Kapitan reprezentacji Polski czekał na pierwsze trafienie w tej edycji Champions League do przedostatniej kolejki. W Pradze zaczął jednak od samobója. Później trafił już do właściwej bramki, ale jeden gol po stronie zdobytych jak na napastnika tej klasy wyglądał niezwykle mizernie.

Wydawało się, że w ostatnim meczu fazy ligowej z FC Kopenhagą nie będzie lepiej. Są takie dni, w których dany zawodnik ma tak zwany „dzień konia” i wychodzi mu dosłownie wszystko. Takie chwile na Camp Nou długo przeżywał bramkarz Dominik Kotarski.

Można było zakładać, że to raczej inne nazwisko z końcówką „ski” będzie wymieniane przez komentatorów, ale Chorwat robił wszystko, by zostać bohaterem wieczoru. Kotarski bronił znakomicie, zatrzymywał graczy Barcelony będących w stuprocentowych sytuacjach.

Między innymi Lewandowskiego, który wyszedł z piłkarzem Kopenhagi sam na sam, a rywal go zatrzymał.

Niewykorzystana sytuacja zapowiadała kolejny trudny mecz „Lewego” w Lidze Mistrzów. W tej edycji Polak strzelił gola z najbliższej odległości w Pradze i to na raty. W wielu innych spotkaniach Champions League był bezradny, bezsilny, także pozbawiony podań.

Środowy mecz z Duńczykami pokazał, że nasz zawodnik nie osiągnął jeszcze symbiozy z piłką. W tym sezonie Lewandowski często wchodzi z ławki, albo schodzi z boiska przed czasem. Brakuje mu lekkości i szybkości, gdy trzeba zagrać od razu, pod presją.

Choć miał przebłysk geniuszu w pierwszej połowie. Wówczas Lewandowski w stylu Lamine’a Yamala zagrał do Raphinhi idealnie, w tempo. To był majstersztyk. Brazylijczyk znalazł się na czystej pozycji, ale nie wykorzystał szansy.

Pod bramką Kotarskiego naszemu napastnikowi brakowało precyzji. Tak było po podaniu Yamala, który podciął piłkę w pole karne, a Lewandowski niedokładnie przyjął i Kotarski uratował Kopenhagę.

To były małe błędy, ale Lewandowski nie potrafił zrobić różnicy. Starał się minąć rywali, ale tracił piłkę. A gdy udrzał zaraz po przerwie, to jego strzał został zablokowany. Barcelona czuła presję, przegrywała 0:1 i była poza najlepszą ósemką Ligi Mistrzów.

W końcu jednak to Polak przełamał niemoc i zakończył „dzień konia” Kotarskiego. Miał łatwe zadanie, bo wyrównał po uderzeniu na pustą bramkę po pięknej akcji Daniego Olmo z Yamalem.

Można dyskutować, czy tego typu sytuację wykorzystałby każdy – kibic, czy teściowa, ale fakty są takie, że z polskich piłkarzy to Lewandowski ciągle znaczy w Lidze Mistrzów najwięcej.

Kapitan kadry trafił do bramki dokładnie siedem lat od głośnego debiutu Krzysztofa Piątka w Milanie i jego dwóch golach z Napoli w Pucharze Włoch. W czasach „piątkomanii” bardzo poważnie dyskutowano, czy Lewandowski powinien usiąść na ławce rezerwowych w kadrze właśnie kosztem młodszego kolegi. Piątek dał wówczas nowy powiew świeżości, w kilka miesięcy stał się gwiazdą ligi włoskiej i liderem wielkiego, światowego klubu. Wtedy pierwszy i ostatni raz pozycja Lewandowskiego była tak mocno kwestionowana w kraju.

Od 2019 roku nie zmieniło się jednak tylko jedno – to Lewandowski dalej jest na topie. W środę strzelił 107 gola w Lidze Mistrzów, w tym zaaplikował bramkę czterdziestej drużynie w tych rozgrywkach, czym zrównał się z Leo Messim. Dla porównania – w ciągu siedmiu ostatnich lat Krzysztof Piątek zmieniał kluby sześć razy, a dziś występuje w mało poważnej lidze katarskiej.

Gol „Lewego” odmienił mecz z Kopenhagą. Niedługo później szczęście zaczęło dopisywać gospodarzom – po rykoszecie trafił Yamal, następnie Lewandowski wywalczył rzut karny, choć go nie wykonywał. Polak świetnie przyjął piłkę na klatkę piersiową, wziął zamach, ale został lekko zahaczony przez rywala, dlatego sędzia podyktował jedenastkę, którą wykorzystał Raphinha. Barcelona wygrała 4:1.

Robert Lewandowski odwrócił mecz i mocno przyczynił się do wygranej zapewniając kolegom dłuższą regenerację. Barcelona jest w najlepszej ósemce Ligi Mistrzów dzięki czemu odpadają jej dwa dodatkowe spotkanie w 1/16 rozgrywek. Zawodnicy Hansiego Flicka będą mogli poświęcić więcej czasu na odpoczynek.

A sam „Lewy” może odetchnąć. Co prawda ma na koncie tylko dwa gole w tej edycji Ligi Mistrzów, ale mogło dojść do kuriozalnej sytuacji. Rozgrywki fazy ligowej zakończył jednak ze skromną przewagą goli strzelonych rywalom nad bramkami samobójczymi.