Ostatni poranek i Kunaszyr żegna nas na swój subtelny sposób, niewielkim trzęsieniem ziemi. Byłem akurat w kuchni, pobujało, szklanki pobrzęczały i tyle, Siergiej nawet nie przerwał przeglądania telefonu. Lekka czwórka, powiedział i poszedł sobie zrobić kawę a ja się ucieszyłem, pierwsze w życiu trzęsienie zaliczone. Tutaj to nic niezwykłego, ziemia dostaje drgawek dość często, średnio raz na dwa tygodnie. Nikt się tym nie przejmuje. Siano zwieść na czas, to problem a trzęsienie? To zwykła rzecz jak się żyje obok wulkanów. Pora na pakowanie a właściwie na szukanie swoich rzeczy w ogólnym rozgardiaszu, o dziwo wszystko się znajduje. Pierwszy SMS informuje nas, że lot opóźni się o godzinę, jeszcze nie ma tragedii, ale drugi przesuwa naszą podróż na następny dzień, mgła dopadła lotnisko. Pisałem już o tym wiele razy, czekanie to nieodłączny element rosyjskiego życia. Nie ma co się wkurzać, dzwonić, niecierpliwić, jest jak jest.

Wszyscy zastanawiają się co zrobić z tak nieoczekiwanie podarowanym dniem, dopóki nie będzie decyzji, przeglądam lokalną gazetę o znaczącym tytule „Na rubieży”. Wszystkiego cztery strony, najwięcej miejsca zajmuje relacja z niedawnego święta rosyjskiej floty, potem wspomnienia o wizycie Miedwiediewa na Kurylach, gdy jeszcze był prezydentem, podsumowanie co obiecał i co z tego wyszło. Wychodzi, że prawie wszystko się udało. Są też sprawy jak najbardziej aktualne, intrygujący tytuł ” Trump rozmazał Europę”, rzecz o ostatniej umowie celnej między USA i UE. Opinia podobna do naszych, daliśmy ciała, ale wnioski trochę inne. Według kurylskiego redaktora wszystko skończy się buntem zwykłych ludzi i marszem na Brukselę. Następnie rozwścieczony lud powiesi unijnych komisarzy na masztach, na których do tej pory wisiały flagi państw członkowskich, oczywiście pierwsza będzie „piekielna babcia Ursula”. Kto wie, Rosjanie znają się na rzeczy, w końcu już jedną rewolucję zrobili i to całkiem sporą.

Decyzja co robimy, jeszcze nie zapadła, więc postanawiam sam wybrać się do sklepu, do którego tej pory chodziłem zawsze z Galą, ja milczałem a ona robiła zakupy. Dlaczego milczałem?, to proste. Mieszkamy w pasiołku Lagunny, nasze osiedle to kilka cywilnych domków, jednostka straży granicznej i kilka bloków ogrodzonych siatką dla rodzin pograniczników i właśnie tam jest jedyny sklep a ja tu jestem nielegalnie, ale z drugiej strony każde dziecko wie, że zawsze najciemniej jest pod latarnią. Poszedłem sobie utartym szlakiem wzdłuż płotu jednostki straży, przy bramie na postumentach stoją czołgi, lufy zwrócone w stronę Japonii, żeby nie było żadnych wątpliwości, po co tu stoją. Mała furteczka i już jestem na wojskowym osiedlu. Odnowione bloki, place zabaw, pełno dzieciaków. Jedna para zwróciła moją uwagę, dwie dziewczynki o czekoladowej skórze.

W sklepie była kolejka, większość to mundurowi po służbie, za mną też ustawiło się dwóch. Zacząłem dochodzić do wniosku, że nie był to najlepszy pomysł a właściwie mocno idiotyczny, ale co tam, przygoda to przygoda. Jak mnie złapią i deportują, to przynajmniej podróż na Sachalin będę miał za darmo. Przyszła moja kolej, staram się mówić płynnie z poprawnym akcentem, ale zawsze się gdzieś wyłożę, najgorzej z rosyjskim „L”, to takie coś pośrednie pomiędzy naszym „L” a „Ł”, dla mnie nie do wypowiedzenia. Sprzedawczyni uśmiecha się sympatycznie i zadaje proste pytanie.

A skąd wyście przyjechali — lekka panika i szybki przegląd w głowie rosyjskich autonomicznych republik.

— Z Baszkirii — moja lekko orientalna fizjonomia najlepiej pasowała do tego rejonu.

