Siergiej Dalidowicz „skomplikował” sobie życie w glorii legendy białoruskiego sportu w 2020 roku. Wtedy dołączył do ulicznych protestów przeciwko sfałszowanym wyborom. Szybko stało się jasne, że musi uciekać, jeśli nie chce ponosić represji on i jego rodzina. Wkrótce wylądowali w Polsce, zaczęli życie od nowa, a dziś odnoszą pierwsze sukcesy.
Jego córka, 21-letnia biathlonistka Daria Dalidowicz, zadebiutowała w zawodach seniorskiego Pucharu Świata. Chce wystąpić o polskie obywatelstwo.
Mateusz Puka, WP SportoweFakty: W reprezentacji Białorusi startował pan na siedmiu igrzyskach olimpijskich. Czy to prawda, że dziś władze tego kraju stawiają panu poważne zarzuty?
Siergiej Dalidowicz, były biegacz narciarski, uczestnik siedmiu igrzysk olimpijskich: Na stronie rosyjskich służb widnieję jako poszukiwany ekstremista, a obecnie na Białorusi toczy się kryminalna sprawa przeciwko mnie. Zaufani białoruscy dziennikarze wysłali mi niedawno wiadomość, że jestem na liście poszukiwanych w Rosji, a jeśli jestem poszukiwany w Rosji, to również w Białorusi nie mógłbym się czuć bezpiecznie. Nie chciałem trafić do więzienia, więc uznałem, że lepiej będzie uciec do Polski. Sama ucieczka też nie była łatwa.
ZOBACZ WIDEO: Wielki powrót do KSW? Dyrektor zdradził zaskakujące wieści
Jak to wyglądało?
Nie chcieliśmy wzbudzać żadnych podejrzeń, więc do Polski musieliśmy podróżować przez… Rosję. Podróż trwała bardzo długo, a przecież mieliśmy ze sobą prawie cały dobytek. Na Białorusi zostało nasze mieszkanie, którego na razie nikt nam nie odebrał. Przepisane jest jednak nie tylko na mnie, ale na córki i żonę, które nie pojawiały się na protestach. Nie wiem, co z nim będzie. Obecnie nie można go wynająć, stoi puste.
Co panu zarzuca reżim?
Z tego, co wiem, zarzucają mi chodzenie na protesty i współpracę z białoruskimi niezależnymi dziennikarzami, czyli w ich języku, z ekstremistami. Już przywykłem do tych absurdów, ale pewnie dla Polaków to jest nie do wyobrażenia, że za biało-czerwone skarpetki można trafić do więzienia.
Ucieczka do Polski w 2022 roku była jedyną opcją?
Nigdy nie planowałem opuszczenia Białorusi. Taki pomysł pojawił się miesiąc przed ucieczką, bo atmosfera wokół mnie zaczęła robić się coraz bardziej niebezpieczna. Dostawałem sygnały, że powinienem obawiać się aresztowania. Teraz wiem, że podjąłem słuszną decyzję, a gdyby nie ucieczka, to rzeczywiście spędziłbym zapewne kilka lat w więzieniu.
Jakie to były sygnały?
Z roku na rok w Białorusi działo się coraz gorzej. Widziałem, że coraz więcej przyzwoitych ludzi trafia do aresztów. Władze sukcesywnie mściły się na tych, którzy wychodzili na protesty przeciwko sfałszowanym wyborom. Zresztą, problemy miałem nie tylko ja, ale zaczęło się także blokowanie kariery córki Darii. Rozmawialiśmy ze znajomymi i wszyscy przekonywali, że to się dobrze nie skończy i będzie coraz gorzej. Zawsze uważałem, że warto być przyzwoitym, a udawanie, że jest się głuchym i ślepym na niegodziwość nie jest w moim stylu.
Czy to oznacza, że pan uczestniczył w masowych protestach w 2020 roku?
Wtedy jeszcze sytuacja nie wydawała się tak niebezpieczna. Myśleliśmy, że mamy szansę żyć w normalnym europejskim kraju, w którym szanuje się wybory. Oczywiście, że chciałem uczestniczyć w tym ruchu. To były jednak bardzo pokojowe protesty. Bardziej przypominały niedzielne spacery. Dzisiaj się śmieję z własnej naiwności, że wierzyłem, że takimi metodami można przywrócić porządek na Białorusi.
