– Koniec z nadmierną opiekuńczością wobec zawodników, którzy od lat nie uzyskali dobrych wyników. Czas rozliczać każdego, a niekiedy podejmować także trudne decyzje. Nie będę się tego obawiał – zapowiada wprost prezes PZLA, Sebastian Chmara. Po nieco ponad roku od wyboru go na stanowisko szefa polskiej lekkoatletyki, działacz zdecydował się wprowadzić rewolucję, której ofiarami mogą być starsi zawodnicy.  
Mateusz Puka, WP SportoweFakty: Polska lekkoatletyka jest pogrążona w kryzysie, a na razie nie widać szans, by sytuacja niedługo miała się zmienić. Czy w Polsce jest ktoś, kto ma strategię, jak odwrócić tę sytuację?

Sebastian Chmara, prezes PZLA: Mamy już kierunek działań i choć nie dla wszystkich będzie on przyjemny, to zapewniam, że będziemy konsekwentni. Liczę się, że jako prezes mogę być z tego powodu ostro krytykowany, ale – moim zdaniem – tylko w ten sposób za sześć, osiem lat będziemy mogli przywozić po kilka medali z najważniejszych imprez.

Co zamierzacie zmienić?
Odbudowujemy dół piramidy szkolenia, bardzo mocno inwestujemy w młodzież i trenerów. Niestety nie mamy nieograniczonych środków, więc część pieniędzy przesuniemy na dół ze szczytu, czyli od zawodników, którzy korzystali ze szkolenia i startowali na międzynarodowych imprezach.

ZOBACZ WIDEO: Grzegorz Krychowiak znów w podróży. Zobaczył „Wrota Piekieł”

Co to konkretnie znaczy?
Do tej pory wysyłaliśmy na najważniejsze zawody nawet 100-osobowe reprezentacje i finansowaliśmy również zawodników, którzy od lat kwalifikowali się wyłącznie poprzez ranking czy nawet z relokacji, a więc nie spełniając minimum dającego automatyczną kwalifikację. Ranking miał charakter uzupełniający i w praktyce często oznaczał obecność zawodników, którzy byli dopełnieniem list startowych, bez realnych szans na rywalizację o czołowe miejsca. Od teraz oczekujemy progresu i jasnej wizji rozwoju. Jeśli ktoś przez 2-3 lata nie jest w stanie pójść do przodu, a wciąż jest daleko od miejsca dającego szansę na rywalizację w finale, to niestety nie będziemy go finansować w takim stopniu. W zeszłym roku takie decyzje podjęliśmy w przypadku tyczkarza Roberta Sobery i kulomiotki Klaudii Kardasz.

Tacy zawodnicy będą musieli kończyć karierę?
To będzie decyzja każdego z zawodników, ale zrobię wszystko, by zaproponować każdemu z nich jak najatrakcyjniejszą ścieżkę kariery dwutorowej. Mamy wielu partnerów, którzy szukają pracowników o konkretnych cechach charakteru, a sportowcy te cechy posiadają. Nikomu nie zabiorę marzeń, ale niestety związek dłużej nie może sobie pozwolić na finansowanie takich zawodników.

O jakich oszczędnościach mówimy?
Roczny koszt szkolenia zawodnika wynosi od kilkudziesięciu do nawet 300-400 tysięcy złotych. Doszliśmy do momentu, w którym musimy jeszcze odważniej stawiać na młodzież, więc jeśli ktoś ma jeździć na zawody w roli statystów, to niech to będą ci, którzy są na początku swojej kariery sportowej.

Czy to oznacza, że za chwilę poza systemem finansowania mogą znaleźć się Damian Czykier lub medalistka olimpijska Maria Andrejczyk? Oboje spełniają wymienione przez pana kryteria.
Każdy przypadek należy analizować indywidualnie, bo nie każdy zawodnik któremu np. na dwóch imprezach z rzędu poszło gorzej musi stracić finansowanie. Na pewno nie zostawimy bez wsparcia zawodników po kontuzjach lub takich, którzy w każdej chwili mogą wywalczyć medal na międzynarodowej imprezie, a Maria z pewnością jest taką zawodniczką. Zresztą już teraz trenerzy konkretnych bloków są w kontakcie z każdym zawodnikiem i jego trenerem. Nie chodzi o wywołanie strachu, a jedynie zmobilizowanie środowiska i uporządkowanie spraw.

Jakie są pierwsze opinie środowiska na temat proponowanych przez pana zmian?

Myślę, że wszyscy się zgadzamy, że zawodnik, który od pięciu lat nie był w stanie spełnić minimum, a na zawody jeździ tylko dzięki rankingowi i nie realizuje założeń wynikowych podczas startów, nie zasługuje na kolejną szansę. Ale jeśli ktoś jest zawodnikiem, który pokazał w trakcie swojej kariery, że może walczyć o najwyższe cele, a ma chwilowy kryzys, to nie musi obawiać się, że za chwilę straci finansowanie.