— Nu, jasna — na szczęście nie było rozwinięcia tematu.

Wracam do domu, a tam już wszyscy się szykują, jedziemy nad jezioro, a potem na Głowę Psa, okrągłą skałę stojącą dokładnie naprzeciw japońskiego brzegu, widziałem ją z daleka, faktycznie przypomina psią głowę z długimi opadłymi uszami. Za kierownicą terenówki siada Siergiej, nie ma wprawdzie prawka, ale jeździć umie, na kurylskie bezdroża to w zupełności wystarczy. Terenówka jest oczywiście przepełniona, nasza czwórka, Siergiej i jego żona z dwumiesięcznym synkiem na rękach, czyli luz, można jechać. Jeziora jest lagunowe, od morza Ochockiego oddziela je wąski pasek ziemi, ale woda jest słodka.

Siergiej zabrał ze sobą dwie nadmuchiwane deski surfingowe, nie mamy kompresora, więc trzeba się sporo namachać ręczną pompką, by osiągnąć odpowiednią sztywność. Pływamy na zmianę na deskach, całkiem fajna zabawa, woda ciepła, słońce grzeje, cały czas zastanawiam się, dlaczego odwołali nasz lot. Pytam się o to Siergieja, uśmiecha się i wyjaśnia cierpliwie. Lotnisko jest na północy od nas, jakieś 30 kilometrów, to, że tu świeci słońce to jeszcze nic nie znaczy.

Po dwóch godzinach lenistwa zmiana adresu, jedziemy na Głowę Psa a potem jeszcze nad morze by tam też popływać na deskach. Pakujemy manatki do bagażnika, ale Siergiejowi nie chce się spuszczać powietrza z desek i ponownie je pompować. Na dachu nie ma bagażnika, ale w końcu jest płaski, deski też, jedyny problem to jak je przymocować, zwłaszcza że wiatr całkiem nieźle dmucha. Szukamy w bagażniku jakiejś linki, ale bez rezultatu. W sukurs przychodzi nam facet, który rozsiadł się z rodziną niedaleko nas. Podarowuje nam kawałek sznura, jest zbyt krótki by związać deski, ale jeśli położy się deski na dachu, przerzuci przez nie sznur, otworzy okna w tylnych drzwiach, dwie osoby będą trzymać końcówki sznura i dociskać deski do dachu, to powinno się udać. Można? Można.

Ruszamy w drogę a ja jak zwykle robię krótkie podsumowanie. Prowadzi gość bez prawka, na przednim siedzeniu niemowlę bez fotelika, zero zapiętych pasów, auto przepełnione, dwa wielkie kawały nadmuchanego plastiku na dachu trzymają się w kupie na jednym krótkim sznurku. Przy zderzeniu z polską drogówką byłoby o nas głośno w internecie.

Widok z Głowy Psa robi wrażenie. Widać kawał wybrzeża z wystającymi skałami, malownicze zatoki, ukryty w chmurach wulkan Mendelejewa. Zaczynam rozumieć, co Siergiej mówił o naszym odwołanym locie, u nas słońce a pobliska kotlina całkowicie spowita ciemnymi chmurami. Tutejsza pogoda jest jak rosyjska ruletka, tylko kul w magazynku jakby więcej.

Głowa Psa, to obiekt prawie strategiczny, znów jestem na nielegalu i to podwójnym, nawet z przepustką nie powinno mnie tu być. Na szczycie jest stary, zbudowany z drewna punkt obserwacyjny, japońskie góry widać doskonale. Okopy i stanowiska strzelnicze też są wykopane, tak na wszelki wypadek.

Kolejny ostatni poranek, co i rusz wchodzimy na stronę linii lotniczych. Pojawia się komunikat, że znowu przesunęli lot o godzinę, zaczyna być nerwowo. Jest 3 sierpnia, wylot z Jużnosachalińska do Moskwy jest 5-tego, okienko czasowe robi się coraz bardziej wąskie. Trzeba myśleć o planie B, Galina sprawdza co z promami, ale nie jest ciekawie, prom wypływa jutro, ale bilety już wyprzedane, pozostaje tylko czekać. My siedzimy na stronie linii lotniczych a Siergiej na Telegramie, jest tam grupa „kurylski samolot”, informacje z pierwszej ręki. W końcu dobra wiadomość, samolot wystartował z Sachalinu, lot trwa tylko godzinę, więc jeśli nie będziemy mieć totalnego pecha, to w końcu wylecimy. Jedziemy na lotnisko, które wygląda jak niewielki dworzec autobusowy w małym miasteczku, gdyby niewielka wieża lotnicza, nigdy bym się nie domyślił, że coś tu może latać. Maleńka poczekalnia zapchana ludźmi i bagażami, wczorajsze odwołane loty i dzisiejsze nałożyły się na siebie, jedno okienko do rejestracji, ale i tak wszyscy są szczęśliwi.

