I choć w środę w Melbourne Jelena Rybakina zagrała ze Świątek naprawdę dobre spotkanie, zwyciężając 7:5, 6:1, to znawcy tenisa słusznie podkreślają, że jeśli nie w samym ćwierćfinale, to w drodze do niego Polka mogła zrobić dużo więcej.

I że jeśli tego wreszcie nie zrozumie, to będzie w wielkich kłopotach. Ale to się nie uda bez impulsu z trenerskiego boksu. To co zobaczyliśmy w środę, musi budzić pytania.

Od Australian Open zaczęły się w poprzednim sezonie problemy Igi Świątek. Choć grała w Melbourne bardzo dobrze – na pewno lepiej niż teraz – a od finału dzieliła ją ledwie jedna piłka w meczu z Madison Keys, to ostatecznie odpadła, a Aryna Sabalenka powiększyła przewagę w rankingu WTA.

Aryna Sabalenka uciekła i w grze Igi Świątek wszystko się posypało

Polka przyznała potem w niejednym wywiadzie, że nie radziła sobie z perspektywą traconych punktów, uciekającego nr 1 w rankingu i tę nerwowość przenosiła na kort. Stąd zaskakujące porażki w ulubionych turniejach Igi, wybuchy złości, brak skalpu na mączce. Na jakikolwiek promień nadziei Polka czekała pół roku, do Wimbledonu.

Mam nadzieję, że teraz Świątek nie wpadnie w „czarną dziurę”, choć powodów do snucia optymistycznych wizji nie ma.

Nie oszukujmy się, dopiero w środę w Australii zaczęło się dla Igi Świątek poważne granie w 2026 r. Ten pierwszy test oblała. Test bardzo trudny, bądźmy sprawiedliwi, bo Jelena Rybakina wszystkim swoim rywalkom wiesza ostatnio poprzeczkę wysoko.

Polka mogła chyba jednak zrobić więcej w drodze do tak trudnego sprawdzianu. Tak, wiem – Świątek na konferencjach „karci” dziennikarzy, mówiąc że nie chce znać drabinki, potencjalnych rywalek, bo liczy się tylko ten jeden najbliższy mecz. Mogę uwierzyć, że do poniedziałku, kiedy łatwo pokonała Madison Inglis, nie wiedziała, kto stanie jej na drodze do półfinału. Na pewno jednak zakładała, że na poziomie najlepszej ósemki wielkiego szlema będzie to już ktoś poważny. A jeśli tak, to dobrze naszykować jakieś asy w rękawie.

Dawid Celt aż westchnął. Daria Abramowicz krzyknęła z boksu

„Nie można znowu odjeżdżać w stronę siłowych rozwiązań, bo to się może źle skończyć!” – powiedział nagle komentujący mecz Świątek – Rybakina Dawid Celt. Był drugi gem drugiego seta, a Iga – widząc uciekający wynik – znów zaczęła wpisywać się w scenariusz, który znamy z ostatnich miesięcy aż za dobrze.

Jest pierwsza okazja – atak. Skracanie wymian, szukanie „winnerów” za wszelką cenę, nawet z niestabilnej pozycji. Trochę już nie pamiętamy tej zawodniczki zamęczającej rywalki odbijaniem każdej z piłek. Kojarzącej się im ze ścianą, nie do przebicia, nie do zabiegania. Bo gdy robi się gorąco, to Świątek się spieszy. I niestety częściej się myli.

Sztab Igi ŚwiątekRobert Prange / Getty Images

Sztab Igi Świątek

„Dawaj Iga, każda piła!” – zakrzyknęła przy stanie 0-3 w drugim secie Daria Abramowicz. To takie hasło, które słyszymy za każdym razem, gdy Świątek wpada w kłopoty. I oczywiście w ferworze walki wszelka motywacja jest ważna, ale jak zwrócił uwagę Michał Dembek – były tenisista, w czasach juniorskich równy rywal Huberta Hurkacza – w chwilach kryzysu Iga nie szuka zmiany w swoim tenisie, próby zaskoczenia rywalki.

– Szuka narzędzi mentalnych, a nie tenisowych. Bo co może usłyszeć na takie hasło od Darii czy Maćka? „Skoncentruj się”, „zaczynamy od zera”, „każda następna piłka”, itd. W skrócie: wiesz co masz robić, rób swoje – mówił mi Dembek.