To są jednak zawsze bardzo emocjonalne momenty. Już rok temu Klaudia Kardasz zarzucała władzom PZLA niesprawiedliwe traktowanie. Jest pan gotowy na więcej takich sytuacji?
Po pierwsze, na tegoroczne halowe mistrzostwa świata nie będziemy stosować wyjątkowych ograniczeń, bo jesteśmy organizatorem i zależy nam na wystawieniu szerokiej reprezentacji. Po drugie, radykalnych decyzji nie będzie także przed tegorocznymi mistrzostwami Europy w Birmingham. Wszelkie zmiany są i będą konsultowane ze środowiskiem zawodniczym. Już dziś jestem przekonany, że te decyzje spotkają się ze zrozumieniem.

Jest pan na tyle zdeterminowany, że byłby pan gotów odebrać środki na szkolenie wielkim gwiazdom, jak choćby Anicie Włodarczyk?
Absolutnie nie mówimy o takich przypadkach. Anita Włodarczyk to trzykrotna mistrzyni olimpijska, która wciąż utrzymuje najwyższy poziom. Przypomnę, że podczas igrzysk olimpijskich w Paryżu do medalu zabrakło jej kilku centymetrów. Anita, Paweł Fajdek, czy Wojciech Nowicki to wciąż nasze nadzieje medalowe, które na kolejne imprezy kwalifikują się sami. Zaznaczam jeszcze raz, w naszej koncepcji nie chodzi o utrudnianie życia najwybitniejszym reprezentantom.

Na co chcecie przeznaczyć zaoszczędzone w ten sposób pieniądze?
Stawiamy na szkolenie młodzieży. Rozwijamy program „Lekkoatletyka dla Każdego!”, którego budżet, w zależności od roku, wynosi 8-10 milionów złotych. To zresztą jeden z kilku projektów, które mają na celu promowanie lekkiej atletyki wśród młodzieży. W naszych akcjach biorą udział łącznie dziesiątki tysięcy młodych ludzi. Współpracujemy z 600 trenerami, którzy w tym roku dostaną jasne wytyczne, co do systemu szkolenia. W przypadku najmłodszych stawiamy na ujednolicony plan szkolenia wszechstronnego, który dopiero na późniejszym etapie będzie stawał się bardziej specjalistyczny. Chcemy też na wstępnym etapie preselekcji mocniej skoncentrować się na konkurencjach technicznych, gdzie obserwujemy spory regres, a przecież właśnie tam mamy duże szanse medalowe. Nieco odważniej chcemy tez podejść do zmiany specjalizacji.

Co to konkretnie oznacza w praktyce?
Przykłady Anny Kiełbasińskiej, czy Mariki Drapały-Popowicz pokazują, że na każdym etapie kariery warto szukać konkurencji, w której ma się większe szanse na rozwój. Będziemy stymulować zawodników, by na przykład zdolni sprinterzy, którzy nie robią progresu, szukali swoich szans na 400 metrów, czy w skoku w dal. Musimy trochę zmienić mentalność i być bardziej otwarci na zmiany.

Trenerzy będą gotowi na wcielenie tej strategii w życie?
Wierzę, że tak. Za współpracę z trenerami w obszarze ich rozwoju odpowiada Monika Pyrek. Będziemy organizować więcej szkoleń trenerów na szczeblu okręgowym i ogólnopolskim z zagranicznymi ekspertami, a kto nie będzie chciał się szkolić, na początku będzie musiał więcej płacić za licencję, a z czasem sam się wykluczy z systemu. Mamy wielu szkoleniowców z ogromną wiedzą w kluczowych dyscyplinach i chcemy, aby była ona przekazywana młodszym pokoleniom trenerów. Wierzę, że dzięki temu nie przeoczymy diamentów i będziemy w stanie odpowiednio się nimi zaopiekować na każdym etapie rozwoju.

W jaki sposób będziecie weryfikować pracę trenerów?
Przede wszystkim przez efekty pracy. Będziemy patrzeć na długofalowy rozwój zawodników, a nie na pojedyncze wyniki. Liczyć się będzie progres w kolejnych sezonach, jakość planowania treningowego, umiejętność współpracy z opiekunami konkurencji oraz otwartość na szkolenia i nowe rozwiązania. Trenerzy, u których przez kilka lat nie widać postępu i którzy nie chcą korzystać z dostępnej wiedzy, muszą liczyć się z ograniczeniem miejsca w systemie.

Czy to prawda, że reorganizacji ulegnie także opieka nad kadrą B?
Obecnie w kadrze B mamy około tysiąca zawodników, a ich obecność w tym gronie sprowadza się do kilku zgrupowań rocznie, z reguły przed mistrzostwami Polski na hali i stadionie. To moim zdaniem nieefektywny system, który nie daje właściwej kontroli nad rozwojem zawodników i nie wspiera dostatecznie ich trenerów. Zamiast dwutygodniowego obozu chcemy organizować więcej kilkudniowych konsultacji. Wiodący trenerzy w konkretnych konkurencjach będą mogli przyjrzeć się rozwojowi zawodników miesiąc po miesiącu, skonsultować ich plany treningowe z trenerami klubowymi i wymienić się swoimi uwagami podczas zajęć.