Widać z tego, że Kuryle dają podwójne szczęście, pierwszy raz gdy tu docierasz a drugi raz, gdy w końcu udaje się stąd wyjechać.

Nikt się specjalnie nie śpieszy, rejestracja co i rusz się zacina, przesunięty termin lotu już dawno za nami, ale i tak jest wesoło. Kilku żołnierzy ładuje na taśmociąg jakieś drewniane skrzynki pod czujnym okiem dwóch oficerów. Kolejka ich nie obowiązuje, wiadomo, wajenni, muszą mieć pierwszeństwo. Po chwili do poczekalni wchodzi dwóch policjantów i skuty kajdankami mężczyzna, też nie muszą czekać a z rozmowy wynika, że będą lecieć biznes klasą, ciekawe czy więzień dostanie powitalną lampkę szampana, jak tutaj jest w zwyczaju.

Z biletem pokładowym w ręku w końcu przechodzimy do poczekalni, patrzę przez okno czym będziemy lecieć. To kanadyjski bombardier, nie mam dobrych skojarzeń z samolotami turbośmigłowymi. Leciałem jednym tylko raz, dawno temu z Kijowa do Charkowa. Byłem ze swoim szefem, dzięki temu mogliśmy sobie przed wylotem posiedzieć w saloniku dla vipów i sączyć darmową whisky. Poczciwy Antonow podkołował pod rękaw, blacha poszycia była w takim stanie, jakby wyklepał ją młotkiem szwagier w garażowym warsztacie. Nie było rady, musieliśmy się cofnąć do saloniku by jeszcze coś wypić na odwagę. Lot przebiegł niby normalnie, choć wszystko w środku trzeszczało, jakby samolot miał się zaraz rozpaść.

Tym razem było inaczej, żadnych sensacji, ostatni rzut oka na Kuryle z góry, błękit morza i Sachalin. Samolot wlatuje nad wyspę z innej strony, niż ten który leci z Moskwy. Można dłużej podziwiać górzyste lasy, jeziora i panoramę Jużnosachalińska, piękny widok, ale we mnie rośnie obawo co będzie po wylądowaniu, być może znowu mnie namierzą i trzeba będzie się spowiadać z życiorysu. Stosujemy tę samą technikę, która sprawdziła się przy przylocie z Moskwy. Córka Galiny i jej chłopak czekają na bagaż a ja z Galiną idziemy spokojnie do wyjścia, udało się, ale ciekawe jak to będzie po wylądowaniu w Moskwie. Czekamy na taksówkę a ja rozmyślam nad znaczeniem słowa dom. Zastanawiam się kiedy w nim jestem. Stanąłem na wschodniej granicy imperium i wracam stopniowo na zachód. Sachalin, mamy tu dwa mieszkania, znajomych, tu mieszka córka Galiny, więc w jakimś sensie to też dom. Następny etap to Moskwa, tu akurat nic nie mamy, ale… Kiedyś pisałem, że to miasto trochę mnie przeraża, że to jak zaprzyjaźnianie się z niedźwiedziem, ale od tego czasu trochę się zmieniło, polubiłem tego niedźwiedzia, dobrze się czuję w jego towarzystwie. Ostatni punkt to Królewiec, pod którym, powolutku, tak po rosyjsku budujemy nasz dom i do tego jest jeszcze Polska, gdzie pracuję, tam mieszka moja mama i synowie. Wychodzi na to, że mój dom jest dość spory, na długość, jakieś 10 tysięcy kilometrów, jest gdzie biegać.

