Jarosław Koliński: Zniknął pan.

Łukasz Surma: Zgodzę się z tym. Pracę trenerską rozpocząłem nieźle, ale ostatnio trochę wyhamowałem. W dwóch ostatnich klubach miałem kłopoty, żeby swoje myśli przełożyć na zespół. A w piłce jest tak, że jeśli nie masz wyników, choćby małych sukcesików, to znikasz, bo rynek jest nasycony. W grudniu tamtego roku zatrudniła mnie trzecioligowa Pogoń Lubaczów, a w kwietniu mnie zwolniła. Usłyszałem, że zespół w tym czasie nie zrobił postępów. Nie było gorzej, ale nie było też lepiej. Dlatego od dziewięciu miesięcy jestem bezrobotny.

Dalszy ciąg materiału pod wideo

Miałem na myśli, że w ogóle pan zniknął. Grając, był pan na świeczniku, wszyscy mówili o rekordzie występów w Ekstraklasie, oceniali, w jakiej świetnej formie był pan w Ruchu Chorzów. Teraz jakby pana w ogóle nie było.

Tutaj już nie mogę się zgodzić. Praca nawet w trzeciej lidze to nie jest zniknięcie. Wręcz przeciwnie — to funkcjonowanie w samym centrum futbolu. Mógłbym się oczywiście dodatkowo pokazywać w telewizji czy być obecny w mediach społecznościowych, ale unikam tego. Kiedyś zaproszono mnie do jednego z programów i poszedłem, ale jednocześnie nie chciałem, żeby piłkarze mojej drużyny, gdy akurat byłem gdzieś zatrudniony, mnie oglądali.

Dlaczego?

Bo ekspert mądrzy się dopiero po fakcie, po meczu. A trener musi być mądry przed meczem i przewidzieć pewne rzeczy. Dla mnie nie jest sztuką rozmawianie po meczu, a skoro nie jest sztuką, wolę tam nie być. Poza tym nie chciałem, żeby moi piłkarze myśleli, że się rozdrabniam i żeby nie do końca rozróżniali, w jakim charakterze tam poszedłem.

Rekordziści Ekstraklasy pod względem liczby rozegranych meczów

Liczba meczów Łukasz Surma 559 Marcin Malinowski 458 Marek Chojnacki 452 Arkadiusz Głowacki 435 Łukasz Trałka 431

Sparzył się pan na trenerce?

Ocena mojej pracy nie jest do końca miarodajna. Bo patrzę na nią nie tylko przez pryzmat wyników, ale również konkretnych piłkarzy, którzy się u mnie rozwinęli. Np. Kasolik z Ruchu Chorzów zaczynał u mnie w Oświęcimiu. Albo Michał Feliks który grał w Garbarni, Wieczystej i w Ruchu. Przychodzą mi jeszcze dwa inne przykłady — Kołbon i Kuczak — którzy radzili sobie w II lidze. Jak dzwonią do mnie czasem na święta z życzeniami i mówią, że w czasie naszej współpracy czuli radość z gry, daje mi to satysfakcję.

Ale patrząc na pana wyniki w ostatnich klubach, wygląda to słabo.

Racja. W moich dwóch ostatnich klubach [Sandecja Nowy Sącz i Pogoń Lubaczów] zdecydowanie nie tego oczekiwałem i nie tego oczekiwali moi szefowie. To były porażki, nie da się ukryć. I do nikogo nie mogę mieć pretensji. Warunki do pracy miałem dobre: pensja na czas, autokar na mecz podstawiony, catering dla drużyny. Mimo to coś nie wyszło. Najważniejsze, że z każdego miejsca, w którym dotychczas pracowałem, wyniosłem jakąś naukę i z każdym kolejnym miejscem pracy będę coraz lepszym trenerem. Zrozumiałem np. że trener musi być twardy jak dąb. Żeby nic go nie złamało. A ja miałem momenty, gdy np. po przegranym meczu na następny robiłem wiele zmian w składzie. A tak nie można, duża rotacja nie sprzyja. Trzeba cały czas wierzyć, we własne umiejętności trenerskie.

Łukasz Surma: kocham piłkę, kocham tę adrenalinę

Czegoś jeszcze się pan nauczył?

Trener jest trochę jak ojciec, któremu zależy na szczęściu synów, ale to chciejstwo musi się zamienić w ciągłe nauczanie, powtarzanie podstawowych rzeczy. W tym wszystkim trzeba być konsekwentnym, ponieważ zawodnik potrafi każdą lukę w przekazie, jakieś niedopowiedzenie wykorzystać na swoją korzyść. Tak to działa. Ja jako zawodnik też tak funkcjonowałam. Trener musi takie zachowania zauważać, poprawiać i wymagać. Do tego potrzebne jest doświadczenie oraz pewna perspektywa i wydaje mi się, że mimo porażek powoli ją zdobywam.

