Więcej takich artykułów znajdziesz na stronie głównej Onetu

Jak długo Tofik przebywał w schronisku?

Co się stało z Tofikiem w schronisku?

Dlaczego schronisko w Sobolewie zostało zamknięte?

Jak właścicielka psa reagowała na śmierć Tofika?

Właśnie doszło do przełomu w sprawie schroniska w Sobolewie „Happy Dog”. Po interwencji aktywistów i decyzji Powiatowego Lekarza Weterynarii w Garwolinie placówka została zamknięta 24 stycznia.

To, co dzieje się w Sobolewie, regularnie opisujemy w Onecie. Jedna z tragicznych historii, które się tam wydarzyły, dotyczy sześciomiesięcznego psa Tofika. Został on porwany z przydomowego kojca i umieszczony w schronisku. Pani Aleksandra, właścicielka psa, opowiedziała Onetowi o szczegółach tej sprawy.

„To musiała być osoba, która wiedziała, że nikogo nie ma w domu i pies jest sam”

Pani Ola na co dzień mieszka w Warszawie. Pochodzi z Sobolewa. Jej dom rodzinny położony jest kilka ulic od schroniska.

— Zanim moja mama pojechała do pracy, zamknęła psa w kojcu. Podczas jej nieobecności ktoś wszedł na teren naszej posesji i wziął psa. To musiała być osoba, która wiedziała, że nikogo nie ma w domu i pies jest sam — tłumaczy w rozmowie z Onetem.

Tofik miał niespełna sześć miesięcy, kiedy został porwany i oddany do schroniska. Gdy właścicielka dowiedziała się, że jej pies znajduje się na terenie schroniska, od razu skontaktowała się z prowadzącym placówkę Marianem Drewnikiem.

— Niestety nie uzyskałam żadnej informacji. Często podjeżdżałam pod schronisko, chcąc wypatrzeć tam mojego psa. Odmówiono mi wejścia na teren schroniska — mówi pani Ola.

Pies Tofik

Pies TofikŻródło: Zdjęcia własne

Kiedy żaden ze sposobów nie przynosił efektów, pani Ola zdecydowała się zgłosić sprawę na policję. Funkcjonariusze przyjęli zgłoszenie, ale również nie zainterweniowali w sprawie porwanego zwierzęcia. — Straciłam wtedy resztki nadziei — przyznaje.

Tofik przebywał w Sobolewie przez trzy miesiące. Aż do śmierci.

— To nie jedyna sytuacja w okolicy. Słyszałam od sąsiadki, że ktoś z jej podwórka ukradł bernardyna i zamknął w schronisku. Psa udało się odzyskać, ale zmarł po kilku miesiącach — dodaje.

Kiedy rozpoczęły się protesty, o sprawie porwanego psa dowiedział się jeden z posłów. Dzięki jego interwencji właścicielka mogła spotkać się z dyrektorem schroniska.

Pytamy, czy dyrektor azylu wytłumaczył w jakikolwiek sposób śmierć jej psa?

— Nie, nie wytłumaczył. Przyznał jedynie, że nie ma go już z nami. I tyle. Zareagowałam płaczem, byłam załamana. Na co dyrektor poprosił jedynie, abym się uspokoiła i usiadła — opisuje.

„Zarabiali na przetrzymywaniu mojego psa”

— W sprawie schroniska w Sobolewie i dyrektora zbierane są obecnie dowody. Stwierdziłam, że chcę dołożyć do tej sprawy moją historię, którą przedstawię przed sądem — tłumaczy.

Jej zdaniem dyrektor zarobił na przyjęciu zwierzęcia do schroniska 3,8 tys. zł. — Za każdy dodatkowy dzień pobytu otrzymywał kolejne pieniądze. Oni zwyczajnie zarabiali na przetrzymywaniu mojego psa. To był główny powód, dla którego nie mogłam go odzyskać. Dyrektor nie chciał stracić pieniędzy — mówi pani Ola.

— Schronisko ma być azylem dla zwierząt, a nasze okazało się mordownią. Nie interesują mnie lokalne układy między wójtem i dyrektorem. Zastanawia mnie jedynie, dlaczego ktoś założył schronisko, aby w taki sposób zarabiać na krzywdzie zwierząt — podsumowuje.

Schronisko w Sobolewie nie zostało zamknięte z powodu niewłaściwej opieki nad zwierzętami ani w związku z ich złym stanem fizycznym. Oficjalnym powodem był brak wykazu zwierząt przebywających w placówce, który powinien mieć formę elektroniczną. Tak wynika z pisma Powiatowego Lekarza Weterynarii w Garwolinie, który tę decyzję wydał.