Sachalin znowu duszny i trochę deszczowy. Nie ma czasu na zwiedzanie, Galina postanowiła zrobić lekki lifting łazienki, wykleić sufit tapetą i wymienić plastikowe panele. Nie pomogę jej za bardzo, przyciąć coś równo albo pod kątem prostym to zdecydowanie nie moja bajka, za to chłopak córki dwoi się i troi. Nawet nieźle mu to idzie, przez te kilka dni mogli się w końcu poznać. Dość szybko się zorientował, że opowieści o zamożnych rodzicach i o babci, która kupiła mu mieszkanie w Petersburgu, nie robią na Gali żadnego wrażenia. Z kołchoźnicami tak jest, nieważne co masz, ważne kim jesteś. Teraz łapie plusy u potencjalnej teściowej a ja sobie leżę na łóżku i oglądam telewizję. Na większości kanałów leci zwyczajna rozrywkowa sieczka, podobnie jak u nas, ale kanał historyczny jest całkiem niezły. Trafiłem na program o rosyjskich carach, akurat pokazywano odcinek o XIX w.

Trzeba wracać a tu na lotnisku trochę nerwowo, wcześniejszy rejs do Moskwy odwołany a nasz opóźniony o dwie godziny, nie ma rady, trzeba czekać. Podziwiam cierpliwość Rosjan, z wyjątkiem jednego gościa, nikt się specjalnie nie złości. Łazimy po lotniskowych sklepach, pamiątki, drogie ciuchy i jedzenie. Mam ochotę kupić sobie breloczek do kluczy wykonany z niedźwiedziego pazura i kości morsa. Pani zapewnia mnie, że to artystyczna robota, nie mam najmniejszych wątpliwości, szczególnie gdy usłyszałem cenę. Wiem, że piękno musi kosztować, ale wydać pięć stów na breloczek z paznokcia misia, tego mój intelekt nie ogarnia. Wchodzimy do japońskiego sklepu, Galina jest fanką ich gum do żucia, są oczywiście słodycze, herbaty i kosmetyki, w zwykłych sklepach też jest pełno japońskich towarów. Samuraje są praktyczni, sprzedają wszystko co mogą a ostatnio znowu zaczęli kupować sachaliński skroplony gaz. Przypomniała mi się historia o szklanej plaży pod Władywostokiem, jeszcze za czasów ZSRR. Japończycy dogadali się z Rosjanami, że będą od nich kupować puste butelki po piwie. W tamtych czasach plastik nie był jeszcze tak powszechny, butelki pakowało się do drewnianych skrzynek. Po jakimś czasie na plaży zaczęły pojawiać się szklane kulki wyrzucane przez morze, było ich coraz więcej. Sprawa w końcu się wydała, skrzynki do piwa były wykonane z dobrej jakości drewna i właśnie o to drewno im chodziło. Potłuczone butelki wyrzucali do morza, szkło gładzone i szlifowane przez morski piasek nabierało obłych kształtów i w końcu lądowało na plaży. Japończyków zgubiła ich własna dokładność, zawsze wyrzucali ze statku potłuczone szkło w tym samym miejscu a prądy morskie robiły swoje. Nie wiem jak ta historia się skończyła, ale szklana plaża stała się turystyczną ciekawostką. Na tym krańcu imperium nie da się uciec od japońskich śladów, tak jak my nie uciekniemy od niemieckiego Śląska albo Szczecina. W hali wystawili wielki plakat z okazji 80 — tej rocznicy zakończenia wojny, ale jest pewna różnica. Plakaty i banery z datą 9 maja w Królewcu były montowane już w kwietniu a tutaj data inna, trzeci września, koniec wojny z Japonią. Będzie jeszcze jedna parada zwycięstwa.

W końcu możemy wsiąść do samolotu, w nagrodę za czekanie lecimy oryginalnym Aeroflotem a nie jego firmą córką Rassiją, Fotele mają ekrany multimedialne, jest darmowe wino i piwo a kawę serwują w filiżankach a nie w papierowych kubkach. Dzień się dzisiaj nie skończy, lecimy na zachód, więc cały czas gonimy słońce, bezchmurne niebo pozwala podziwiać ogrom Syberii. Fenomen Rosji i jednocześnie wielki problem. W największym kraju świata 70 proc. ludzi żyje na 20 proc. jego powierzchni w europejskiej części. Cała reszta to walka z klimatem, przyrodą i geografią. Nie za bardzo jest co siać i zbierać, wielkie syberyjskie rzeki płyną z południa na północ i wpadają do arktycznych mórz, nie ma portów, nie ma jak spławiać towarów, mogą najwyżej służyć w zimie, jako lodowe autostrady dla ciężarówek. Bogactwo jest pod ziemią ale trzeba budować infrastrukturę na wiecznej zmarzlinie, gdy już tę sztukę opanowano, to teraz ona się cofa, ziemia robi się niestabilna i to kolejny wielki problem. Czy Rosja sobie z tym poradzi?, pewnie tak, imperium jest wyjątkowo odporne i zaradne. Trzeci rok wojny, od czasu do czasu spłonie jakaś fabryka albo rafineria, wstrzymają gdzieś loty na dzień lub dwa ale życie toczy się dalej. Remonty dróg, nowe budowy, w Jużnosachalińsku las dźwigów, budują nowe osiedla, w Królewcu jest podobnie, wojna niby jest i jej nie ma.

