Opinia światowa już wkrótce po inauguracji drugiej kadencji Donalda Trumpa zdumiała się, słysząc zapowiedzi nowego/starego gospodarza Białego Domu o zamiarze przyłączenia do USA nowych terytoriów: Panamy, Kanady i Grenlandii. Jakkolwiek w każdym z tych przypadków chodziło o naruszenie suwerenności państwowej (w przypadku Grenlandii o suwerenność Danii), to szczególnie dwa ostatnie wprawiły świat cywilizowany w osłupienie, bo rzecz dotyczyła sojuszników z NATO.
NATO, którego powołaniem była obrona wolnego świata przed zakusami drapieżców, nierespektujących ani prawa międzynarodowego, ani praw człowieka, było — co do zasady — przestrzenią wolności i bezpieczeństwa. Wydawało się całkiem nie do pomyślenia, iżby współcześnie jakieś państwo członkowskie Sojuszu Północnoatlantyckiego napadło inne państwo członkowskie czy choćby groziło mu agresją. (Z jednym zastrzeżeniem: konflikt turecko-grecki o Cypr miał miejsce w 1974 r.). A właśnie coś takiego (tu: groźba agresji militarnej) przejawiło się za przyczyną prezydenta USA — państwa, będącego podporą Sojuszu. Stąd kompletna dezorientacja opinii publicznej, ale i elit politycznych, świata zachodniego.
Minął już rok. Widzimy, że Trump traktuje swoje roszczenia terytorialne całkiem serio. USA przedzierzgnęły się państwo imperialistyczne, próbujące rządzić na obszarze, który arbitralnie mianują swoją strefą wpływów. Z dalekiej Polski wydaje się to sprawą, która nas nie dotyczy, choć to nieprawda, jeśli nie kierujemy się w polityce międzynarodowej czystym cynizmem. Ale USA pod rządami Trumpa II przedzierzgnęło się też w państwo niepoczuwające się do odpowiedzialności za bezpieczeństwo reszty wolnego świata, w tym Europy Środkowej. I to nas już dotyczy bez żadnej wątpliwości, chociaż część polskiej opinii publicznej jeszcze sobie tego w pełni nie uświadomiła.
Nowy imperializm — USA wobec obcych
USA są państwem imperialistycznym w wymiarze międzynarodowym, a stają się (proces w toku) państwem władzy arbitralnej w wymiarze wewnętrznym. Są to dwa aspekty tego samego zjawiska — wyrodnienia państwa, które (przy wszystkich swoich wadach) było kolebką i wzorcem demokracji, a zarazem strażnikiem wolnego świata, a niekiedy także (jak w dobie komunizmu w Europie Środkowej) promotorem wolności dla narodów poddanych tyrańskiemu systemowi władzy.
Amerykański imperializm polega na generalnym zanegowaniu prawa międzynarodowego. W ostatnich latach USA wystąpiły z kilkudziesięciu organizacji międzynarodowych, w tym z wielu agend ONZ — jak z UNESCO czy, w tych dniach, z WHO. USA wystąpiły też z ważnych porozumień międzynarodowych — jak paryskie porozumienie klimatyczne (z 2015) r. i porozumienie dotyczące irańskiego programu nuklearnego (także z 2015 r.). Stany Zjednoczone lekceważą Organizację Narodów Zjednoczonych w sposób całkiem otwarty. I łamią jej podstawowe zasady, w tym zasadę poszanowania suwerenności państw.
Ogłoszona 4 grudnia 2025 r. nowa strategia bezpieczeństwa narodowego USA mówi otwarcie to, co już wcześniej USA uskuteczniały np. w sprawie Ukrainy — desinteressement (fr. obojętność) Ameryki w kwestii bezpieczeństwa w Europie.
Rajd na Caracas, uwieńczony porwaniem prezydenta Wenezueli, Nicolasa Maduro, i postawieniem go przed amerykańskim sądem, był praktycznym zastosowaniem doktryny z nowej strategii bezpieczeństwa narodowego w odniesieniu do — by tak rzec — bliskiej zagranicy. Przywołuję to pojęcie z sowieckiej i rosyjskiej doktryny polityki zagranicznej, bo widać istotne podobieństwa.
To prawda, że Maduro jest dyktatorem. I prawda, że akcja amerykańskich komandosów w Caracas uderzyła dodatkowo w interesy Rosji i Chin. Jednak bezwyjątkowy zachwyt niektórych polskich komentatorów akcją Trumpa przeciw Maduro dowodzi ich politycznej ślepoty na jedno oko. Bo jeśli wolno Trumpowi porwać i sądzić u siebie prezydenta Wenezueli, to czemuż Putin miałby się miarkować przed porwaniem i sądzeniem w Moskwie np. prezydenta Ukrainy? Zresztą, to na fali sukcesu z Caracas Donald Trump zapowiedział rychłe zajęcie się Grenlandią. I słowa dotrzymał, niestety.
