Zgodnie ze źródłami POLITICO w dyplomacji, debata z Trumpem „traumatycznie wpłynęła” na słowackiego premiera. Fico tymczasem, zgodnie z oczekiwaniami, stwierdził, że liberalne i probrukselskie media kłamią.
Celem POLITICO jest według Fico „niszczenie konstruktywnych relacji, które Słowacja ma ze wszystkimi czterema stronami świata”. Musiał to powiedzieć, aby zachować twarz w swoim kraju. Cała ta sytuacja mówi nam jednak coś bardzo ważnego, od czego słowacki premier nie będzie w stanie łatwo się wymigać.
Każdy, kto nie odwraca wzroku, musi dostrzegać, że Trump jest niebezpieczny. Jednak dostrzeżenie niebezpieczeństwa przez Ficę wciąż jest mimo wszystko lepsze niż jego usilne ignorowanie.
Premier Słowacji nie chce i nie może publicznie przyznać się, dlaczego był tak małomówny od czasu powrotu z Mar-a-Lago. Zamiast triumfu pozostała cisza. Gdyby twierdzenia POLITICO były choć częściowo prawdziwe, słowacki premier zasługiwałby nawet na pochwałę za to, że podzielił się swoimi obawami z partnerami z UE.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
To, że Trump jest niebezpieczny, od co najmniej 6 stycznia 2021 r. [doszło wówczas do wtargnięcia zwolenników prezydenta USA na Kapitol] musi widzieć każdy, kto celowo nie odwraca wzroku.
„Mroczna, dystopijna przyszłość staje się rzeczywistością”
Nie wiemy, co dokładnie tak przestraszyło słowackiego premiera i prawdopodobnie nigdy się tego nie dowiemy. Nie wiedzą tego nawet dyplomaci, z którymi rozmawiali dziennikarze POLITICO. Jednak żeby przestraszyć się Stanów Zjednoczonych — nie stanu psychicznego Donalda Trumpa, ale stanu trumpowskiej Ameryki — nie trzeba siedzieć godzinami naprzeciwko prezydenta USA. Wystarczy włączyć wiadomości.
Reporter „The New York Times” Charles Homans pisze, że w Minneapolis mroczna, dystopijna przyszłość staje się rzeczywistością. Dziennikarz spędził w tym mieście 10 dni. W Minneapolis zamaskowani agenci federalni, którzy według rzeczniczki Białego Domu mają „aresztować najgorszych z najgorszych przestępców wśród nielegalnych imigrantów”, w ciągu dwóch tygodni zabili dwóch białych obywateli amerykańskich.
Służba migracyjna ICE tylko w 2025 r. podwoiła liczbę pracowników i obecnie ma większy budżet niż wszystkie inne agencje federalne razem wzięte. Na świecie jest tylko 15 państw, których armie mają większy budżet niż ICE. „Federalni agenci przypominają raczej oddział żołnierzy przemierzający wrogie miasto za granicą niż zwykłe siły porządkowe w amerykańskim mieście” — opisuje Homans.
„Jedyne, co moim zdaniem powstrzymywało tłum, to świadomość, że oficer taki jak oni tydzień temu zastrzelił kobietę, a inny zaledwie godzinę temu postrzelił mężczyznę nieco dalej na ulicy. Tej nocy odchodziłem stamtąd z przekonaniem, że to się powtórzy” — pisze reporter.
I rzeczywiście się powtórzyło.
Jeden z zamaskowanych mężczyzn strzelił z bliska w plecy 37-letniego ratownika medycznego Alexa Prettiego. Sekretarz bezpieczeństwa wewnętrznego Kristi Noem określiła to jako „strzały obronne”, chociaż nagrania z telefonów komórkowych przechodniów zaprzeczają jej twierdzeniom.
Gubernator stanu Minnesota wzywa wszystkich mieszkańców, aby zawsze mieli przy sobie telefon komórkowy i filmowali agentów, aby stworzyć „bazę danych okrucieństw popełnianych na mieszkańcach Minnesoty„, która zostanie wykorzystana w przyszłych postępowaniach karnych.
