Maciej Kot nie zmieścił się w trzyosobowym składzie reprezentacji Polski na igrzyska olimpijskie we Włoszech. 34-latek w ten weekend pełni rolę rezerwowego podczas mistrzostw świata w lotach narciarskich, wypatrując potencjalnej szansy w niedzielnym konkursie drużynowym na obiekcie im. Heiniego Klopfera w Oberstdorfie. W oczekiwaniu na rozwój dalszych wydarzeń skoczek opowiedział nam o swojej perspektywie ostatnich dni, odniósł się do odczuwalnego wsparcia ze strony kibiców i możliwych scenariuszach na sportową przyszłość.
Kot – chcąc zachować szansę występu w drużynówce – od piątku do soboty nie mógł skakać w Oberstdorfie w roli przedskoczka.
– Przepisy są nieubłagane. Już na odprawie technicznej zostało to zakomunikowane, że zawodnicy skaczący tutaj jako przedskoczkowie nie będą mieli prawa startu. Gdybym wystąpić jako przedskoczek, mógłbym potrenować, natomiast automatycznie zdyskwalifikowałoby to mnie z ewentualnego niedzielnego startu, a tego bym nie chciał. Na razie czekamy na kolejne decyzje. Szkoda, że nie ma treningu dla zawodników, którzy nie zostali wybrani do składu na zawody drużynowe. Kiedyś coś takiego było. Myślę, że paru zawodnikom by się to przydało. Są skoczkowie, którzy walczą jeszcze o drużynówkę, a w ten sposób zabiera się możliwość zobaczenia poziomu zawodników przez trenerów. Szkoleniowcy będą bazować tylko na tym, co działo się w czwartek i co zobaczą w konkursie indywidualnym.
W czwartek Polski Związek Narciarski (PZN) przedstawił trzyosobową kadrę naszego kraju na igrzyska. Kot nie znalazł się zarówno w niej, jak i w składzie na indywidualny konkurs o tytuł mistrza świata w lotach narciarskich. Tego dnia nie stanął przed dziennikarzami zebranymi w Bawarii, a wieczorem opublikował enigmatyczny wpis w sieci.
– Intencja mojego wpisu była jasna. To była reakcja na moje czwartkowe skoki w Oberstdorfie. Nie miało to nic wspólnego z ogłoszeniem składu na igrzyska. My znaliśmy go już w Zakopanem, zaraz po Pucharze Świata. Każdy miał jasność co do kalendarza startów. Już wtedy wiedziałem, że lecę do Japonii i przygotowuję się do mistrzostw świata w lotach narciarskich, więc emocje z tym związane zdążyły opaść. Przyjechałem do Oberstdorfu, by walczyć o miejsce w składzie na lotach, skakać jak najdalej i mieć trochę radości z latania. W ostatnim czasie loty były dla mnie dużym wyzwaniem i sporą męczarnią. Wydawało mi się, że te skoki są na tyle dobre, a forma ustabilizowana, że powinienem dać sobie radę. Tak zdecydowanie nie było. Moje skoki były bardzo słabe. Wytracałem prędkość za progiem, co zupełnie odebrało mi radość z latania, którego tu nie było. Dlatego napisałem o błędnych decyzjach, ale moich. Mam na myśli pewne zmiany sprzętowe, które poczyniłem, a także plan na skok. To wszystko się skumulowało, też pewne rzeczy niezależne ode mnie. Po dwóch bardzo złych i trudnych dla mnie skokach pojawiło się sporo emocji. Dlatego w czwartek nie udzielałem wywiadów, żeby nie powiedzieć czegoś pod wpływem emocji. Spodziewałem się pytań dotyczących igrzysk, a moja czwartkowa złość nie dotyczyła tego, a wyłącznie tego, co działo się na skoczni w Oberstdorfie.
Na igrzyska do Predazzo pojadą Kamil Stoch, Kacper Tomasiak i Paweł Wąsek.