Podam konkretny przykład. Kiedyś uważałem, że np. gra na tzw. ścianę jest prosta, ponieważ całe życie uwielbiałem tak oszukiwać swojego przeciwnika — ktoś zagrał piłkę, ja się schowałem, wszedłem w drugie tempo i już miałem przewagę nad kryjącym, który na chwilę tracił mnie z oczu. Ale nie dla każdego jest to proste i nie każdy pomocnik to czuje, dlatego komunikacja z powtarzalnością do bólu — powtarzam: do bólu — może przynieść postęp i bodziec dla zawodnika. Tak jest z każdym elementem. Sztuką jest wybrać te najważniejsze.

Nauczyłem się też jeszcze jednej rzeczy: trener musi sprawić, aby zawodnicy grali dla niego i dla nikogo więcej. Reszta przyjdzie.

Łukasz Surma przed stadionem Manchesteru CityŁukasz Surma przed stadionem Manchesteru City (Foto: Archiwum prywatne)

Po co panu w ogóle ta praca trenerska w niższych ligach? Jest pan legendą Ekstraklasy, byłym kapitanem Legii, mistrzem Polski.

Ja to po prostu kocham. Kocham piłkę, kocham tę adrenalinę. Uwielbiam boisko, wyjść na trening. Czuję się spełniony po każdym treningu, po każdym zwycięstwie. Więc proszę sobie wyobrazić ból, kiedy akurat tego nie mam. Czy mógłbym to odpuścić? Zdecydowanie nie. Zwłaszcza w obecnej sytuacji, gdy ostatnio w klubach mi nie wyszło. Muszę udowodnić sobie i innym, że jestem dobrym trenerem. I to są akurat dobre cechy, miałem je już jako piłkarz: Charakter, zawziętość, walka. Jestem bardzo zdeterminowany.

Pana osiągnięcia i status legendy, rekordzisty pod względem meczów rozegranych w Ekstraklasie, pomaga? Ludzie w niższych ligach czują większy respekt?

Nie. Świat idzie tak do przodu, że ludzie już nie pamiętają, co było wczoraj. Podejście do mnie jest całkowicie obojętne. Dajmy spokój z tą legendą, ale faktem jest, że gdzieś pograłem, w iluś klubach byłem, czegoś dokonałem. I to mnie zdziwiło, że mimo wszystko na swoje nazwisko muszę pracować zupełnie od zera. A kiedy jestem zwalniany, to po prostu znikam i mnie nie ma.

Łukasz Surma: chcę podjąć walkę i przebić się do Ekstraklasy krok po kroku

Jest pan znany, ma mnóstwo kontaktów. Nie dałoby się skrócić tej drogi i trafić od razu do wyższej ligi? Może do 1. ligi albo do Ekstraklasy jako członek sztabu szkoleniowego.

Szczerze mówiąc, nie widzę takiej drogi. Oczywiście mój cel jest konkretny: chcę pracować w Ekstraklasie jako pierwszy trener i jeśli ktoś do mnie zadzwoni z taką propozycję, jestem otwarty na rozmowę. Ale nie zależy mi na skracaniu tego procesu, chcę to sobie sam wywalczyć. Taki jestem. Głęboko wierzę w to, że im dłużej na coś pracujesz, tym jest to trwalsze, bardziej ugruntowane. Będę wtedy lepszy i mniej rzeczy mnie zaskoczy, gdy trafię już na szczyt piramidy. Dlatego powtórzę: nic nie chcę skracać na siłę. Chcę podjąć walkę i przebić się krok po kroku. To sprawiłoby mi dużo frajdy.

Ale proszę się przyznać: zaczynając pracę trenera, liczył pan, że nazwisko będzie robić na innych duże wrażenie i będzie pan witany wszędzie z otwartymi ramionami?