Sztab Jeleny Rybakiny zmienił jej tenis. Wim Fissette nie dał rady pomóc

Oczywiście, każda zawodniczka ma swoje preferencje. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że z boksu Jeleny Rybakiny przez cały ćwierćfinał płynęły konkretne uwagi. Urodzona w Moskwie zawodniczka miała na starcie duże problemy ze swoim serwisem. „Rozluźnij ramiona”, „wyżej piłka”, „płynny ruch” – analizował na bieżąco Stefano Vukov i w drugim secie Rybakina biła asa za asem.

Wim Fissette też próbował apelować o spokój, granie pod mniejszą presją czasu, ale Świątek nie była w stanie tych rad przenieść na kort. W trakcie meczu zmieniała się tylko na gorsze. Więcej ryzykowała, nie szukała ani dłuższych wymian, ani alternatyw: wyższego top-spina, o siatce czy skrótach już nawet nie wspominając.

Od miesięcy słychać nawoływania naprawdę wielkich nazwisk tenisa, że Iga musi zacząć rozwijać swój tenis o nowe elementy, bo świat odjeżdża. W Australii do tego chóru dołączyła ekspertka Eurosportu Barbara Schett. „Nie widzę u Igi żadnych rozwiązań, gdy plan A się nie sprawdza” – powiedziała. Ćwierćfinał z Rybakiną boleśnie o tym przekonał.

Iga Świątek powiedziała „nie wiem, co się dzieje”. To był sygnał alarmowy

A był czas na próby. Yuan, Bouzkowa, Kalińska, Inglis – 130., 44., 33. i 168. miejsce w rankingu. To one stały na drodze drugiej tenisistki świata do ćwierćfinału. Prawdę mówiąc to mecz z Anną Kalińską wpędził mnie w wielkie obawy.

Polka przegrała drugiego seta 1:6 i rzuciła w kierunku boksu: „nie wiem, co się dzieje”. Po meczu i na konferencji prasowej też upierała się, że „wcale nie grała gorzej, tylko rywalka bardzo podniosła poziom”, choć po prawdzie Świątek sama wpadła w spiralę błędów i złych decyzji.

Żadnego z wcześniejszych meczów nie potraktowała jak próby nowych rozwiązań, podczas gdy Aryna Sabalenka w spotkaniu pierwszej rundy była przy siatce 22 razy, a Jannik Sinner ostrzegał dziennikarzy na konferencji, że być może kilka zaskakujących spotkań w tym sezonie przegra, bo czas się uczyć trochę innego tenisa.

„Nie wiem, jakie Wim Fissette ma przełożenie, żeby Igę do pewnych rzeczy przekonać”

– Gdy Wim Fissette opowiada o tym, jak chciałby zmieniać tenis Świątek, to ja słucham i zgadzam się w 100 proc. Skróty, trochę więcej siatki, różnorodność drugiego serwisu… Wszystko prawda (…) Nie wiem, jakie Fissette ma przełożenie, żeby Igę do pewnych rzeczy przekonać. Żeby grała tak, jak on opowiada w mediach. Nawet jeśli przegra przez to kilka meczów – to znów Michał Dembek z naszej niedawnej rozmowy.

I to jest dziś chyba pytanie, na które najtrudniej znaleźć odpowiedź. Jaki wpływ ma Wim Fissette na Igę Świątek?

Liczby są jednak obiektywne. W ciągu ostatnich 12 miesięcy Iga przegrała więcej setów 0:6 i 1:6 niż w jakimkolwiek sezonie swojej kariery.

Z 10 ostatnich starć z rywalkami z czołowej dziesiątki rankingu WTA wygrała trzy.

Ten pierwszy wygrany z Fissette’m turniej – wielki Wimbledon – zwyciężyła po tym jak, i to są jej własne słowa: „nie miałam już nic do stracenia, więc poszłam w pełni za radami trenera”.

Chcę wierzyć, że lekcja z Australii tym razem Igi nie załamie, tylko przekona do zmian. Nawet jeśli zapłaci za nie kilkoma porażkami. Przełkniemy, naprawdę. Bo chyba czas, by przestało się liczyć wyłącznie to, by wygrać „każdą następną piłkę”.