– Już wcześniej przeczuwałem, jak będzie wyglądał skład. Walczyłem do końca. Nie mam sobie nic do zarzucenia pod względem wykonania pracy i walki. Do końca walczyłem jak równy z równym i nie złożyłem broni. Wyszedłem z tej potyczki z twarzą, natomiast mam poczucie, że nie dałem odpowiedniej ilości argumentów. Część ludzi patrzy na to z perspektywy udanych startów, ale ja patrzę na te niewykorzystane okazje. Były konkursy, gdzie nie wchodziłem do drugiej serii. Było blisko, ale czegoś brakowało, żeby punktować. Nie dałem tylu mocnych argumentów, żeby być pewną częścią tego składu. Szybko przyszło mi przetrawienie tej decyzji. Po oficjalnym ogłoszeniu składu porozmawialiśmy z trenerem Maciusiakiem indywidualnie. Powiedziałem, że nie zazdroszczę mu odpowiedzialności podejmowania tej decyzji. Nie chciałbym być na jego miejscu. To bardzo trudne dla trenera, mając trzy miejsca startowe. Kiedyś byłoby łatwiej. Byłoby dużo łatwiej podjąć tę decyzję, mogąc zabrać pięciu skoczków. Nie zazdroszczę Maćkowi podejmowania tej decyzji, ale akceptuję ją. Teraz są inne cele, sezon jest jeszcze długi i jest o co walczyć. Dla mnie ważne jest to, żeby z jak najlepszej strony pokazać się w drugiej części zimy.
Jak się okazuje, Puchar Świata w Sapporo nie miał już wpływu na decyzję trenera w sprawie olimpijskiego składu. Ta została zakomunikowana zawodnikom po Pucharze Świata w Zakopanem.
– Przynajmniej nikt nie odebrał emocji związanej z tą rywalizacją <śmiech>… Taka była decyzja trenera i Polskiego Związku Narciarskiego, by tę decyzję zachować w tajemnicy. Uszanowaliśmy to. Dla nas dobrze, że wcześniej usłyszeliśmy o tej decyzji, ponieważ jadąc do Japonii mogliśmy skupić się na swojej pracy i swoim planie. Po to, by w Japonii walczyć o dobre miejsca, a nie patrzeć na rywalizację między sobą. Do tej pory ta rywalizacja była, ale każdy i tak starał się koncentrować na sobie, na dobrych skokach i wynikach, bo tylko takie argumenty mogły zbliżyć nas do powołania na igrzyska. W Sapporo znaliśmy plan przygotowany dla nas. Widzieliśmy, że strony internetowe pasjonowały się walką o trzecie miejsce, a ja po cichu sobie myślałem, że… jeszcze się zdziwicie <śmiech>.
– Pod kątem mojej motywacji i podejścia skoków, ta decyzja niczego nie zmieniła. Wiadomo, że główny cel na ten sezon nie został zrealizowany, ale wykonana praca nie poszła i nie pójdzie na marne. Teraz jestem w stanie to wykorzystać w Pucharze Świata i Pucharze Kontynentalnym. Wręcz szkoda byłoby tego nie zrobić. Są widoki na to, by druga część sezonu była jeszcze lepsza. Chcę zbliżyć się do czołowej „10” w zawodach Pucharu Świata i w końcu zmierzyć się z mamutami w Vikersund czy Planicy, by czerpać z tego frajdę i pokazać, że też potrafię latać. Czasami ważna jest droga, którą idziemy, a nie cel. Wiadomo, fajnie realizować cele, bo to daje sporo radości i satysfakcji, natomiast nie można patrzeć na wszystko przez pryzmat osiągnięcia celu, bądź jego nieosiągnięcia. Czasami ta droga jest nawet ważniejsza od celu. Nie zmieniłbym tej drogi. Zerkam wstecz i nie muszę się wstydzić tego, co zrobiłem. Nie wystarczyło, ale w pewien sposób jestem z tego dumny. Ta droga na pewno dużo mi dała i będę z tego mógł korzystać w przyszłości. Potencjał jest. Gdyby ktoś przed sezonem letnim usłyszał, że Kot będzie do końca walczył o miejsce w trzyosobowym składzie na igrzyska, to wiele osób pukałoby się w głowę. A jednak tak ten sezon się potoczył, że do końca byłem w grze. Trzeba popatrzeć na to z pozytywnej strony. Wygrałem konkurs Letniego Grand Prix w Wiśle, a w Pucharze Świata zaliczyłem najlepszy wynik od wielu lat – kontynuuje Kot.