Bardziej miałem obawy, że będę lżony z trybun na meczach wyjazdowych (śmiech). Tak naprawdę było różnie. Bardzo miło mi się zrobiło w Świdniku, kiedy przegraliśmy 0:1, ale fani gospodarzy bili mi brawo. To było bardzo miłe i dziś mogę tym kibicom podziękować. Ale opowiem o innej sytuacji. Zostałem trenerem trzecioligowej Stali Stalowa Wola i pojechałem na stadion na swój pierwszy mecz. Wyobrażałem sobie, że będzie jakaś oficjalna prezentacja, że zostanę przedstawiony. A tu nic podobnego. Nikt mnie nie przedstawił, nikt mnie nie zapowiedział. Fani również kibicowali normalnie. Tak jakby nikt mnie nie zauważył. W moim debiucie niestety przegraliśmy. Zszedłem do szatni, a w środku… grupa kibiców. Wściekła, że kolejny mecz jest przegrany. Te złe nastroje narastały już wcześniej, ale myślałem, że moje przyjście chociaż na chwilę poprawi sytuację: bo jest nowy trener, nowa energia, nowe nadzieje. Prezes obiecywał mi, że właśnie tak będzie (śmiech). Nic takiego nie miało miejsca. Po meczu wkurzeni kibice z rozpędu wpadli do szatni. I ja musiałem sobie z tą sytuacją poradzić, mimo że w klubie pracowałem dosłownie od dwóch dni.

I co pan zrobił?

Powiedziałem, że jestem nowym trenerem, że na pewno wrócimy na ścieżkę zwycięstw i jestem tego gwarantem. Jeszcze coś pokrzyczeli, ale generalnie udało się tę sytuację rozładować. Zresztą w Sandecji miałem podobnie. Tam kibice też mieli wszystkiego dość. Stadionu nie było, wyniki słabe… Też zdarzało im się przychodzić na treningi, żeby „pogadać”. Ja miałem w sobie dużo entuzjazmu do tej pracy, ale szybko zrozumiałem, że nie potrafię przerzucić go na innych w klubie i wokół niego.

Mówię to wszystko również po to, by pokazać, że nic nie jest nam dane na zawsze. Jestem Łukaszem Surmą piłkarzem, ale w zawodzie trenera musiałem zacząć od początku. Tutaj nie ma litości, na wszystko trzeba sobie zapracować.

Miał pan w karierze 25 trenerów. Których cenił pan najbardziej?

Zanim odpowiem, proszę zauważyć, jak mało nas — byłych piłkarzy — pracuje w zawodzie trenera. Jest taki trend, że coraz mniej byłych piłkarzy bierze się za trenowanie. Być może bierze się to z tego, że jako piłkarz byłem żołnierzem, koniem, który tylko wykonywał zadania i specjalnie się nad nimi nie zastanawiał. A teraz trzeba być woźnicą, co nie jest łatwe.

Na pewno jednym z trenerów, których zapamiętałem najbardziej, jest trener Dragomir Okuka. Był niezwykle konsekwentny w filozofii, którą wyznawał. Nie było szans, by w czymś zrobił ustępstwo w lewo albo w prawo. Strasznie żeśmy narzekali na niego, ale dziś, z perspektywy czasu, uważam, że był jednym z najlepszych trenerów, jakich miałem. Nie robisz tego, czego wymaga? Nie biegasz wystarczająco dużo? Nie ma cię. I wcale nie możesz się przyczepić. Dlaczego? Bo następnym razem tak samo potraktował innego gwiazdora. Był więc sprawiedliwy, a to jest bardzo duży fundament do budowania jedności. Jak szliśmy na imprezę, to wszyscy tam narzekali na Dragomira Okukę, nie tylko rezerwowi. Nie było ulubieńców, nie było „synków”, którzy grali niezależnie od okoliczności.

Kariera piłkarska Łukasza SurmyKariera piłkarska Łukasza Surmy (Foto: Wikipedia/screen)

Trening?

Prosty, ale intensywny. Oparty na dużej powtarzalności. Kiedy uparł się na jakąś akcję, to powtarzaliśmy ją tak długo, aż załapaliśmy, o co chodzi. I to też jest zgodne z moją filozofią.

Kogo pan jeszcze cenił?

Nie mogę nie wspomnieć o trenerze Edwardzie Lorensie. Umiał komunikować się na bardzo dobrym poziomie. Zawsze trafiało do mnie, co przekazywał. Imponowało mi w nim, że był piłkarzem, więc potrafił przekazać dużo wskazówek stricte piłkarskich na boisku, ale jednocześnie było widać, że przeszedł już na drugą stronę i nabył sznytu trenerskiego. Jak wchodził do szatni, to zapadała cisza, jak makiem zasiał. On właśnie dał mi poważną szansę w Ekstraklasie i wpoił we mnie bardzo dużo pewności siebie.

Łukasz Surma: Orest Lenczyk to był człowiek orkiestra

Orest Lenczyk?

Wiadomo. Człowiek orkiestra. Trener, który był trochę samotnym wilkiem i szedł w takim kierunku, w którym inni już nie idą. A więc dużo zajęć w sali gimnastycznej, sprawnościowych, na matach i z piłką lekarską.

