucił na 32:29 – pierwsze trzybramkowe prowadzenie jednej z drużyn w tym meczu.
ME 2026 mężczyzn, grupa I: