- Dużo czytania, a mało czasu? Sprawdź skrót artykułu
Ofensywa prokuratury
Sprawa śmierci Pauliny Antczak nie będzie dłużej toczyć się w sądzie z subsydiarnego [prywatnego] aktu oskarżenia. Teraz to Prokuratura Okręgowa we Wrocławiu stała się oskarżycielem publicznym w sprawie śmierci 25-latki.
Jednocześnie, 21 stycznia, na polecenie szefa wrocławskiej Prokuratury Okręgowej do Sądu Rejonowego we Wrocławiu wpłynął wniosek o przeniesienie sprawy Pauliny Antczak do Sądu Okręgowego. O tym, czy tak się stanie, sędzia Antonina Surma powinna zdecydować w piątek, na najbliższej rozprawie.
- Jakie były przyczyny śmierci Pauliny Antczak?
- Kto teraz prowadzi sprawę Pauliny Antczak?
- Co ujawnili biegli w badaniach toksykologicznych?
- Co się stało z byłym chłopakiem Pauliny, Dawidem Z.?
To dopiero pierwszy krok. Jeśli sprawa trafi do sądu okręgowego, prokurator będzie wnioskował o cofnięcie jej do Prokuratury Okręgowej, żeby uzupełnić materiał dowodowy. Prokuratura chce prowadzić sprawę dwutorowo. Jedno postępowanie będzie toczyć się jak obecnie w sądzie, przeciwko byłemu chłopakowi Pauliny Dawidowi Z. o niemyślne spowodowanie śmierci i nieudzielenie pomocy. Drugie postępowanie będzie prowadzone w sprawie zabójstwa.
— Z uzyskanych na etapie postępowania sądowego dwóch opinii biegłych z zakresu medycyny sądowej, wynika, że mamy do czynienia z podejrzeniem popełnienia czynu z art.148 kk. [czyli zabójstwa]. Z uwagi na uzyskanie nieznanego wcześniej materiału dowodowego w postaci opinii wskazanych biegłych, należy uzupełnić postępowanie w celu wszechstronnego ustalenia stanu faktycznego w sprawie oraz oceny pod kątem odpowiedzialności karnej zachowań poszczególnych osób. Dołożymy wszelkich starań, żeby wyjaśnić tę sprawę — mówi Onetowi Daniel Drapała, Prokurator Okręgowy we Wrocławiu.
O swoich działaniach szef wrocławskiej Prokuratury Okręgowej poinformował już rodziców Pauliny Antczak.
— Prokurator okręgowy powiedział, że pozostaje mu jedynie przeprosić nas. Padły te słowa. Prokurator Drapała niczemu jednak nie zawinił. To nie on zgotował nam piekło na ziemi i 11 lat gehenny. On próbuje rozwikłać tę sprawę. Przeprosić powinien prokurator, który był na miejscu zgonu, bo on narobił najwięcej złego, i ci, którzy później prowadzili tę sprawę — słyszę od Iwony Antczak, mamy Pauliny.
— Straciliśmy już mnóstwo czasu i zdrowia. Nie ukrywam jednak, że po tym wszystkim, przez co przeszliśmy, obietnica wyjaśnienia tej sprawy dużo dla nas znaczy. Do tej pory nie dostawaliśmy nic. A co będzie dalej, zobaczymy — mówi mi Kazimierz Antczak, tata Pauliny.
– Mam nadzieję, że prokuratura maksymalnie zaangażuje się w sprawę – mówi Onetowi Wojciech Kasprzyk, pełnomocnik rodziców Pauliny.
Archiwum rodzinne
Paulina zmarła 24 września 2014 r.
Tajemnicza śmierć
Zapowiedź szefa wrocławskiej Prokuratury Okręgowej zupełnie zmienia optykę na sprawę Pauliny Antczak, która zmarła w nocy 24 września 2014 r. w swoim mieszkaniu we Wrocławiu. Gdy umierała, nie była sama. Był z nią jej chłopak, Dawid. Czy w mieszkaniu był ktoś jeszcze? Z relacji Dawida wynika, że nie, choć analizując sprawę, można mieć co do tego spore wątpliwości.
— Na stole stały cztery kubki, przecież Paulina nie piła z nich wszystkich. Oprócz Dawida musiał ktoś tam być — słyszę od Iwony Antczak.
Dawid przedstawił kilka wersji jej śmierci. Nie wiadomo, czy którakolwiek z nich jest prawdziwa. Koleżance mówił, że Paulina nagle upadła, zalała się krwią i zmarła. Co innego przekazał śledczym. Raz mówił, że zbudziło go jej charczenie, raz, że były to uderzenia w ścianę, a jeszcze innym razem, że wstał, gdy zadzwonił budzik.
To on miał wezwać do niej pogotowie. Jak zeznał, reanimował ją według wskazówek dyspozytora numeru 112. Tyle że przesłuchany po dwóch latach operator zapewnił, że wcale go nie instruował.
Gdy Dawid wezwał pogotowie była godz. 5.05, ale już o 3.29 wysłał do ojca SMS o treści: „Odezwij się do mnie, Paulina nie żyje”. Co robił przez półtorej godziny? Nie wiadomo. Śledczy nigdy tego nie ustalili.
Blamaż prokuratury
Wrocławska prokuratura, która przed laty badała sprawę, nie wyjaśniła, co było przyczyną śmierci Pauliny. Nie zleciła badań toksykologicznych, bo nie widziała takiej potrzeby. Nie miała jednak problemu ze stwierdzeniem, że do jej śmierci nikt się nie przyczynił i sprawę umorzyła.
Wcześniej prokurator już podczas oględzin uznał, że zgon nastąpił we śnie, na skutek upojenia alkoholem. Później prokuratura się z tego wycofała, bo jak wykazała sekcja, dziewczyna nie miała w organizmie nawet odrobiny alkoholu. Innych wątków prokuratura nie badała.
Na tej sprawie poległo kilkoro prokuratorów.
Determinacja rodziców. Sami wykopali ją z grobu
Po umorzeniu sprawy przez prokuraturę rodzice Pauliny Antczak sami postanowili wyjaśnić, dlaczego ich córka nie żyje. To oni skierowali do sądu subsydiarny [prywatny] akt oskarżenia przeciwko byłemu chłopakowi córki.
Sami ustalili pochodzenie kroplówki sterofundin, która była w mieszkaniu Pauliny, stała na regale, ale została uwieczniona jedynie na zdjęciach zrobionych przez technika. Śledczy nie zabezpieczyli jej, nie wiadomo więc, co dokładnie zawierała.
mat. prasowe
Kroplówka, której nie zabezpieczyli śledczy, szybko zniknęła
Po widocznym na zdjęciu symbolu wiadomo jednak, że kroplówka była na wyposażeniu Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego przy ul. Borowskiej we Wrocławiu. Rodzice Pauliny chcieli, by sąd sprawdził, kto wyniósł ją ze szpitala, bo jak przekonywali, mogło to być narzędzie zbrodni, ale ich wniosek został odrzucony. Sędzia Antonina Surma uznała, że nie ma to znaczenia dla sprawy.
Wreszcie to oni zdobyli zgodę na ekshumację, na którą sąd kilkukrotnie się nie zgadzał, sami zapłacili za ponowną sekcję zwłok i badania toksykologiczne, które okazały się przełomowe dla sprawy.
Zrobili to, czego nie zrobili śledczy, choć powinni.
Tomasz Pajączek / Onet
Rodzice Pauliny Antczak przez lata sami próbowali wyjaśnić sprawę
Przełomowe badania
Przeprowadzone przez Zakład Medycyny Sądowej w Szczecinie badania toksykologiczne rzuciły zupełnie nowe światło na śmierć Pauliny. Z badań biegłych wprost wynika, że ktoś za życia „w sposób intencjonalny” podał jej amiodaron w toksycznej dawce. Tę substancję biegli wykryli nie tylko w badanych narządach, ale też w ziemi i trumnie.
Zdaniem szczecińskich biegłych to podanie amiodaronu było prawdopodobną przyczyną śmierci 25-latki. — Na podstawie tego materiału i tych wyników wniosek nie może być inny. Lek podano nie po to, żeby pomóc, ale żeby zaszkodzić — mówił przed sądem na początku 2024 r. prof. Mirosław Parafiniuk z Zakładu Medycyny Sądowej w Szczecinie. Potem dodał: — Ten lek w takim stężeniu należy traktować jako truciznę.
Ich opinię podzielił też Rafał Skowronek, biegły z Zakładu Medycyny Sądowej w Katowicach, który analizował materiały z wynikami badań na polecenie sądu. On także uznał, że ktoś celowo podał 25-latce amiodaron w dawce przekraczającej tę, którą stosuje się w ratownictwie medycznym. Podkreślił też, że lek ten podaje się nie tylko w celach medycznych, ale też przestępczych.
Hipoteza rodziców
Odkąd Antczakowie poznali wyniki badań toksykologicznych, wprost mówią, że ich córka została zabita. Wskazują na Dawida, nie wierzą jednak, że był z nią sam. Podejrzewają, że ktoś mu pomagał.
— Dawid miał kolegów wśród ratowników. Musiał mu ktoś pomagać, szczególnie że amiodaron to lek ścisłego zarachowania. Nie jest łatwo go zdobyć szczególnie w takich ilościach — usłyszałem od ojca Pauliny.
Iwona Antczak: — Wciąż nie wiem, dlaczego Paulina musiała umrzeć. Można założyć wiele hipotez: że mogła coś wiedzieć, słyszeć, widzieć. Albo Dawid nie mógł znieść, że Paulina go zostawia.
Archiwum rodzinne
Dawid Z. i Paulina Antczak
Dawid w sądzie prosił o „sprawiedliwy wyrok i łagodny wymiar kary”. Został uniewinniony od zarzucanych mu czynów: nieumyślnego spowodowania śmierci i nieudzielenia pomocy. W drugiej instancji sąd przekazał sprawę do ponownego rozpoznania. Ponowny proces trwa.
Wiele wskazuje na to, że już wkrótce sprawa doczeka się działań, jakie powinny być podjęte lata temu.
Kontakt z autorem: tomasz.pajaczek@redakcjaonet.pl