Czy trenerzy będą chętni, by aż tak mocno ingerować w ich plan?
Jeśli chcemy odbudować wyniki, to nie mamy wyjścia. Najwyższy czas, by trenerzy nie traktowali innych trenerów, jak rywali, a zamiast się kłócić, po prostu wymieniali się opiniami i sprawdzali pomysły w praktyce. My musimy znaleźć na to finansowanie.

To wszystko brzmi jak pomysł na rewolucję.
Jestem już po serii spotkań i mogę powiedzieć, że zaczęliśmy wdrażać ten plan. Ludziom z boku pozostawiam ocenę, czy mówimy o rewolucji, czy ewolucji. Nie wymyśliliśmy jednak niczego nowego, a jedynie zebraliśmy wiele rzeczy, które sprawdzały się w przeszłości. Wierzę, że w ten sposób w ciągu ośmiu lat jesteśmy w stanie odmienić sytuację w lekkoatletyce i to mimo tego, że warunki nie są sprzyjające, a cel jest trudniejszy niż kiedykolwiek.

Dlaczego ma być trudniej niż kiedyś?
Niestety mamy dużo słabszą młodzież i nie mówię tu o subiektywnych odczuciach, ale o wynikach badań i testów. Pokazały one, że do sportu trafiają dzisiaj dzieci o zdecydowanie niższym potencjale. Potrzebujemy około roku regularnej pracy, by doprowadzić je do poziomu, na którym zgłaszały się one do nas dekadę temu. Pierwszy etap selekcji jest dużo trudniejszy.

Co z rządowym programem „Sportowe Talenty”, który zakładał budowę ogólnopolskiej bazy najzdolniejszych sportowo dzieci? Udało się już wyłowić dzięki temu potencjalne gwiazdy?
Niestety ani ja, ani prezesi wojewódzkich związków, czy trenerzy w klubach nie mają dostępu do tych danych, więc trudno mi się wypowiadać o tym programie. Bardzo kibicuję, by w końcu zaczęło to funkcjonować, ale niestety na razie lekkoatletyka nie korzysta z owoców tej pracy. Oby to się zmieniło jak najszybciej, bo musimy coraz precyzyjniej wychwytywać talenty. Obecnie dzieci nie spędzają już tyle czasu na podwórkach, więcej siedzą przed telefonami. Poza tym sport nie jest już tak atrakcyjnym magnesem, jak jeszcze kilkanaście lat temu. Dotarcie do jednostek jest w takich warunkach kluczowe.

Akurat na kształtowanie atrakcyjności sportu ma pan obecnie wpływ jako prezes PZLA.
Niekoniecznie. Jesteśmy społeczeństwem bogacącym się, a w większości przypadków wygodniej i łatwiej można żyć poza sportem. Regularne treningi wymagają wielu wyrzeczeń i wyjścia poza sferę komfortu, a gwarancji sukcesu nigdy nie będzie.

Gdzieś jednak popełniliśmy błąd, że świat aż tak mocno nam odjechał. Czy ma pan już diagnozę błędów ostatnich lat?
Najłatwiej byłoby wskazać palcem, kto jest winnym, ale to dużo bardziej złożona sprawa. W lekkoatletyce do walki o medale włączyło się wiele innych krajów, a Europa mierzy się z nowymi problemami, o których wspomniałem wcześniej. Wszyscy jako wzór wymieniają dziś Holandię, ale ich reprezentacja też opiera się o kilka gwiazd. Za kilka lat i oni mogą mieć taki sam problem, jak my teraz.

Zanim zobaczymy pierwsze efekty zmian, czekają nas kolejne wielkie imprezy, na których nasi zawodnicy raczej nie będą pierwszoplanowymi postaciami. Nie boi się pan, że zostanie zapamiętany właśnie przez pryzmat kolejnych porażek naszej reprezentacji?
Doskonale wiedziałem, że trafiam na lata kryzysu i muszę skupić się na odbudowie potencjału dyscypliny. Nie mam problemu z merytoryczną krytyką i chcę pracować, by sytuacja zmieniła się jak najszybciej. Nie jestem jednak na tyle naiwny, by wierzyć, że to kwestia roku, czy dwóch. Będę miał jednak gigantyczną satysfakcję, gdy system, który obecnie budujemy, przyniesie efekty za 8-12 lat. Zresztą nie zgadzam się z pesymistyczną wersją i wierzę, że nawet teraz stać nas na medale. To nie jest tak, że nie mamy zawodników, bo wciąż realnie można mówić o przynajmniej kilku szansach medalowych.

Rozmawiał Mateusz Puka, dziennikarz WP SportoweFakty