Przykładem nieuzasadnionej krytyki pod adresem prezydenta była reakcja znacznej części liberalnej opinii publicznej na słowa Karola Nawrockiego, będące odpowiedzią na uwagi Donalda Trumpa, który w arogancki i pozbawiony szacunku również wobec Polski sposób dworował sobie z udziału żołnierzy państw NATO w wojnie w Afganistanie.

Karol Nawrocki podkreślił ofiarę polskich żołnierzy, ale nie zwrócił się bezpośrednio do Trumpa. W polskiej przestrzeni publicznej zaroiło się od komentarzy, że skoro Brytyjczycy ustami premiera Starmera mogli Trumpa skrytykować, to mógł i powinien to zrobić również prezydent RP.

Problem polega na tym, że jest dość zasadnicza różnica pomiędzy Polską a Wielką Brytanią. Wielka Brytania nie ma otóż granicy z Rosją, za to ma broń nuklearną i kilkukrotnie większą od Polski gospodarkę. Ignorowanie tej zasadniczej różnicy potencjałów oraz różnicy sytuacji było cechą charakterystyczną polityki zagranicznej prowadzonej przez PiS.

Prezydent, reagując wstrzemięźliwie, a przy tym w sposób daleki od typowej dla PiS dezynwoltury, zachował się w sposób właściwy. Jak już pisałem jakiś czas temu w Onecie, Donald Trump jest, delikatnie rzecz ujmując, niezbyt mądry, niezbyt inteligentny i mało zdrowy emocjonalnie.

Gdybym nie był jednak dziennikarzem i zamiast tego miał napisać dowolne wystąpienie czy to prezydentowi, czy to premierowi, wyrażałbym jedynie podziw i zachwyt nad prezydenturą Trumpa i jego głębią intelektualną. To, że prezydent RP rozumie, iż musi ważyć słowa, powinno cieszyć. Inna sprawa, że szkoda, iż nie waży ich, gdy mówi o innych, europejskich sojusznikach Polski.

Pomysł Nawrockiego w sprawie żołnierzy USA wart jest rozważenia

Kpiny spotkały prezydenta również za to, iż miał, według doniesień medialnych, powiedzieć Donaldowi Trumpowi, że Polska jest gotowa nie tylko przystąpić do Rady Pokoju, ale nawet zapłacić przy tej okazji 1 mld dol. w zamian za zmianę formuły stacjonowania wojsk amerykańskich z rotacyjnej na stałą.

Obecna formuła oznacza, że w zasadzie w dowolnej chwili Amerykanie mogą znakomitą większość wojsk wycofać. Gdyby za 1 mld dol. (nic to, że byłaby to de facto łapówka dla Donalda Trumpa) można było ten stan rzeczy zmienić, byłoby to opłacalne dla Polski.

Powstaje oczywiście pytanie, w jaki sposób zmiana ta miałaby nastąpić. Biorąc pod uwagę niestabilność emocjonalną Trumpa, musiałaby to być forma traktatowa. Sam pomysł wart jest jednak przynajmniej rozważenia. Osobiście, nie wierzę w jego powodzenie, ale nie zmienia to faktu, że próbować warto i pomysł, nawet jeżeli szanse jego realizacji nie są zbyt duże, nie jest zły, a kpiny z prezydenta są nieuzasadnione.

Donald TrumpLAURENT GILLIERON / PAP

Donald Trump

Wypowiedź Karola Nawrockiego w Davos

Trzecim powodem do kpin z prezydenta była jego wypowiedź w Davos, gdzie podczas panelu dyskusyjnego Karol Nawrocki, siedząc obok prezydenta Finlandii, stwierdził, że z Rosją można wygrać i jako przykład podał zwycięstwo Polski nad Sowietami w 1920 r., a następnie, kontynuując myśl, wymienił również zwycięstwo Finlandii w wojnie z ZSRR.

Jak się można domyślać, chodziło prezydentowi o wojnę zimową. Zaciekli krytycy Karola Nawrockiego usłyszawszy to, stwierdzili, że prezydent nie ma pojęcia o historii, bo Finlandia wojnę zimową wszak przegrała. Problem polega na tym, że jest to półprawda. Jakkolwiek bowiem Finlandia w wyniku wojny zimowej utraciła część terytorium, to zarazem obroniła przecież niepodległość.

Z historycznego punktu widzenia odniosła więc zwycięstwo. Było ono co prawda okupione wysoką ceną, ale nazywać go przegraną po prostu nie można. Analogicznie zresztą, jeżeli Ukraina obroni w obecnej wojnie z Rosją niepodległość, a równocześnie straci część terytorium, to również trudno będzie powiedzieć, że przegrała wojnę.

Krytyka Karola Nawrockiego, biorąc pod uwagę postępowanie samego prezydenta i jego konfrontacyjny ton, jest po części zrozumiała. Rzecz w tym, że staje się tak zajadła i nienawistna, a towarzysząca jej pogarda tak niebywała, że można zadać sobie pytanie, czy strona liberalna w nienawiści i głupocie chwilami nie przelicytowuje prawicy.

Pomijając już jednak aspekty moralne, to jeśli celem tzw. liberalnego salonu jest (a powinno być) doprowadzenie do pewnego konsensusu z prezydentem, to atakowanie go przy każdej okazji nie ma sensu.

Nie ma ono też sensu dlatego, że czy się to komuś podoba, czy też nie, Karol Nawrocki wybory wygrał. A skoro tak, to elementarny patriotyzm nakazywałby szukać tego, co łączy, a nie tego, co dzieli. Warto też wreszcie zastanowić się, czy wyborcy aby na pewno nagrodzą stronę liberalną w wyborach, jeśli ta stanie się nieodróżnialna od postaci pokroju posłów Mateckiego, Kowalskiego i Tarczyńskiego.

ZOBACZ WIĘCEJ: „Stan Wyjątkowy”. Trump ciągnie Nawrockiego do współpracy z Putinem. Premier i prezydent walczą o specsłużby. Hołownia chce odbić własną partię