A przecież już przed pierwszą piłką można było mieć uzasadnione obawy. Zamknięty dach? To przeważnie nie są wymarzone wieści dla Polki. Warunki halowe sprawiają, że piłka przyspiesza, co promuje rywalki grające płasko i odważnie, a Kalinska to przykład takiego stylu. Nie kalkuluje, uderza mocno, a w dodatku jako jedyna z dotychczasowych rywalek potrafiła w przeszłości znaleźć sposób na Igę właśnie na twardej nawierzchni (w Dubaju dwa lata temu).

Set marzenie. A potem zgasło światło

Początek jednak kompletnie zaprzeczył tym obawom. Pierwszy set był demonstracją siły, jakiej w tym turnieju jeszcze nie widzieliśmy. Świątek nie tyle wygrała, ile zdemolowała rywalkę 6:1. Kluczem nie była nawet siła uderzeń, ale fenomenalna praca nóg. Była wszędzie na czas, dobiegała do piłek idealnie ustawiona, co pozwalało jej swobodnie wybierać kierunki. Kalinska biegała od narożnika do narożnika, a Iga bawiła się tenisem. Wszystko funkcjonowało jak w szwajcarskim zegarku.

I wtedy nastąpiła przerwa, która zmieniła wszystko. Te kilka minut, które zadecydowały o dalszym obrazie gry.

Kalinska poprosiła o pomoc medyczną. Masaż pleców, widoczne tejpy. Okazało się, że Rosjanka gra z urazem. Wydawało się, że to koniec emocji, a mecz zmierza do szybkiego finału. Tymczasem ta pauza obnażyła największą obecnie bolączkę Igi Świątek: trudność w utrzymaniu najwyższej intensywności po wybiciu z rytmu.

„Nigdy czegoś takiego nie widziałem”

To, co wydarzyło się w drugim secie, trudno skomentować. Gra Polki po prostu stanęła. Iga straciła pewność, a takie statystyki, jakie wówczas miała, niemal się nie zdarzają. 13 proc. punktów wygranych po pierwszym serwisie to wynik, który na tym poziomie jest wręcz niemożliwy i który słusznie zszokował ekspertów.

Kalinska, widząc bezradność Polki, mimo bólu pleców uwierzyła w sukces. Grając prosto, ale skutecznie, zrewanżowała się wynikiem 6:1, a zamiast spacerku, kibice dostali horror i emocjonalny roller coaster.

Przed decydującym setem to Iga musiała skorzystać z pomocy medycznej na opatrzenie odcisku dłoni. I ten moment oddechu tym razem zadziałał na korzyść Polki. Po powrocie na kort znów zobaczyliśmy wersję Świątek bliższą tej z pierwszego seta. Ostatecznie wygrała 6:1.

„Nie wiem, co się wydarzyło”

Tuż po meczu Polka zdradziła, że nie rozumie, co stało się w drugim secie, ale dodała też, że „nie czuje, że grała gorzej w tamtym secie”.

Los bywa jednak przewrotny. W 1/8 finału czekał nas potencjalny hit z podtekstami. Mecz z Naomi Osaką, trenowaną przez Tomasza Wiktorowskiego. Starcie ze swoim byłym szkoleniowcem byłoby wielkim hitem, ale do tego nie dojdzie. Japonka wycofała się z turnieju.

To diametralnie zmienia sytuację. Zamiast wielkiego hitu, Igę czeka starcie z ulubienicą gospodarzy, kwalifikantką Maddison Inglis (168. WTA). Na papierze to przepaść, ale sobotni mecz pokazał dobitnie, że w Melbourne przedmeczowe przewidywania najlepiej zostawić w szatni.