Moskwa to znowu tylko podróż pomiędzy lotniskami. Z Szeremietiewa musimy się dostać na Domodiewo, stała trasa, autobus, metro i znowu autobus. Jadąc z Szeremietiewa w kierunku Moskwy, trzeba przejechać przez miasto Chimki, takie rosyjskie Piaseczno pod Warszawą. Różnica jest w skali, w Chimkach żyje 250 tysięcy ludzi, ale nie to jest najważniejsze. Głośnik w autobusie zapowiada każdy przystanek, dla mnie najciekawszy jest ” Monument”, najdalszy punkt do którego doszło niemieckie wojsko w swoim marszu na Moskwę. Nie jestem wielbicielem radzieckich pomników upamiętniających wojnę, dla mnie są zbyt dosłowne, narracyjne, ale ten robi na mnie wrażenie. Powiększone trzy zapory czołgowe, w oryginale zespawane z kolejowych szyn w kształcie litery X, robią niesamowite wrażenie. Umieszczone na niewielkim wywyższeniu wśród zwyczajnej miejskiej tkanki, bez pompatyczności i heroizmu. Krótki przekaz, tu ich zatrzymaliśmy, my, zwykli ludzie.

Szukam informacji o tym pomniku i natrafiam na ciekawostkę. W wermachcie, był jedyny pułk złożony z francuskich ochotników i to właśnie oni doszli do tego punktu w Chimkach. Mówię o tym Galinie, trochę się zdziwiła, ale zaraz podsumowała to po swojemu.

— Nu da, bonapartysty, mają doświadczenie jak się dobrać do Moskwy— co prawda to prawda, zdobyć Moskwę, to jedno, ale ją utrzymać, to drugie. My też tam kiedyś byliśmy za czasów króla Zygmunta III Wazy. Miało być pięknie a wyszło jak zwykle, pogonili nas a na carski tron wstąpił pierwszy przedstawiciel rodu Romanowów. Co było dalej wszyscy wiemy z lekcji historii.

Królewiec powitał nas chłodem i deszczem, lato nad Bałtykiem nie jest w tym roku zbyt łaskawe, ale turystów cała masa. W lokalnej prasie piszą, że do tej pory przyleciało tu ponad pół miliona ludzi, niby fajnie, ale my mamy inne zmartwienia. Nasz samochód, mały Chińczyk, zaczął coś niedomagać w dniu gdy wylatywaliśmy z Królewca na kurylskie wakacje a teraz ledwo dojechaliśmy nim do serwisu. Miałem nadzieję, że to jakaś drobnostka, ale diagnoza była jak wyrok. Automatyczna skrzynia biegów, czyli duże pieniądze. Galina podeszła do problemu po szamańsku. Znalazłem niezły VPN, który pozwalał mi na wysyłanie relacji z wyprawy na FB i pewnie ktoś zawidował, czyli zazdrościł naszej frajdy i teraz się mści. Może tak było, kto wie, ale teraz trzeba wszystko ogarnąć bez samochodu. Mieszkamy w lesie, cztery kilometry od autobusowego przystanku i tylko dwa kilometry od stacji kolejowej. Wybór był oczywisty, plecak i wędrówka po szerokich torach w kierunku stacji by nawiązać kontakt z cywilizowanym światem. Rosyjskie koleje to istny fenomen, pamiętam jak znad Bajkału jechaliśmy do Irkucka . Pociąg z Moskwy miał być w Bajkalsku dokładnie o północy, po przejechanie sześciu tysięcy kilometrów, był punktualnie na czas.