USA w przeszłości bywały brutalne wobec innych, wiedzą coś o tym mieszkańcy Ameryki Łacińskiej. Ale najważniejsza demokracja świata zasadniczo współpracowała z innymi państwami liberalnej demokracji. Dlatego pojęcie liberalnego Zachodu jako pewnego zespołu — państw obejmującego Europę, Australię i Nową Zelandię, Japonię, Kanadę i Stany Zjednoczone — miało w ogóle sens. Otóż to pojęcie ów sens właśnie traci, bo kluczowy jego element wyzbywa się cech konstytutywnych liberalnej demokracji — w wymiarze zewnętrznym i wewnętrznym.
W czerwcu ub.r. Stany Zjednoczone nałożyły sankcje personalne na czterech sędziów Międzynarodowego Trybunału Karnego. Dwóch wszczęło postępowanie przeciwko żołnierzom amerykańskim, którzy mieli dopuścić się nadużyć w Afganistanie. Dwóch pozostałych wydało międzynarodowy nakaz aresztowania dla izraelskiego premiera, Binjamina Netanjahu i jego byłego ministra obrony, Joawa Gallanta, z racji uzasadnionego podejrzenia, że obaj politycy dopuścili się zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości w Gazie. Sankcje na sędziów MTK obejmują m.in. zakaz wjazdu do USA oraz zamrożenie środków finansowych będących ich własnością, a znajdujących się na amerykańskim terytorium.
W grudniu ub.r. z kolei pięć osobistości z Unii Europejskiej, w tym Thierry Breton, były komisarz do spraw rynku wewnętrznego, zostało objętych amerykańskimi sankcjami za to, że pracowały nad europejskimi regulacjami dotyczącymi amerykańskich platform internetowych, co USA uznały za cenzurę.
Nakładanie tego typu sankcji personalnych przez USA na przedstawicieli świata Zachodu, i to z powodu ich zaangażowania na rzecz respektowania wartości liberalnej demokracji, jest czymś dotąd niewyobrażalnym. Sankcje tego rodzaju dotyczyły w przeszłości mafiosów i dyktatorów.
Zmiana jest więc kopernikańska. Z perspektywy Zachodu USA zmieniają status z państwa przyjaznego na wrogie. Rytualne pohukiwania Donalda Trumpa na Europę przestają być — na tym tle — czymś dziwacznym, lecz stają się całkiem spójne z amerykańską polityką wobec Europy.
Koniec American dream — USA wobec swoich
Amerykański ustrój był od dwóch stuleci dosłownie opiewany przez europejskich myślicieli politycznych, na czele z Alexisem de Tocquevillem i jego słynnym dziełem „O demokracji w Ameryce”. Europejczycy widzieli w ustroju USA wzorzec, konstrukcję niezwykle przemyślaną i zrównoważoną, nakierowaną na to, żeby niszczyć w zarodku wszelkie próby nadużycia władzy.
Ojcowie-założyciele amerykańskiej demokracji istotnie poświęcili dużo uwagi zbudowaniu systemu hamulców i przeciwwładz. System amerykański, oglądany z Europy ostatnich 250 lat, gdzie w różnych krajach wielokrotnie dochodziło do zbytniej koncentracji władzy, do rewolucji i kontrrewolucji, i gdzie — przede wszystkim — narodził się narodowy socjalizm, wyhodowany na podglebiu demokratycznych, ale słabych instytucji Republiki Weimarskiej, do niedawna budził uznanie, żeby nie powiedzieć: podziw. Wydawało się, że system ten, dzięki wbudowaniu weń licznych przeciwciał jest odporny na autorytarne zwyrodnienie.
Otóż na naszych oczach ono się właśnie dokonuje. Czy się dokona definitywnie, tego nie wiemy, ale z pewnością już pierwsza kadencja Trumpa i jej niesławnej pamięci koniec, a także — i tym bardziej — druga kadencja dostarczają wielu przykładów, że proces wyrodnienia następuje.
Kongres, który powinien odgrywać rolę powściągającą wobec prezydenta, jest obecnie całkowicie zdominowany. To, że w obu jego izbach większość mają Republikanie, niczego fundamentalnie nie zmienia: tak niepewnego siebie, żeby nie powiedzieć: zastraszonego, Kongresu nie było od niepamiętnych czasów. W konsekwencji system równowagi władz na tej linii po prostu nie działa.