Żałuje pan?
Miałem momenty słabości, bo życie na emigracji nie jest łatwe. Dla mnie szczególnie trudny był drugi rok w Polsce i wtedy faktycznie zastanawiałem się, czy nie popełniłem największego błędu w życiu. Chciałem wrócić. Zresztą trudniej było nie tylko mi, ale także żonie i córkom.
Co było najtrudniejsze?
Świadomość, że nie możesz wrócić do ojczyzny. Otrzymaliśmy status uchodźców, a to wyklucza swobodne przejazdy pomiędzy krajami.
Jak sobie z tym poradziliście?
Paradoksalnie pomogła świadomość, że na Białorusi chcą rozpocząć proces karny wobec mnie. Już wiem, że nawet gdybym bardzo chciał, to po prostu nie mogę wrócić do domu, bo pójdę do więzienia. To pomogło się przełamać i skupić na nowym życiu. Dzisiaj cała moja rodzina czuje się w Polsce, jak w domu.
Czy ma pan pomysł, dlaczego dopiero niedawno władze Białorusi przypomniały sobie o panu i rozpoczęły proces?
Córka otrzymała rok temu zgodę na starty w biathlonowym Pucharze Świata jako uchodźca. Myślę, że to bardzo mocno zdenerwowało białoruskie władze.
Jak wyglądały wasze początki w Polsce?
W pierwszych miesiącach czterokrotnie zmienialiśmy mieszkanie w Warszawie. Potem jednak przyjechałem do Zakopanego na zaproszenie dyrektora sportowego Polskiego Związku Biathlonu Justyny Kowalczyk, która zatrudniła mnie w roli asystenta reprezentacji Polski juniorów. Po sześciu miesiącach miałem przerwę i znalazłem pracę w Szkole Mistrzostwa Sportowego w Zakopanem.
Mieszkacie w Polsce od czterech lat. Dlaczego pana córka Daria nie startuje jako Polka?
Gdy przyjechaliśmy do Polski, Daria miała 17 lat i niewiele wskazywało, że będzie liczącą się zawodniczką. Nie mogliśmy się porozumieć ze związkiem, bo zabroniono jej trenować z juniorami pod moim okiem. Z tego powodu wolałem zrezygnować z kadry i skupić się na pracy w SMS-ie. O startach międzynarodowych pomyśleliśmy dopiero w poprzednim roku.
Dlaczego nie przeszło wam przez myśl, że polskie obywatelstwo i tak się może przydać?
Trudno mi to wyjaśnić. Wydaje mi się, że do takiej decyzji potrzeba zainteresowania z każdej strony. Braliśmy to pod uwagę, ale nie mieliśmy żadnego wsparcia, a ja nie czułem, by ktoś mógł nam w tym pomóc. Teraz sytuacja jest zupełnie inna, a gdy tylko Daria wróci z mistrzostw Europy, to bierze się za kompletowanie dokumentów. O polskie obywatelstwo złożymy wniosek całą rodziną.
Przez długi czas wydawało się, że Daria Dalidowicz pójdzie pana drogą jako biegaczka narciarska, ale ostatecznie została biathlonistką. Dlaczego?
Ze względów proceduralnych.
Jak to?!
Gdy przyjeżdżaliśmy do Polski, nie było możliwości, by Daria startowała w biegach na poziomie krajowym i klubowym. Taka możliwość była w biathlonie i stąd ta zmiana. Dzisiaj nasza sytuacja w Polsce jest niemalże taka sama jak innych Polaków, z tą różnicą, że w mistrzostwach Polski nie możemy jeszcze otrzymywać medali. To była idealna decyzja, bo dzięki dodatkowym startom w mocnej stawce Daria bardzo się rozwinęła.
Zrobiła taki progres, że gdyby nie brak obywatelstwa, miałaby ogromną szansę na wyjazd na igrzyska do Mediolanu-Cortiny. Nie było żadnej szansy, by pojechała na tę imprezę?