A przedstawiciele administracji Trumpa określają ofiarę jako terrorystę i osobę, która chciała wymordować funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa tylko dlatego, że miała przy sobie legalnie posiadaną broń, której nawet nie tknęła. Amerykańska opinia publiczna musi więc zdecydować, czy uwierzy swoim wybranym przedstawicielom, czy temu, co widziała na własne oczy. Słowa o dystopii nie są wcale przesadzone.
Administracja Trumpa nie dba nawet o własnych wyborców. Po każdej masowej strzelaninie, które w Ameryce zdarzają się praktycznie codziennie, Republikanie z pobożnym szacunkiem bronili nienaruszalności prawa do noszenia broni zgodnie z drugą poprawką do amerykańskiej konstytucji i nie chcieli jej naruszać, ale teraz twierdzą, że każdy, kto ma przy sobie broń, jest potencjalnym terrorystą.
„Żyjemy w realnym świecie, w którym rządzi siła”
„Nie możecie posiadać broni. Nie możecie po prostu przychodzić z bronią [na protesty]” — powiedział Trump. Kiedyś było nie do pomyślenia, że republikański prezydent mógłby wypowiedzieć coś takiego. Trumpizm nie kieruje się jednak prawem, moralnością, a nawet ideologią.
Donald TrumpSamuel Corum / Stringer / Getty Images
Zależy mu tylko na bezgranicznej lojalności. Jest przekonany, że nie tylko państwo, ale także prawda należą do tego, kto rządzi.
„Żyjemy w realnym świecie, w którym rządzi siła, w którym rządzi przymus, w którym rządzi władza. Są to żelazne prawa świata, które istnieją od początku wieków” — stwierdził bez ogródek doradca Trumpa Stephen Miller. W klasycznym państwie prawa władza jest ograniczona przez prawo. W świecie Trumpa prawa są ograniczone przez władzę. A tę ogranicza tylko sam władca.
„Moja moralność. Mój własny umysł. To jedyne, co mnie powstrzymuje” — przyznał Trump, gdy dziennikarze New York Timesa zapytali go, czy będzie przestrzegał prawa międzynarodowego i gdzie leżą granice amerykańskiej globalnej potęgi. Dlaczego jednak mielibyśmy oczekiwać czegoś innego? Jeśli Trump traktuje własnych obywateli tak, jakby nie był związany prawem, dlaczego miałby traktować lepiej obce państwa? Na przykład Słowację.
Amerykański komentator Jonathan Rauch uważa, że nadszedł czas, aby nazwać Trumpa faszystą. „Trump się zdemaskował i musimy nazwać to, co widzimy” — napisał dla magazynu The Atlantic. Mimo to twierdzi, że Ameryka nie jest jeszcze faszystowska. „Jest państwem hybrydowym, które łączy faszystowskiego przywódcę i liberalną konstytucję. Nie, nie popadła w faszyzm. I nie popadnie”.
Nie powinniśmy być tego tak pewni. Widzimy, że za sprzeciw wobec rządu obywatele mogą zapłacić nawet życiem. A rząd nie staje w obronie ofiar, ale tych, którzy je zabili. Trump jest niebezpieczny. Ale jeszcze bardziej niebezpieczni są wszyscy ci, którzy mu to umożliwiają i wspierają: wiceprezydent J. D. Vance, doradca Stephen Miller oraz sekretarz bezpieczeństwa wewnętrznego Kristi Noem.
Bez nich trumpizm nie byłby w stanie przetrwać. Musimy przygotować się na to, że kraj, który niegdyś był niemal synonimem Zachodu, może już na długo przestać być demokratyczny. Jeśli Robert Fico naprawdę uważa w tej sytuacji, że amerykański prezydent oszalał, to może mieć rację.
Nie ma się czego wstydzić. Wręcz przeciwnie. Jeśli strach zbliży go do europejskich sojuszników, to dobrze się stanie. Ponieważ tego, co Trump zrobi z Ameryką, nie boją się tylko naiwni politycy. Albo ci, którzy chcą być jak Trump. A naiwny Robert Fico z pewnością nie jest.