Nie ma już odwrotu. Takie przesłanie popłynęło od europejskich liderów, którzy w czwartek 22 stycznia zebrali się w Brukseli.
Ten nadzwyczajny szczyt — zwołany w reakcji na groźby Donalda Trumpa dotyczące przejęcia Grenlandii — ostatecznie okazał się dużo mniej dramatyczny: amerykański prezydent wycofał się z tych zapowiedzi zaledwie 24 godz. wcześniej.
Jednak cicha, ale bardzo wyraźna świadomość, że Europa przekroczyła swoją powojenną granicę nie do cofnięcia, była przez to jeszcze bardziej uderzająca.
Prezydent Francji Emmanuel Macron i kanclerz Niemiec Friedrich Merz — dwaj najpotężniejsi przywódcy w UE, którzy ostatnio często się rozmijali — tym razem mówili jednym głosem. Ostrzegali, że kryzys w relacjach transatlantyckich wepchnął Unię w nową, twardą rzeczywistość: taką, w której Europa musi wreszcie postawić na samodzielność.
— Wiemy, że musimy działać jako niezależna Europa — powiedziała dziennikarzom przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen po pięciogodzinnym spotkaniu.
I choć — inaczej niż na wielu ostatnich unijnych szczytach — nie było ani głośnych przemów, ani sporów, ani nawet decyzji do przegłosowania, to według czterech dyplomatów UE i jednego urzędnika znającego przebieg rozmów, spotkanie było sygnałem milczącego porozumienia: nastąpiło przełamanie. Według nich powstał wyraźny, historyczny rozdział między starym porządkiem a nowym — między tym, jak Zachód funkcjonował od II wojny światowej, a tym, co dopiero nadchodzi.
Jak twierdzą rozmówcy, mentalny zwrot w stronę niezależności dojrzewał od lat — właściwie od 2017 r., kiedy Trump po raz pierwszy wszedł do Białego Domu. Jednak jego bezprecedensowe groźby dotyczące Grenlandii zadziałały jak alarm: nagły sygnał ostrzegawczy, który wymusił kroki jeszcze niedawno nie do pomyślenia.

Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen podczas konferencji prasowej po zakończeniu nieformalnego posiedzenia członków Rady Europejskiej w Brukseli, Belgia, 23 stycznia 2026 r.PAP/EPA/OLIVIER HOSLET / PAP
Wszystkie osoby cytowane w artykule otrzymały anonimowość, aby mogły swobodnie mówić o szczycie odbywającym się za zamkniętymi drzwiami.
To moment Rubikonu. To terapia szokowa. Europa nie może wrócić do tego, co było. Liderzy mówią to od kilku dni
— powiedział jeden z dyplomatów UE z kraju wschodniej flanki, znający przebieg rozmów.
Jak dokładnie ma wyglądać „nowa Europa” — jak zwykle — to temat na kolejną rozmowę.
Ale w tym tygodniu pojawiły się pewne wskazówki. Pierwsza reakcja europejskich przywódców na kryzys grenlandzki — zawieszenie porozumienia handlowego UE–USA, rozważanie wysłania wojsk na Grenlandię, groźby szeroko zakrojonych działań odwetowych w handlu — była zapowiedzią tego, co może nadejść.
„To musi być wszystko — i to naraz”
Liderzy podkreślali — najpierw w rozmowach między sobą, potem publicznie — że szybka, spójna reakcja z tego miesiąca nie może być jednorazowym zrywem. To ma stać się nowym standardem działania Unii — właściwie w niemal każdej dziedzinie.
To nie może dotyczyć tylko bezpieczeństwa energetycznego albo obronności. To nie może być tylko siła gospodarcza albo ograniczanie zależności handlowej. To musi być wszystko — i to naraz
— powiedział jeden z dyplomatów.
Jedną z najbardziej charakterystycznych cech nowej europejskiej drogi ku niezależności jest poziom jedności, którego Unia od dawna nie potrafiła osiągnąć.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Dla państw wschodniej flanki ich położenie — na drodze ekspansywnej Rosji — przez lata utrwalało niemal religijną wiarę w NATO. W tę wizję wpisywały się Stany Zjednoczone jako niezawodny filar sojuszu: największa armia, twarde gwarancje bezpieczeństwa dla wszystkich członków i skuteczne odstraszanie Moskwy. Poczucie egzystencjalnej zależności od USA trzymało te kraje blisko Waszyngtonu, co często prowadziło do sporów z państwami zachodnimi, takimi jak Francja, od lat forsującymi „strategiczną autonomię” Europy.
Teraz jednak Francja przestaje być wyjątkiem. Nawet kraje najbardziej narażone na rosyjski nacisk zaczynają sygnalizować gotowość, by poprzeć kurs na europejską samodzielność.
Dobrym przykładem jest Estonia. Ten niewielki kraj bałtycki powiedział w zeszłym tygodniu, że rozważa wysłanie żołnierzy na Grenlandię w ramach „misji rozpoznawczej” organizowanej przez NATO. Ostatecznie Tallinn nikogo nie wysłał — ale sama gotowość do podniesienia takiej możliwości była znamienna.
— Kiedy Europa nie jest podzielona, kiedy stoimy razem i kiedy jesteśmy czytelni, silni oraz gotowi bronić własnych interesów — wtedy przychodzą rezultaty — powiedziała premier Danii Mette Frederiksen. — Myślę, że w ostatnich dniach i tygodniach nauczyliśmy się bardzo wiele.