Sąd Najwyższy jak na razie też nie potrafi powściągnąć prezydenta, który zachowuje się jak kacyk w bananowej republice, a nie jak prezydent państwa praworządnego. Nie jest hamulcem dla jego dyktatorskich popędów ani struktura federalna, ani autonomia uniwersytetów, ani wolność prasy. Dlaczego?
Wydaje się, że wszystkie te instytucje zakładają jakiś poziom współpracy i dobrej wiary, natomiast nie potrafią się odnaleźć wobec szefa władzy wykonawczej takiego jak Trump: niezwykle brutalnego, nieprzestrzegającego żadnych konwencji (prawnych czy zwyczajowych) i nieprzewidywalnego. Można byłoby rzec, że ojcowie-założyciele nie przewidzieli w swoim — skądinąd przemyślanym — systemie zaistnienia osobnika o takim poziomie narcyzmu i buty. Czyli, jak zawsze w historii ustrojów władzy ograniczonej, ostatecznym gwarantem prawidłowego działania instytucji okazuje się ludzkie zaufanie i gotowość do ofiary. Gdy do władzy przychodzą ludzie kompletnie pozbawieni takich osobistych dyspozycji, system tego nie wytrzymuje.
Dość powiedzieć, że amerykański wymiar sprawiedliwości po przegranej Trumpa w 2020 r. nie był w stanie wyegzekwować jego odpowiedzialności za inspirowanie ataku na Kapitol 6 stycznia 2021 r., co było formą zamachu stanu. Tenże amerykański wymiar sprawiedliwości po powrocie Trumpa do Białego Domu okazuje się bezradny wobec ewidentnego nadużycia władzy prezydenta, przejawiającego się m.in. w:
1) ułaskawieniu 1600 uczestników ataku na Kapitol;
2) sądowym ściganiu byłego szefa FBI;
3) próbie sunięcia z urzędu szefa FED.
Ewidentnym nadużyciem władzy jest też notoryczne wysyłanie Gwardii Narodowej do stanów rządzonych przez Demokratów. Podobnie — wzięcie pod but uniwersytetów poprzez obcięcie federalnych programów finansowania. Skutkuje to radykalnym ograniczeniem wolności nauki. Wielu naukowców wyjeżdża obecnie z USA do krajów, gdzie mogą normalnie pracować. Czy można sobie wyobrazić, że dzisiaj uczeni szukają w Ameryce schronienia przed represjami w swoich krajach, tak jako to było w latach 30. XX w. w przypadku Hannah Arendt i Alberta Einsteina?
Nowa polityka wizowa przyjmuje jako kryteria m.in. stosunek do obecnego rządu USA. Sprawdzane są wypowiedzi kandydatów do otrzymania/przedłużenia wizy, także te umieszczone w mediach społecznościowych. Wielu w obawie przed konsekwencjami nie zabiera głosu.
Drastyczna i brutalna jest polityka antyimigracyjna. Federalna służba, Imigration and Customs Enforcement (ICE), dopuściła się zabójstwa młodej matki, Renee Nicole Good, w Minneapolis, na początku stycznia. W ostatnich dniach także w Minneapolis zginął z rąk innej federalnej służby, Border Patrol, młody pielęgniarz, Alex Pretti. Oba te wypadki wyglądają na zabójstwa z zimną krwią.
Piszę o tych przypadłościach wewnętrznych Ameryki Trumpa II, ponieważ nie jest to bez znaczenia dla tego, jak USA pod jego przywództwem prowadzą się na arenie międzynarodowej. Państwo, podlegające autorytarnej dewiacji w wymiarze wewnętrznym, podlega zarazem imperialistycznej dewiacji w wymiarze międzynarodowym.
Ameryka już nie przyciąga. I Ameryka już nie jest sprzymierzeńcem wolnych narodów. Jedno z drugim ściśle się łączy.
Świat cywilizowany wobec Trumpa
Może najważniejszą miarą stosunku USA do wolnego świata jest ich relacja do NATO. Na wołowej skórze nie spisałby wszystkich wypowiedzi prezydenta Trumpa, od czasów jego pierwszej kadencji do dziś, relatywizujących znaczenie NATO, w tym osłabiających wiarygodność art. 5 Sojuszu. Słowa są ważne, zwłaszcza gdy wypowiada je przywódca największej siły w NATO lub też są głoszone w jego imieniu.
Głośny 28-punktowy plan pokojowy dla Ukrainy, obwieszczony pod koniec listopada ub.r., głosił, że USA będą we wdrażaniu tego planu pełnić funkcję mediatora pomiędzy Rosją a NATO. Trudno dobitniej wyrazić dystans Waszyngtonu do Sojuszu.
