Skuszony błyskawiczną rekrutacją, wizją regularnych premii sprzedażowych oraz oczywiście obietnicą przyjaznej atmosfery, przymykam oko na fakt, że drugie imię leżącej na moim biurku umowy brzmi śmieciówka, a w zapoznawanym właśnie zespole średni staż pracowników liczy się w tygodniach.
Jednak oko trzeba przymykać jeszcze po wielokroć, by nie powiedzieć, że sytuacja zachęca do jego całkowitego zamknięcia od poniedziałku do piątku między godziną 8 a 16. Przemilczeć przykładowo należy fakt, że za okres próbny oraz poprzedzające go szkolenie owszem należą się pieniądze, ale wypłacane po przepracowaniu kilkunastu tygodni.

Onet
— Dawid, tu nikt cię nie oszuka — czule zapewnia rekruterka, uśmiechając się na tle reklamy jednej z największych sieci komórkowych w Polsce. Nie musi. Ze świeżym doświadczeniem zbiórki owoców na obczyźnie jestem gotów uznać wygodne krzesło i służbowy dach nad głową za awans, a obowiązkowe rozmowy z ludźmi określić czystą przyjemnością.
Entuzjazm gaśnie błyskawicznie.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
— Proszę pana, czy wie pan, gdzie teraz jestem? — słyszę w słuchawkach. — W kiblu — niezwłocznie precyzuje nieznajomy rozmówca.
I już mam ochotę, odpowiadając pytaniem na pytanie, ustalić, dlaczego w takim razie odbiera telefon, lecz głos rozsądku przypomina, że za chwilę zostanie oceniona nie tylko długość zmierzającej w jednym celu konwersacji — czyli talk time — lecz także poziom mojej uprzejmości.
Sięgam więc po jedną z czekających w pogotowiu formułek:
Rozumiem, że moment jest nieodpowiedni, kiedy w takim razie mogę do pana zatelefonować, byśmy mogli spokojnie porozmawiać o ofercie, którą dla pana przygotowałem? Dodam tylko, że specjalna promocja operatora, która, mam nadzieję, pana zainteresuje, kończy się dzisiaj.
— Nigdy! — rzuca słowem oraz słuchawką mój interlokutor, uprzednio częstując mnie wiązanką przekleństw. Do nich zaskakująco szybko przywykam. Trudniej robi się, kiedy pakiet abonamentowy z prawie darmowym telefonem i równie niewiele kosztującym tabletem mam sprzedać kobiecie, która właśnie straciła męża. Albo człowiekowi odgrażającemu się, że zadzwoni na policję, bo kradniemy bazę numerów naszej konkurencji.
Oprócz konieczności wysłuchiwania na swój temat mało dyplomatycznych epitetów — i wyzwania, by jednak w te epitety nie wierzyć — dojmujące okazuje się także, dość paradoksalne w tym fachu, poczucie samotności.
Pośród gadających głów — mechanicznie wybierających kolejne numery z tajemniczej bazy danych sprzed okresu RODO — należy porzucić potrzebę niemożliwego przecież kontaktu wzrokowego. Wypełniające mój dzień pracy głosy tracą swoją podmiotowość. Bardziej od komunikacji międzyludzkiej przypominają zautomatyzowaną kakofonię.
Zresztą call center skrywa za sobą rozmaite, nieoficjalne działalności: pogotowie zdrowotne i rozstaniowe, orszak kondolencyjny, gabinet psychoterapeutyczny, ogólny serwis rzeczy psujących się, a także punkt nielimitowanego narzekania, przeklinania, obrażania oraz wykrzykiwania.
W piątkowe popołudnie, czyli mojego piątego dnia w branży telefonicznej, myślę o rozpoczętym weekendzie, prawie podpisanej umowie i należycie długimi rozmowami. A później rozglądam się dookoła i nie widzę żadnej ze znajomych twarzy, które jeszcze przed chwilą tu były. Po kolegach z mojego naboru zostały puste biurka.
I tak po zakończeniu kolejnej rozmowy, kiedy pewien emeryt oskarża mnie o wyłudzenie przez firmę jego ostatnich pieniędzy, wydanych na „atrakcyjny pakiet”, decyduję, bez większych wątpliwości, że już więcej tutaj nie wrócę.
Czy praca z klientem przy uchu — często gorączkowo potrzebującym rozładowania codziennych frustracji i lęków — zmienia moje podejście do otoczenia? Tak, na tyle, że zaraz po ucieczce z chwilowego miejsca pracy, prawie podpisuję z uroczą telemarketerką umowę na sprzęt, którego wcale nie potrzebuję. Jednak nie na tyle, żebym miał wzgardzić czekającą na mnie tuż po call center propozycją pracy w sprzedaży. Tym razem bezpośredniej, z możliwością patrzenia w oczy oraz bez ukrytych kosztów etycznych.
A jak na moje spontaniczne odejście z pracy reaguje telefonia komórkowa? Otóż nawet nie dzwoni.
***
Chcesz skontaktować się z autorem, by opowiedzieć własną historią? Napisz na adres: dawid.dudko@redakcjaonet.pl