Już latem dowiedzieliśmy się, że w Mediolanie-Cortinie nie pojawi się zespół uchodźców. Ponoć dlatego, że było małe zainteresowanie. W Paryżu do drużyny zgłosiło się ponad 20 sportowców, a na Mediolan byliśmy jedynymi zainteresowanymi. Skupiamy się na mistrzostwach Europy i Pucharach Świata. Trzy lata temu mogliśmy pomarzyć o takich warunkach i wynikach. Życie zrobiło nam dużą niespodziankę. Daria zupełnie nie wierzyła w taki scenariusz. W kolejnych igrzyskach Daria być może wystąpi już jako Polka, choć na razie nie ma co wybiegać tak daleko w przyszłość.
Skąd u niej aż tak duży postęp?
Daria od maja dostała zgodę na treningi z kadrą B, a wcześniej miesiąc spędziła w młodzieżówce. Pierwszy raz w życiu mogła trenować z tak dobrymi zawodnikami. Efekty przyszły zaskakująco szybko. Zresztą czułem, że tak może być, dlatego tak bardzo naciskałem na treningi z kadrą. W klubach dobrze pracuje się z dziećmi, ale potem to się gdzieś rozmywa i jeśli szybko nie trafi się do mocnej grupy, to łatwo zakończyć karierę.
Status uchodźcy uniemożliwia powrót na Białoruś, pana córce utrudniał treningi z kadrą. Musi się pan mierzyć z jeszcze jakimiś utrudnieniami?
Niestety, nie mogę pracować z bronią, co przy pracy z biathlonistami jest dość kłopotliwe. Na treningu zawsze musi towarzyszyć mi inny trener. Zdarzyła się sytuacja, że wszyscy inni trenerzy w szkole byli w rozjazdach, a moi podopieczni musieli pogodzić się z tym, że przez pewien czas strzelania nie będzie. Pozwolenie na pracę z bronią może otrzymać osoba przebywająca tutaj na prawach stałego pobytu, albo obywatel Polski.
Czy ma pan żal, że tak jest pan traktowany?
Absolutnie nie. Całkowicie to rozumiem i cieszę się, że mogę być trenerem biathlonu. To nie jest żadna złośliwość wobec mnie, a po prostu krajowe regulacje.
Czy jest coś czego bardzo panu brakuje w Polsce?
Na Białorusi została mama mojej żony. Nawet gdy w wypadku samochodowym zmarł mój teść, to nikt z nas nie mógł uczestniczyć w jego pogrzebie. To była bardzo bolesna sytuacja. Postaraliśmy się o wizę dla mamy, a dzięki temu po trzech latach przerwy mogliśmy się zobaczyć. Rozłąka z rodziną i najbliższymi jest w tym wszystkim najgorsza. Mam jeszcze jedną rzecz, ale to drobnostka.
Co to takiego?
Mieszkamy w Kościelisku, pracujemy w Zakopanem. Jedyny minus to brak własnego mieszkania, przez co być może do końca życia będziemy musieli wynajmować lokal. Ceny są tutaj wyższe niż w Warszawie czy Austrii. Za kilkupokojowe mieszkanie płacimy miesięcznie pięć tysięcy złotych. Moja pensja wystarcza jedynie na pokrycie kosztów mieszkania. Fajnie byłoby mieć coś swojego, ale pogodziliśmy się z tym. Łatwiej byłoby coś kupić w Nowym Targu, ale wtedy codziennie trzeba byłoby wiele godzin spędzać w samochodzie.
Pan szybko znalazł sobie pracę w Polsce, a żonie i dzieciom też udało się ustatkować?
Żona na Białorusi była trenerką biathlonu na uniwersytecie sportowym. Po przyjeździe do Polski ja zostałem przy sporcie, a ona zarządza willą na wynajem w Zakopanem. Najstarsza córka skończyła studia w Warszawie i mieszka w Nowym Targu. Daria robi karierę w sporcie, a najmłodsza córka chodzi dopiero do podstawówki. Świetnie mówi po polsku i pięknie pisze.
Wierzy pan, że jeszcze kiedykolwiek wrócicie do ojczyzny?
Teraz w ogóle o tym nie myślę, ale raczej w to nie wierzę. Z drugiej strony los Białorusi jest mocno zależny od sytuacji w Ukrainie. Jeśli tam będzie dobrze, to i u nas jest nadzieja na poprawę. Obecnie jednak Białoruś to nie jest bezpieczne miejsce do życia i pewnie długo się to nie zmieni. Zresztą jeszcze raz powtórzę, w Polsce czujemy się jak w domu.
Rozmawiał Mateusz Puka, dziennikarz WP SportoweFakty