Stacja z której wyruszyliśmy do Królewca nie jest częścią kolei transsyberyjskiej, to zwykła eliektriczka, czyli kolejka podmiejska, ale też była punktualna. Bilety kupuje się u konduktora, który pojawia się w wagonach raczej epizodycznie. Nasz pojawił się po przejechaniu kilku stacji. Każdy pasażer mówi na jakiej stacji wsiadł i płaci za bilet. Zasada jest prosta, im stacja bliżej Królewca, tym płacisz mniej. Wszyscy mówią prawdę, nikt nie stara się zaoszczędzić kilku rubli. Może wynika to ze zwykłej uczciwości a może z tego, że komunikacja jest tutaj bardzo tania, nasze bilety kosztowały około sześciu złotych.

Trzeba w końcu wracać do rzeczywistości, choć bardzo się nie chce. Sierpień to najgorszy miesiąc na przekraczanie granicy, do autobusów, ważących ludzi między Gdańskiem a Królewcem, dołączają te które jadą bezpośrednio do Niemiec, każdy chce zarobić na urlopowym szczycie. Mnóstwo kursów i wszystkie kumulują się na granicy. Nasz autobus był piaty w kolejce, co oznaczało trzy-cztery godziny czekania, ale było całkiem wesoło. Wieczór, nareszcie ciepło, obok stacja benzynowa, gdzie można było kupić piwo lub jakąś przekąskę, nastrój trochę piknikowy. Jak to zwykle bywa u Rosjan, nikt nie narzeka, ludzie śmieją się, żartują. Bywają też poważniejsze tematy, chodzą słuchy o planowanym spotkaniu Trumpa z Putinem. Przy niemieckim autobusie grupka osób słucha co ma do powiedzenia brodaty i długowłosy facet, taki Lew Tołstoj, tylko w szortach i klapkach.

— Putin nie może ustąpić nawet o krok, co by na to ludzie powiedzieli, tylu naszych zginęło i co, na darmo?— wszyscy potakują, wychodzi na to, że nawet ta zagraniczna Rosja, rozsiana po Europie, mająca drugie obywatelstwa, na co dzień mówiąca obcymi językami, posyłająca dzieci do obcych szkół, cały czas jest prawdziwą Rosją.

Zmieniam rejon i nagle słyszę polski język, dwie starsze panie narzekają na stanie w kolejce. Zapachniało domem, w końcu narzekanie to nasz narodowy sposób postrzegania świata. Przyłączam się do rozmowy i nagle wpadam w zupełnie inną rzeczywistość. Panie wracają z trzymiesięcznej misji katolickiej. Mieszkały w Irkucku, ale udało im się zwiedzić kawał Syberii. W Rosji nie ma zbyt wielu katolików, jest ich około miliona, mają swoje kościoły i diecezje. Kiedyś dowodzili tam polscy biskupi, pytam się czy coś się teraz zmieniło. Okazuje się, że tak, w Irkucku jest teraz niemiecki biskup i atmosfera jakby była lepsza. Według starszych pań wynika to z tego, że Rosjanie bardziej poważają Niemców, ale ja mam na ten temat inne zdanie i nieopatrznie je wypowiadam. Polscy biskupi w Rosji byli cały czas obwiniani o prozelityzm, czyli nawracanie prawosławnych na katolicyzm i właśnie to bardzo drażniło rosyjską cerkiew. Panie nie widzą w tym nic złego a ja jak głupi ciągnę swój wywód dalej w postaci gastronomicznego przykładu.

— Gdybyście miały panie restauracje i codziennie pojawiałby się tam facet, który by chodził od stolika do stolika i namawiał klientów do zmiany lokalu, to co byście zrobiły, za frak i na ulice, niech tam się produkuje— rozmowa przestał się kleić, więc oddaliłem się w kierunku stacji a starsze panie pewnie znalazły sobie kolejny powód do narzekania.

W końcu ruszamy na graniczną strefę, kontrole przebiegają zadziwiająco sprawnie, jest środek nocy. Polscy i rosyjscy pogranicznicy są zmęczeni, już im się nie chce zadawać pytań, zwłaszcza że za nami czekają w kolejce następne autobusy. Regularny dźwięk przybijanych pieczątek w paszportach i nareszcie można jechać do Gdańska. Pierwszy poranny pociąg do Łodzi i peronowy komunikat.

— Pociąg relacji Gdynia Główna — Łódź Fabryczna przybędzie z opóźnieniem około 10 minut, opóźnienie może ulec zmianie — nawet się specjalnie nie zdziwiłem.