Polska bardzo wyraźnie zaznaczyła swoją obecność w Davos, prezentując dwie izby: Leaders Forum Powered by Poland (w którym odbywały się panele tematyczne i liczne dyskusje) oraz Polish Business Hub (zachęcające do networkingu, czyli budowania sieci profesjonalnych relacji, np. biznesowych). Duże zainteresowanie — nie tylko Polaków — wzbudzał nasz astronauta Sławosz Uznański-Wiśniewski, ubrany w kurtkę pilotkę z NASA. Ale nie o wygląd tu chodzi, a o wyraźne wskazanie polskiej obecności w świecie nauki i rozwoju technologii.
Ta jednak przykryta została przez wydarzenia na międzynarodowej scenie geopolitycznej. I tu mieliśmy też silną personalnie drużynę, która na co dzień, mając odmienne pomysły na Polskę, nie gra do jednej politycznej bramki: prezydenta Karola Nawrockiego i wicepremiera, ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego.
I to Trump znów grał pierwsze skrzypce. Tyle że nie wygrał wszystkiego. Show skradł mu ktoś inny.
Rechot i pohukiwania podczas transmisji przemówienia Donalda Trumpa co rusz roznosiły się w salach w Davos. Prezydent a to mówił, że wszyscy go bardzo lubią („Ludzie są ze mnie bardzo zadowoleni”), a to z typową dla siebie przesadą chwalił się znakomitą kondycją amerykańskiej gospodarki w trakcie jego rządów. Mówiąc krótko — w ciągu roku Ameryka stała się krainą mlekiem i miodem płynącą. Dalej było tylko ciekawiej.
Amerykański prezydent bowiem wszystko zaplanował. Wykorzystując swoje olbrzymie doświadczenie w biznesie, zastosował starą sztuczkę opracowaną w połowie lat 70 XX. w. przez Roberta Cialdiniego, amerykańskiego psychologa społecznego. To technika uderzania drzwiami w twarz. Chodzi o rozpoczęcie negocjacji od wysunięcia maksymalistycznych żądań, które zwykle zostają niemal natychmiastowo odrzucone. Kolejne nie mają wprawdzie już takiej siły rażenia, ale podstęp polega na tym, że od samego początku były naszym celem. Druga strona ma wrażenie, że osiąga rozsądny kompromis, na który chętniej się zgadza.
Czy nie taki właśnie wniosek można wysunąć w odniesieniu do zachowania Donalda Trumpa podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos? Prezydent USA po raz kolejny wytoczył najcięższe działa, by osiągnąć cel, czyli przejęcie Grenlandii. Ostatecznie dopiął swego. Tyle że nie o przejęcie tu chodzi. Pochwalił się, że razem z sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte „stworzył ramy przyszłej umowy dotyczącej Grenlandii, a właściwie całego regionu arktycznego”.
Ten nieraz szyderczy śmiech słuchaczy, w szczególności po wypowiedziach na temat Grenlandii („Ta ogromna, niezabezpieczona wyspa jest w rzeczywistości częścią Ameryki Północnej, położoną na północnej granicy półkuli zachodniej. To nasze terytorium”), to jedynie dobra mina do złej gry. Bo choć Trump podobnych określeń używał już wiele razy, pierwszy raz jego słowa wybrzmiały tak dobitnie i to w obecności wielu światowych przywódców.
Prezydent USA osiągnął niewątpliwy sukces. Ale być może na razie marketingowy. Problem polega bowiem na tym, że zdaniem Danii ta umowa to jedynie pogłoski. Premier kraju Mette Frederiksen mówi, że jest otwarta na porozumienie, ale pod warunkiem, że zostanie uszanowana integralność terytorialna Danii.
Sytuacja zmienia się bardzo szybko. Choć Trump zapewnia, że taka umowa jest na zawsze, trudno odnaleźć krztynę przewidywalności w nieprzewidywalności prezydenta. Biały Dom szybko się nudzi. Wciąż nie wiadomo, czy dla Waszyngtonu nie jest to przypadkiem wstęp do dalszych działań w trudnej do określenia przyszłości. Właśnie dlatego Zachód ma teraz czas na przegrupowanie i przygotowanie kolejnych kroków.
Spokoju nie będzie. Pamiętajmy, że w tym roku Stany Zjednoczone obchodzą 250-lecie istnienia. Nie można przecież wykluczyć, że tę okrągłą rocznicę amerykański przywódca będzie chciał obchodzić hucznie, by na stałe zapisać się na kartach historii własnego kraju. A zdobycie Grenlandii doskonale się w to wpisuje. Podobnie zresztą zainaugurowana Rada Pokoju. Jej dotychczasowi sygnatariusze to w większości drugi albo i trzeci koszyk państw rozdających karty na świecie. I z Davos politycy wracają do siebie z poczuciem nieufności wobec nowej inicjatywy prezydenta USA. Ale Trump nie musi z niczym gonić. Do obchodów jubileuszowego Święta Niepodległości 4 lipca zostało jeszcze przecież trochę czasu…
Kradzież show, czyli niespodziewany bohater Davos
O ile można było spodziewać się spektaklu w wykonaniu Trumpa, o tyle nikt nie brał pod uwagę tego, że na ustach całego Davos będzie polityk, który nie wychodzi z cienia Republikanina. Rzadko bowiem się zdarza, by światowy przywódca mówił naprawdę szczerze o tym, jak funkcjonuje świat. Zrobił to w Davos premier Kanady Mark Carney.
— Dawny porządek świata się załamuje, a mocarstwa używają ekonomicznej integracji jako broni. Jednak państwa średniej wielkości nie są bezsilne — mówił szef kanadyjskiego rządu. Zadeklarował też: „zdecydowanie opowiadamy się po stronie Grenlandii i Danii, i w pełni popieramy ich wyjątkowe prawo do decydowania o przyszłości wyspy”.
— Ostatnio mocarstwa zaczęły wykorzystywać integrację gospodarczą jako broń, cła jako narzędzie nacisku, infrastrukturę finansową jako narzędzie przymusu, a łańcuchy dostaw jako luki, które można wykorzystać — dodał.
Wystąpienie Carneya odbiło się w Davos szerokim echem. Spotkani na głównej promenadzie tego malowniczego miasteczka ludzie ze świata polityki, biznesu i nauki mówili zgodnie, że brakuje przywództwa z przesłaniem, które ciągnie ludzie do przodu i daje nadzieję. A Kanadyjczyk niespodziewanie wypełnił powstałą próżnię i to podobnie jak przed laty zrobił to Barack Obama.
Choć Amerykanin stracił później w oczach wielu rodaków, a jedna jaskółka wiosny nie czyni, to jednak trzeba przyznać, że przemowa Carneya była powiewem tak potrzebnej świeżości. I to pomimo tego że Kanada nie należy do grona głów państw zasiadających przy głównym stoliku. I mimo że sam Carney podpisał kontrowersyjną umowę handlową z Chinami, która rozpoczyna nowy rozdział w relacjach z Pekinem. Wszyscy jednak prawidłowo odczytali przesłanie — to prztyczek w nos dla Trumpa. Nie pierwszy i nie ostatni.