Pod wpisami skoczka w mediach społecznościowych można dostrzec falę wsparcia ze strony sympatyków skoków narciarskich w Polsce.
– Mam wrażenie, że trochę odzyskałem sympatię fanów, co też jest dla mnie dodatkową radością. Wsparcie, jakie widzę i otrzymuję, jest naprawdę budujące. To coś niesamowitego, dziękuję za to. Dawno nie miałem takiego wsparcia. Cieszę się, że ludzie zaczęli doceniać pracę, którą w to wkładam i konsekwencję w tym, do czego chcę dążyć. Znowu czegoś brakuje, znowu nie jest tak, jak byśmy chcieli, ale ludzie widzą światełko w tunelu, postęp i to, że nie poddaję się. Każdego dnia pracuję, żeby było lepiej i raz jeszcze dziękuję kibicom za wsparcie, bo to jest coś niesamowitego. Daje mi to dużo energii mentalnej, która w takich momentach jest potrzebna. Czasami akumulator się wyczerpuje, a takie wsparcie dodaje sporo energii. Wielokrotnie było mi przykro, czytając komentarze w sieci, które mówiły, że powinienem już skończyć karierę, bo blokuję miejsce młodym zawodnikom, a w kadrze jestem tylko dlatego, że tata jest w zarządzie PZN. Nigdy nie spotkałem się z bezpośrednią krytyką. To utwierdzało mnie w przekonaniu, że większość tzw. hejtu była pisana przez anonimowych ludzi, którym i tak nigdy się nie dogodzi. Ważna jest opinia prawdziwych kibiców, opinia rodziny i bliskich, a przede wszystkim życie w zgodzie z własnymi wartościami. Trudno zupełnie odciąć się od krytyki w sieci. Czasami ktoś coś podeśle czy pokaże i to nie jest łatwe czy przyjemne. Często mnie to dodatkowo motywowało do działania. Nigdy nie złożyłem broni i nie powiedziałem, że ludzie mają rację. Krytyka jest potrzebna, jeśli jest konstruktywna. Sympatia kibiców zawsze była, ale teraz wsparcie jest jeszcze większe, wyjątkowe i za to dziękuję.
Czy Kot zakłada możliwość walki o igrzyska, które w 2030 roku odbędą się we Francji?
– Trudno w tym momencie rozmawiać o kolejnym czteroleciu. Cztery lata dla sportowca w tym wieku to dość długa perspektywa czasowa. Jak mówiłem przed sezonem, jestem w pełni skoncentrowany na tej zimie. W Zakopanem, po kwietniowym wydarzeniu Red Bulla, siądę i przeanalizuję ten sezon. Wtedy zobaczymy, co dalej i jaką perspektywę można przyjąć. Jakie będą możliwości? Jakie będą opcje? Teraz koncentruję się na tu i teraz, żeby powalczyć o drużynę na mistrzostwach świata w lotach narciarskich, na walce podczas Pucharu Świata w Willingen i powrocie do Pucharu Kontynentalnego podczas igrzysk, by tam walczyć o dodatkowe miejsce startowego. Chcę wrócić do Pucharu Świata z mocnym uderzeniem na koniec sezonu, to mój plan. A co później? Zobaczymy.
Korespondencja z Oberstdorfu, Dominik Formela