Na pewno komunikacja z nim nie była łatwa. Coś powiedział, a ty myślisz: „Ej, ale on mnie właśnie pochwalił, czy skrytykował?”. Pamiętam, jak kiedyś poszedłem do niego porozmawiać o tym, dlaczego nie gram.

— Wiesz, gdzie są Błonia w Krakowie? — zapytał mnie.

— Wiem.

— No to idź sobie tam i pobiegaj.

Zlekceważył mnie. Ale nauka płynęła z tego taka, by walczyć, a nie przychodzić się wypłakiwać na swój los.

Pytanie, czy w dzisiejszych czasach takie lekceważenie piłkarza by przeszło. To już jest inne pokolenia.

Sam sobie zadaję to pytanie. Ja też uważam, że zamiast podejścia typu: „nie skarż się, tylko walcz”, piłkarzowi powinno się wytłumaczyć, dlaczego nie gra i podpowiedzieć, co musi poprawić. Trzeba znaleźć złoty środek.

Ale ja mam inny problem z młodzieżą w dzisiejszych czasach. Mamy ogromny kłopot z kształtowaniem dobrych piłkarzy w Polsce. Spójrzmy na piękny i nowoczesny ośrodek treningowy Legii — LTC. Czy młody człowiek, powiedzmy 8-letni, powinien mieć zapewnione takie wspaniałe warunki, jak równa, zielona murawa i piękne, czyste buty? A jeszcze na dodatek przywozi go mama i później odwozi do domu. Bo ja wiem, że piłka i sport to jest odwieczna walka. I to nie jest przyjemne. Dlatego ja bym wolał stworzyć mu warunki, żeby pewne rzeczy musiał sobie wyszarpać. Jesteś lepszy na treningu? Idziesz wyżej, tam, gdzie warunki do trenowania są lepsze. Robisz kolejny postęp? Ponownie dostajesz jakąś nagrodę. Bo dzisiaj 12-latek idzie to trenera z pretensjami, że nie gra, bo jest przyzwyczajony, że wszystko ma podane na tacy. Tak na pewno nie wychowamy sportowca.

Kariera trenerska Łukasza SurmyKariera trenerska Łukasza Surmy (Foto: Wikipedia/screen)

Ale z drugiej strony w Niemczech czy Holandii piłkarze w nowoczesnych akademiach też mają wszystko, czego potrzebują. A jednak wyrastają z nich wielkie talenty.

Zgadza się, tylko że w Polsce panuje inna mentalność. Nas, uogólniając, wygoda rozleniwia. Młodzi nie mają gdzie hartować charakteru. Jak widzę piękny ośrodek treningowy, od razu mi się lampka zapala. Zresztą widać to po liczbie Polaków w Ekstraklasie.

Jak pan wykorzystuje czas między jedną pracą a drugą?

Byłem kiedyś ze swoim asystentem na stażu u trenera Waldemara Fornalika, kiedy prowadził Piast Gliwice. Miałem szczęście, że to był akurat sezon mistrzowski. To, co mnie uderzyło w tym zespole, to spokój i pewność, że zespół idzie w dobrym kierunku. Ktoś, kto się na tym nie zna, mógłby źle ocenić pracę Fornalika. Bo trener Waldemar Fornalik zazwyczaj siedział na lodówce z wodą. I potrafił tak siedzieć cały trening. Tylko po co miał chodzić i mówić, skoro jego zawodnicy dokładnie wiedzieli, co mają robić? Fornalik mi imponuje, chciałbym mieć wiele jego cech trenerskich.

Praca nad sobą jest najważniejsza. Słucham obecnie podcastów niezwiązanych z piłką, w których ludzie dużo opowiadają o zarządzaniu zespołami i firmami. Bardzo dużo rzeczy z tych nagrań jest podobnych do zarządzania drużyną piłkarską.

Czeka pan niecierpliwie na kolejną pracę?

Jestem jeszcze młody, pełen energii, więc wiadomo, że czekam. Ale radzę sobie. Od kwietnia prowadzę zajęcia indywidualne z piłkarzami, żeby ciągle mieć kontakt z boiskiem. Międzyczasie było kilka telefonów z propozycjami, ale ostatecznie nie dochodziło do porozumienia. Czekanie na pracę to jest normalna rzecz w tym zawodzie i trzeba ją zaakceptować. Najważniejsze to być gotowy do pracy, gdy zgłosi się ktoś, kto potrzebuje pomocy. I ja jestem gotowy.