Kilka liczb uwidacznia spektakularną przemianę świata. Na przełomie tysiącleci, gdy Zachód dominował na globie, siedem największych zachodnich państw uprzemysłowionych (G7) skupiało niemal 67 proc. światowej gospodarki. Pięć największych krajów rozwijających się (BRICS) miało zaledwie 8 proc. Dziś, po ćwierćwieczu, ta globalna proporcja to 43 proc. do 22 proc.
Państwa BRICS (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i RPA) odpowiadają obecnie za 22,4 proc.światowej produkcji gospodarczej. Kraje G7 — tylko za 42,5 proc. A Zachód trzeba dziś podzielić na dwa bloki: Stany Zjednoczone — z 26,4 proc. globalnej gospodarki — i pozostałe sześć państw G7 (Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Włochy, Kanada i Japonia), które razem odpowiadają już tylko za 16,1 proc.
Wygląda na to, że rywale Zachodu niespodziewanie znaleźli się w punkcie, do którego dążyli od dekad: w „świecie wielobiegunowym”. Te dwa słowa od zawsze stanowiły szyfr, którym kraje rozwijające się skrywały swoje ambicje przełamania dominacji Zachodu.
Państwa BRICS, które z czasem stały się politycznymi potęgami, przyglądają się spektaklowi, w którym Trump wbija klin w jedność Zachodu — i sam napędza wielobiegunowy świat. Przez ostatnie trzy dekady słowa „wielobiegunowy” nie mogło zabraknąć w żadnym strategicznym dokumencie w Pekinie, Moskwie czy Delhi.
Np. w 2000 r., niedługo po objęciu władzy przez Władimira Putina, w rosyjskiej koncepcji polityki zagranicznej zapisano: „Istnieje tendencja do jednobiegunowej struktury świata z polityczną i gospodarczą dominacją USA. Rosja powinna dążyć do wielobiegunowego systemu stosunków międzynarodowych, który odzwierciedla różnorodność współczesnego świata i wielość interesów”.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
To strategiczne hasło przetrwało do dziś. W dokumencie z 2024 r. chińskie ministerstwo spraw zagranicznych wzywało do „sprawiedliwego i uporządkowanego wielobiegunowego świata oraz powszechnie korzystnej i inkluzywnej globalizacji gospodarczej”. Na drodze do świata wielu centrów siły polityka „America First” Donalda Trumpa działa jak katalizator.
— Widzimy prezydenta i rząd, które zmierzają w stronę wielobiegunowości, a to bardzo odpowiada Indiom — powiedział w ubiegłym roku Subrahmanyam Jaishankar, indyjski minister spraw zagranicznych, odnosząc się do polityki zagranicznej amerykańskiego prezydenta.
Rywale Zachodu wciąż nie są pewni, czy polityka Trumpa na pewno im się opłaci
Nowe światowe potęgi świata jednak myślą zawsze w perspektywie dekad — i realizują swoje ambicje ostrożnie, krok po kroku. Dlatego też z rezerwą podchodzą do nieprzewidywalnych działań prezydenta USA. Indie i Brazylia bardzo powściągliwie zareagowały na transatlantycki spór z tego tygodnia.
Z Chin i Rosji płynęły co prawda ostrzejsze sygnały, jednak także tam pojawiały się wątpliwości, czy wydarzenia rzeczywiście leżą w ich interesie. Pekin zauważył, że Trump uzasadnił swoje dążenie do przejęcia kontroli nad Grenlandią chęcią powstrzymania Chin i Rosji przed wejściem do Arktyki.
— Wszystkie państwa są uprawnione i mają swobodę, aby działać w Arktyce zgodnie z prawem. Należy to szanować — powiedziała rzeczniczka chińskiego MSZ Mao Ning. — Stany Zjednoczone nie powinny wykorzystywać innych krajów jako pretekstu do realizowania własnych interesów.
W Rosji reakcje na działania Trumpa były jak zwykle mało dyplomatyczne i również niejednoznaczne. Z jednej strony szef MSZ Siergiej Ławrow podkreślał podobieństwa między ambicjami prezydenta USA wobec Grenlandii a aneksją Krymu przez Putina w 2014 r. — Krym jest dla bezpieczeństwa Rosji nie mniej ważny niż Grenlandia dla USA — stwierdził.

Władimir Putin, prezydent Rosji, i Siergiej Ławrow, minister spraw zagranicznych. Moskwa, 22 stycznia 2026 r.EPA/RAMIL SITDIKOV/REUTERS / POOL / PAP
Jednak były prezydent, a obecnie jeden z głównych „jastrzębi” Kremla, Dmitrij Miedwiediew, wypowiedział się ostrożniej. Jego zdaniem istnieje zasadnicza różnica w stosunku do Krymu: — Grenlandia nigdy nie była bezpośrednio związana ze Stanami Zjednoczonymi, nawet jeśli kilka razy próbowali ją kupić — przekonywał.
Ostatnio rywale Zachodu musieli przyznać, że Trump już zupełnie otwarcie przyjmuje koncepcję „wielobiegunowości”. Widać to wyraźnie w nowej amerykańskiej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego (NSS).
„Po zakończeniu zimnej wojny elity polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych wmawiały sobie, że trwała amerykańska dominacja nad całym światem leży w najlepszym interesie naszego kraju” — czytamy we wstępie do NSS. „Sprawy innych państw interesują nas tylko wtedy, gdy ich działania bezpośrednio zagrażają naszym interesom”.
Trump szybko przeszedł od słów do czynów, ogłaszając Amerykę Łacińską i Arktykę strefami wpływów USA — a tym samym obszarami zamkniętymi dla Chin i Rosji. Interwencja USA w Wenezueli odcina rywalom Zachodu ważne źródło taniej ropy, która dotąd, poprzez szarą strefę, wspierała autorytaryzmy. Choć spór o Grenlandię rozgrywa się przede wszystkim między USA a Europą, w dłuższej perspektywie może zaszkodzić zwłaszcza Chinom i Rosji.
Potwierdził to komentarz popularnej prorządowej rosyjskiej gazety „Moskowskij komsomolec”. Arktyka z regionu współpracy staje się areną konfrontacji. „Flota Północna będzie zagrożona. Pojawią się nowe przeszkody dla projektów gospodarczych. Osłabnie odstraszanie jądrowe” — napisano w dzienniku. Rosja zostanie strategicznie odizolowana. „Grenlandia to nie tylko wyspa o powierzchni 2 mln km kw., której pożąda Trump. To lodowa pętla na szyi Rosji. A Trump już zaczął ją zaciskać” — ostrzega prorządowa gazeta.