Premier Danii Mette Frederiksen podczas nieformalnego spotkania członków Rady Europejskiej w Brukseli, Belgia, 22 stycznia 2026 r.PAP
Polska, uchodząca za jednego z najwierniejszych sojuszników USA, również wyszła poza swoją dotychczasową strefę komfortu.
W rozmowach o możliwej reakcji premier Donald Tusk sygnalizował otwartość na użycie unijnego instrumentu przeciwdziałania przymusowi — potężnego narzędzia handlowego pozwalającego m.in. ograniczać inwestycje z krajów wywierających presję, jak mówią dyplomaci.
Zawsze szanowaliśmy i akceptowaliśmy amerykańskie przywództwo. Ale dziś w polityce potrzebujemy zaufania i wzajemnego szacunku między partnerami, a nie dominacji i przymusu. To przestało działać
— powiedział Tusk.

Premier Donald Tusk przemawia do mediów po przybyciu na nieformalne spotkanie członków Rady Europejskiej w Brukseli, Belgia, 22 stycznia 2026 r.PAP/EPA/OLIVIER MATTHYS / POOL / PAP
„Tę lekcję odrobiliśmy”
Podobne otrzeźwienie pojawia się też w północnych krajach Europy, tradycyjnie mocno przywiązanych do wolnego handlu.
Choć państwa takie jak Dania, Szwecja czy Holandia historycznie sprzeciwiały się jakimkolwiek ruchom mogącym zaszkodzić relacjom handlowym z USA, to i one zaczęły sygnalizować gotowość do reakcji odwetowej wobec Trumpa.
To nowa epoka, w której nie będziemy już na nich polegać. Przynajmniej przez trzy lata, dopóki Trump jest w Białym Domu. Ten kryzys wokół Grenlandii był testem. I tę lekcję odrobiliśmy
— powiedział czwarty dyplomata UE.
— Nawet Niemcy, których kultura polityczna przez dekady opierała się na wierze w relację transatlantycką, zaczynają podważać stare założenia. Merz zasugerował, że Berlin mógłby poprzeć twardą odpowiedź handlową wobec USA — dodał.
Choć dyplomaci i urzędnicy UE uznali, że takie sygnały pomogły zmienić Trumpowi nastawienie w sprawie gróźb celnych, jednocześnie ostrzegali, że teraz nadejdzie czas kolejnych trudnych decyzji.
— Musimy sami przejąć kontrolę nad własnym programem — dodał czwarty dyplomata. — Ukraina, produktywność, konkurencyjność, bezpieczeństwo, strategiczna autonomia. Wnioskiem nie jest to, żeby wszystkiemu mówić „nie”.