Wcześniej, pod koniec października ub.r., USA zapowiedziały zmniejszenie swojego kontyngentu w Rumunii z 1700 do 900 lub 1000 żołnierzy. Kilka dni temu, 21 stycznia, Pentagon zapowiedział wycofanie 200 amerykańskich oficerów z różnych struktur NATO w Europie. W końcu 24 stycznia sam prezydent Trump wypowiedział bulwersujące dla sojuszników słowa o ich udziale w działaniach wojskowych, u boku USA, w Afganistanie.
Biorąc to wszystko pod uwagę, wydaje się, że hipoteza, iż USA wyjdą z NATO, musi być brana na serio. A łagodniejsza jej wersja, że USA pod przywództwem Trumpa pozbawiły NATO dotychczasowego znaczenia, już jest rzeczywistością.
Nasz świat gwałtownie się zmienia. Dla Polski nowa sytuacja jest znacznie trudniejsza. Skłania to do postawienia dwóch pytań. Pierwszego — o przejściowość bądź trwałość trumpistowskiej zmiany w Ameryce. I drugiego — o wnioski, jakie z tej zmiany Polska i Europa powinny wyciągnąć.
Trump nie wyskoczył jak diabeł z pudełka. Wziął się w amerykańskiej polityce najpierw z błędów Partii Demokratycznej, podążającej bezkrytycznie za progresywnym aktywizmem. Ale i bez tych błędów za Trumpem stoi wielka rzesza Amerykanów: lud MAGA. Można się dziwić tej ideologii, można narzekać na jej zamknięcie na świat i zbyt proste odpowiedzi na skomplikowane problemy. Ale nie można zaprzeczyć, że lud MAGA jest znaczną (a bywa większościową) częścią amerykańskich wyborców. Nawet jeśli obóz Trumpa przegra za trzy lata, byłoby nierozsądnym zakładać, że trumpiści już nigdy nie wrócą do władzy. Ani tego, że ich konkurenci polityczni nie przejmą — z powodów wyborczych — części programu MAGA.
Wnioski z tego dla Europy i dla Polski powinny być takie, że trzeba się wybić na samowystarczalność, także w wymiarze strategiczno-wojskowym. A jeśli za jakiś czas (i na jakiś czas) wróci Ameryka bardziej pociągająca i gotowa do współpracy, to tym lepiej. Ale na razie jest tak, że Europa będzie musiała podjąć prawdopodobnie cały wysiłek wspierania Ukrainy. Coraz bardziej widać, że desperackie próby przeciągnięcia USA na stronę Zachodu spełzną na niczym, bo USA fundamentalnie godzą się z tym, żeby Rosja zrobiła z Ukrainą, co zechce.
Ostatnie wydarzenia — związane z zapowiedziami zajęcia Grenlandii, wysłaniem na wyspę symbolicznych oddziałów przez Danię i siedem państw europejskich, szantażem celnym Trumpa wobec tych państw, pełnym pogardy dla Europy przemówieniem prezydenta USA w Davos, a w końcu wykonaniem przez niego kroku wstecz, tak w sprawie Grenlandii, jak iw sprawie ceł — jeszcze raz pokazały, jak mało łączy nas, Europejczyków, z Amerykanami. Nie godzimy się być wasalami Trumpa, tym bardziej że w tym modelu wasal nie ma żadnych gwarancji, inaczej niż to było w modelu z czasów feudalnych. I nie godzimy się na łamanie naszych zasad, a najważniejszą z nich jest suwerenność państwowa. Sojusznik, który grozi, że nas najedzie? To przecież karykatura sojuszu.
Europejczycy od roku robili wszystko, żeby nie rozwścieczać Trumpa, w nadziei, że pochlebstwami i ustępstwami da się go udobruchać. Stąd m.in. zgoda Komisji Europejskiej na nierównoprawne porozumienie handlowe z USA, zawarte w lecie ub.r. w golfowej rezydencji Trumpa w Szkocji. Teraz przeważa przekonanie (także w kręgach biznesowych, z reguły myślących zachowawczo), że taktyka obłaskawiania Trumpa wyczerpała swoje możliwości. Głośnym echem odbiła się niedawna wypowiedź byłego sekretarza generalnego NATO, Andersa Fogha Rasmussena: „Musimy zmienić strategię i dojść do wniosku, że jedynymi rzeczami, które Trump szanuje, są siła, stanowczość i jedność. Dokładnie to powinna okazać Europa. Czas pochlebstw się skończył. Dosyć!”.
I tak właśnie sprawy się mają, także dla Polski. Na dłuższą metę wybór między USA a Europą jest fałszywy, bo USA nie zamierzają się tu angażować przeciw Rosji. A zakładać, że — wbrew swej ogólnej polityce odwrotu z Europy — zaangażują się wyłącznie na rzecz Polski, jest nieodpowiedzialnym marzycielstwem.